niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
29 marca 2017

Tani i głupi jak Polak? Jak hartowała się III RP

Dodano: 17.03.2017 [16:42]
Tani i głupi jak Polak? Jak hartowała się III RP - niezalezna.pl
foto: GP
Po blisko trzech dekadach transformacji stać nas już chyba na większy dystans wobec rodzimych przemian. Wciąż jednak wracają pytania: co się właściwie stało w Polsce i z Polską w czasach, gdy z „ludowej ojczyzny” przepoczwarzała się w III Rzeczpospolitą? Tym bardziej że dla młodszych roczników lata 90. XX w. to już prawie zamierzchłe czasy.

Plus-minus czterdziestolatkowie, którzy wciąż myślą, że są młodzi, ze zdziwieniem napotykają coraz częściej w szeroko definiowanej przestrzeni publicznej znacznie od siebie młodsze osoby, które poznają lata 90. XX w. choćby za sprawą lektury „Duchologii” Olgi Drendy: doświadczenie wczesnych lat transformacji przestaje być nawet nastoletnim czy dziecięcym przeżyciem, kojarzonym z brzoskwiniowym smakiem gumy „Turbo”. A co dopiero mówić o pamięci na temat szoku transformacji, którego dosłownie doświadczali ludzie wówczas dojrzali, utrzymujący rodziny, zmuszeni do stawienia czoła potężnym determinantom, czyli zmianom własnościowym, ustrojowym, społeczno-rynkowym i instytucjonalnym? Cóż, każda transformacja to niesamowity eksperyment. Problem w tym, że w retortach czarnoksiężników od przemian ustrojowo-własnościowych zawsze znajdują się ludzie. Bardzo dużo ludzi.

Brygady z Marriotta

Niedawna reedycja głośnej książki Elisabeth Dunn, czyli „Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy”, to świetna okazja, żeby znów nieco bliżej przyjrzeć się tamtym czasom. To też szansa, żeby lepiej zrozumieć naszą rzeczywistość społeczno-gospodarczą, kulturową i obyczajową. Przypomnijmy: Dunn to znawczyni problemów socjologii pracy i zarządzania w przemyśle, specjalistka od antropologii ekonomicznej. Na początku lat 90. XX w. skorzystała z niesamowitej szansy i przez około półtora roku pracowała w rzeszowskiej Alimie, przejętej właśnie przez amerykańskiego potentata na rynku żywności, czyli Gerbera.

Zapewne część Czytelniczek i Czytelników „Codziennej” świetnie pamięta tamte czasy. I obudzi w nich dreszczyk przeróżnych emocji passus otwierający lekturę: „Pewnego dnia w 1990 roku, niedługo po upadku muru berlińskiego, niewielka grupa amerykańskich inwestorów opuściła luksusowy warszawski Marriott, aby jeszcze tego samego dnia zameldować się w ciasnym, obskurnym hotelu z widokiem na betonowy pomnik socjalizmu w samym centrum Rzeszowa”. Były to czasy, w których Janusz Lewandowski, ówczesny minister prywatyzacji, tak opisywał procesy, za które politycznie odpowiadał:

„prywatyzacja to sytuacja, w której ktoś nieznający ani prawdziwego właściciela, ani realnej wartości czegoś, sprzedaje to komuś, kto nie ma pieniędzy, aby za to zapłacić”.


Przy okazji warto sobie przypomnieć słynne w tamtych latach określenie „brygady z Marriotta”, które opisywało całe mnóstwo faktycznych specjalistów, wyruszających na podbój Dzikiego Wschodu hochsztaplerów, „ngo-sowych ewangelizatorów” i komiwojażerów idei ze świata Zachodu, dla których stołeczny hotel, usytuowany tuż przy Dworcu Centralnym i Pałacu Kultury i Nauki (niegdyś imienia Józefa Stalina), stanowił bazę wypadową na kraj, którego mieszkańców nauczano innej niż „ludowa” demokracji, liberalizmu gospodarczego i obyczajowego oraz reguł turbokapitalizmu.

„To bogaci i biedni”

A zatem: z jednej strony mamy świat wielkiej polityki, międzynarodowej i lokalnej, oraz potężny zachodni biznes, który stanął przed niezwykłą szansą przejęcia potężnych rynków w byłych krajach demokracji ludowej. A przejęcie rynków oznacza zdobycie konsumentów i pracowników, infrastruktury, która co prawda często wymagała modernizacji, ale niekiedy wcale nie była kompletną ruiną, ale wręcz przeciwnie. Z drugiej strony zaś mieliśmy wielomilionowe społeczeństwo, wówczas jeszcze w dużym stopniu złożone z robotnic i robotników, którzy nie tylko mieli nauczyć się, jak żyć i pracować w kapitalizmie, ale również jak być obywatelami w kraju, w którym zaszczepiano właśnie liberalną demokrację.

To była ogromna dysproporcja sił. Świetnie pokazuje ją jeden z passusów z książki Dunn. Otóż w ramach swoich prac badawczych przeprowadzała ona rozmowy ankietowe, które miały służyć poznaniu nastawienia pracownic i pracowników Alimy-Gerber do nowej rzeczywistości. Jedna z robotnic, najwyraźniej pochodząca z podrzeszowskiej wsi (dwuzawodowość nie była przecież niczym niezwykłym i w tamtym czasie), zmęczona szczegółowymi pytaniami, odpowiedziała w nerwach: „Dojazd do pracy i powrót zajmują mi codziennie dwie godziny. W pracy siedzę osiem i pół godziny. Kiedy wracam do domu, muszę zrobić pranie, wydoić krowy, ugotować obiad, pozmywać naczynia i porobić weki. Niedawno były zbiory marchwi i nikt nie dostanie w tym miesiącu nawet jednego dnia wolnego, pracujemy po godzinach. Kiedy według ciebie mam się zajmować tymi sprawami?”. Amerykańska badaczka konkluduje, że był to moment, w którym zrozumiała, skąd się bierze bierność sporej części Polek i Polaków względem głębokich przeobrażeń rzeczywistości: byli zmęczeni walką o przetrwanie, utrzymanie rodzin, zachowanie pracy zapewniającej środki do życia.

W tamtym czasie tworzyła się również nowa społeczna mitologia, która w niemałym stopniu czerpała z typowych inteligenckich uprzedzeń względem klasy robotniczej, jakie znajdziemy choćby w filmach Stanisława Barei. Stereotyp „robola-nieroba” wraz z wizją „roszczeniowej popegeerowskiej wsi” bardzo mocno weszły do społecznego imaginarium, wzmacniane przez dużą część ówczesnego przekazu medialnego i pop­kulturowego. Jednak w nowych realiach już nie inteligencja stała ponad wyszydzanymi „robolami” – Dunn opisuje tworzenie się w Polsce zalążkowej klasy menedżerskiej, której rodowód nieco później okazał się zdecydowanie niejednorodny: tworzyli ją zarówno studenci kierunków wszelakich, chętnie zatrudniani przez zachodni biznes z racji swojego wieku i podobno niewielu nawyków typowych dla „homo sovieticusa”, jak i po-PZPR-owscy kierownicy fabryk, kombinatów, zakładów pracy, dyrektorzy PGR-ów. „Masy pracujące” opisywano jako bierne i głupie; inteligentni, kreatywni, ciekawi świata byli japiszoni, owa kasta nowych wspaniałych Polaków, którymi zachwycała się wówczas „Gazeta Wyborcza”.

„Kapitalisto miły, towarzyszu miły”…

To tamte lata opisuje znana piosenka „Ku przyszłości” punkrockowego Dezertera ze strofami świetnie pokazującymi całą dwuznaczność ówczesnej sytuacji: „Kochani nasi bracia/Cieszcie się z życia/Cieszcie się wraz z nami/Jak stal płynąca z pieca./Połączmy nasz wysiłek
/Zjednoczmy wszystkie siły/Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/Kapitalisto miły!/Piękna przyszłość/Jest przed nami/Wzniesiemy nowe domy/Z betonu i ze stali./Połączmy nasz wysiłek/Zjednoczmy wszystkie siły/Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/Kapitalisto miły!”.
I wciąż powraca jako refren powtarzająca się znamienna fraza: „Kapitalisto miły!/Towarzyszu miły!/Kapitalisto miły!/Towarzyszu miły! Kapitalisto miły!”…

Dziś to wszystko blaknie w pamięci, ale przecież to są przaśne źródła mnóstwa zjawisk dobrze znanych z naszych czasów, zaczynając od pseudopsychologicznej hochsztaplerki często nazywanej coachingiem, po przeróżne formy językowo kamuflowanych instruktaży wyzysku „zasobu ludzkiego”, przez nierzadko mało warte szkolenia z miękkich kompetencji dla trwale bezrobotnych, które nigdy nie zastąpią zdewastowanego w Polsce systemu szkolnictwa techniczno-zawodowego. Dlaczego z kolein realnego socjalizmu na usługach Rosji sowieckiej w III RP weszliśmy w koleiny neokolonializmu? Ano dlatego, że na poziomie filozofii społecznej, politycznej i ustrojowej daliśmy sobie wmówić, że mamy być tanią i głupią siłą roboczą nowoczesnej Europy. Dziś, gdy tak bardzo rodzimy biznes i politycy płaczą za innowacyjnością (i słusznie, że widzą ten problem), trzeba jasno sobie powiedzieć: bez elementarnej zmiany myślenia o pracownicach i pracownikach nie zmieni się także roli polskiego kapitału w globalnej gospodarce. Innowacyjność buduje się bowiem przez lata, od zainwestowania w naprawdę solidną edukację zawodową. Nikt nie zostaje znakomitym fachowcem po jednym szkoleniu, nawet nie po roku czy dwóch niestabilnej działalności zawodowej na byle jakim rynku pracy.

Tak, nie miejmy złudzeń: duża część biznesowego żargonu naszych czasów, związanego z uelastycznieniem pracy, „wyzwoleniem pracy” czy nawet tzw. ekonomią współdzielenia (ang. sharing economy) wiąże się z istniejącą przynajmniej od lat 80. XX w. dominacją turbokapitalizmu. Wbrew stereotypom narzucanym odgórnie, na początku lat 90. XX w. znaczna część polskiego społeczeństwa, fizycznych i umysłowych pracownic i pracowników najemnych niższych szczebli naprawdę świetnie sobie poradziła, gdy przeprowadzano brutalny eksperyment społeczno-gospodarczy, który znamy jako terapia szokowa. Pokazują to badania socjologów młodego pokolenia: myślę choćby o pracach Sylwii Urbańskiej o Polkach na emigracji zarobkowej i książce Piotra Bindera o ludziach z popegeerowskich wsi. Niestety, tego typu literatura popularnonaukowa, odkłamująca początki naszej transformacji, zaczęła powstawać stosunkowo niedawno.

„Prywatyzując Polskę” Dunn to lektura obowiązkowa dla osób, które chcą głębiej zrozumieć meandry naszej transformacji. To gorzka piguła – ale w świecie stereotypów prawda zwykle jest trudna do przełknięcia.
POLECANE WIDEO
Opinie użytkowników
Regulamin Forum:
Na forum niezalezna.pl publikujemy opinie użytkowników naszego portalu. Wszystkie posty podlegają moderacji. Bezwzględnie usuwane będą wpisy zawierające groźby karalne i wszelkie prowokacje godzące w Niezależną. Nie publikujemy wpisów wulgarnych, zwalczamy trollowanie. Nie tolerujemy spamu i postów pisanych wyłącznie Caps – Lockami. Ze względu na ograniczoną do 1500 znaków długość komentarzy zastrzegamy sobie prawo do usuwania obszernych artykułów wklejanych w postach w sytuacji, kiedy można wykorzystać link. Wszelkie zastrzeżenia natury regulaminowej prosimy zgłaszać na: pocztę strażnika forum

No cóż, jeszcze nikomu na tym świecie nie udało się postawić solidnej budowli na nieoczyszczonym bagnie, czy- ujmując rzecz po Herbertowsku- na piachu.Elyty(nie mylić z elitami) prl były gliną ludzką(znów Herbert) bez twarzy,zasad, bez legitymacji.Pozostawienie w IIIRP tego elementu u wszelkiej władzy, nieosądzenie systemu, nie mogło dać Polsce niczego dobrego. I nie dało.Przygnębia myśl,że Polacy potrzebowali aż 25 lat, żeby zrozumieć tę prawdę i wyciągnąć z niej wnioski przy urnie wyborczej.Pokazało to jak na dłoni skalę i skuteczność umysłowej, moralnej i kulturowej destrukcji, jakiej byliśmy przez dziesięciolecia poddawani.

Książka Dunn ukazała się w lewackiej agresywnej oficynie wydawniczej! uwaga z tymi zachwytami i reklamą jej jako "lektury obowiązkowej".

To obce , antypatriotyczne elity sprzedawały wszystko co w Polsce było do sprzedania za wziątki z tym związane i to trzeba teraz rozliczać, by taki Grad z Tuskiem nie wywinęli się od odpowiedzialności karnej oraz wielu innych

Jeśli sprzedał coś, a nie było to jego, to był albo złodziejem, albo paserem.

Procesy przemian lat pokomunistycznych były bezpośrednią pochodną czasów wcześniejszych.
Bardzo mało dzisiaj się mówi i pisze o prawdziwych przyczynach upadku komunizmu w Polsce. Wspomina się to pod kątem głównie walki o wolność, ale tak naprawdę komunizm upadł z innego powodu,- upadku ekonomicznego wywołanego głęboką demoralizacją społeczną. Korupcja ,złodziejstwo, pozoranctwo, lenistwo, rozdawanie na prawo i lewo przywilejów.
Zapaść ekonomiczna wywołała silną potrzebę zmian i szukania sposobu na jej odwrócenie. Takim panaceum miała być zmiana systemu gospodarczego i ustroju, który sam w sobie miał dać pozytywne efekty, kierując się przykładem państw zachodnich.
W tym czasie nikt lub mało kto w Polsce rozumiał gdzie tkwią błędy i jak się z nimi rozprawić, romantycznie upatrywano cudownego zwrotu w poprawie losu i poziomu bytu wraz ze zmianą systemu, co oczywiście było głęboką nieprawdą.
Szybko okazało się , że za ten błąd trzeba będzie zapłacić wysoką cenę, gdyż zmieniono ustrój, a nie zmieniono elit i nawyków,- demoralizacja w całej okazałości przeszła z jednego systemu do drugiego i narobiła wielu szkód, w postaci jeszcze głębszego upadku ekonomicznego, rozwarstwienia społecznego, bezrobocia, niskiego poziomu życia oraz ogromnego wysiłku by się utrzymać po prostu przy życiu. Zyskiwały zdemoralizowane złodziejskie elity, które się uwłaszczały na państwowym majątku, bogaciły dzięki korupcji, w zamian pauperyzowały się duże grupy społeczne. Dziki liberalny kapitalizm znany z zamierzchłej przeszłości narodził się w nieświadomym, zindoktrynowanym fałszywą ideologią społeczeństwie. Poziom gospodarczy z 1989 roku po zaszczepieniu liberalizmu powrócił do Polski dopiero po 7 latach, natomiast wysoki poziom życia wielu grup społecznych nie wrócił nawet do tej pory. Stracili komunistyczne przywileje , często pensje za nic nierobienie, nie wspominając o łatwym dorabianiu do pensji dzięki kradzieży czy tzw. chachmęceniu na państwowym , czyli w ówczesnym rozumieniu niczyim dobytku.
Para-liberalizm gospodarczy przyniósł to, co niektórzy dzisiaj określają darwinizmem społecznym. Koszty tego ponosimy i będziemy ponosić tak długo, jak nie zrozumiemy ,że moralność dotyczy w takim samym stopniu spraw ekonomicznych jak zachowań społecznych. Im mniej będziemy liberalni pod względem moralnym, tym lepsza czeka nas przyszłość.
Wszczepiane w nas po okresie komunizmu ideologie używające określeń -liberalizm, tolerancja przedstawiane jako pozytywne, powinny dzisiaj w nas zapalać lampkę ostrzegawczą, bo kryje się za nimi najczęściej demoralizacja, przyczyna upadku i niepowodzeń i żaden system temu nie zapobiegnie poza systemem moralnym.

W pełni podzielam tę opinię.Szemrane,pozbawione elementarnej etyki"elity" peerelu- "elitami" tzw.3RP to główna przyczyna dramatu Polski i milionów wykluczonych, spauperyzowanych Polaków.To także przyczyna kolejnych fal emigracji ludzi najlepszych, twórczych i prawych, których bardzo skutecznie blokowały.Najbardziej cyniczne, pokrętne moralnie typy, robiące "kariery" w standardach stanu wojennego dokładnie wydoiły,oskubały i zdemolowały Polskę po 89-ym.Zamieniły nasze wielkie nadzieje na normalność w piekło, bezsilność i rozpacz.Dopuściły się największej w naszych dziejach mistyfikacji dekorując swoje draństwo flagami unijnymi,gadaniną o demokracji, a często-co wyjątkowo wstrętne- o Dekalogu.Wyposażone w realną władzę i gwarancje bezkarności stanowiły śmiertelne zagrożenie dla ludzi i dla państwa.Pytanie czy ich bezczelne panoszenie się w ostatnim ćwierćwieczu to skutek chaosu transformacji, czy zaplanowany przed 89-ym scenariusz dla Polski.W każdym razie bez ich rozliczenia, nazwania po imieniu i usunięcia na śmietnik historii(również ich wychowanków) niewiele zdziałamy.To pewnik.

To tylko część prawdy, i to mała. Twierdzenie, że taka była jedyna przyczyna przyjmuję jak kamuflowanie celowego demontażu państwa i niszczenia gospodarki. Jako doświadczający tych zmian obserwator tamtych czasów, oceniam te przyczyny na jakieś 40%. Faktycznie mierność po prl-owskich kadr nie pozwoliła się obronić gospodarce, która jednak był tym łatwiej celowo niszczona odgórnie.

Wymieniając przyczyny upadku socjalizmu ( nie komunizmu) wymienił Pan demoralizacje jako przyczynę. Wskazał. związek tego zjawiska z upadkiem ekonomicznym jako następstwem.
Jak Pan sam zwrócił uwagę byli i tacy co ten związek rozumieli. Cechuje go bowiem niesłychany universalizm . Dzieje
państw i ich upadków są tego przykładem. Związek ten wydaje się nierozerwalny ale czy na pewno usunięcie przyczyny jest możliwe? Czy naprawa odzyskanie systemu moralnego i jego powszechne funkcjonowanie jest możliwe ? Śmiem wątpić . Możliwe są natomiast działania cząstkowe - praktyczne decyzje w obszarze prawa regulującego życie społeczne i edukacja- właściwe rozumienie zawartości pojęć, ograniczenie rozpasania mediów.
Jasne formułowanie celów i etapów ich osiągania. Transparentność sfery publicznej . Czy to są postulaty moralne? Na pewno maja w tle system wartości ale lepiej rozumieć je jako praktyczne zalecenia by uniknąć konfliktów światopoglądowych i niejasności . Wreszcie selekcja pozytywna- dobór kadr kierowniczych nakreślający jasno granice przyzwoitości

Dobry komentarz, lepiej bym nie napisał. Dzięki.

Kiedy zadąję podobne pytania patrzą na mnie z politowaniem lub serwują myśli w stylu : "Co się stało to się nie odstanie"
Kto ? Koledzy , rodzina , robotnicy , znajomi. Zadawałem sobie pytanie i wtedy i dziś : Czy zmiany mogą , mogły przebiegać inaczej . Wtedy choć nie rozumiałem co się dzieje miałem poczucie ,że mogą przebiegać inaczej . To nie jest efekt dzisiejszej wiedzy o przeszłosci zbudowanej na informacjach gromadzoinych przez czas. Analizowałem zawartość pojęć należących do mojego ówczesnego jezyka. Pamietam mówiłem "antagonizujemy społeczenstwo" , mamy do czynienia z "selekcją negatywną" "Dzisiejsza Polska to zgniły kompromis"
Widziałem dziwne banki , które znikały. Słyszałem o cudownych instytucjach jak "Bezpieczna kasa oszczędności" Aferze FOZZ,oscylatorach i postaciach walczących z układami.Pamiętam wierszyk napisany u progu lat dziewięćdziesiątych:

Ten z kamienia
a ten z zęba smoka
z obłoków nikt nie przychodzi
mija epoka
nadchodzi epoka
z kamiennych zębów narodzin

I wreszcie drugi czerwca 1992 roku, w którym precyzyjniej nazwałem patologię. Nie był nią kapitalizm lecz pilnujący
interesów wybranych urzędniczo i agenturalny establishment.
Uważam ,ze błędem mego życia było niezaangażowanie się w politykę.Moja dzisiejsza wiedza na temat tych czasów jest wiedzą powszechną. Dzisiejszość deprymuje tym ,że świadomość jest bezowocna.Świadomość bezowocna frustruje, przeszkadza
w pracy i życiu prywatnym. Niesmak zostanie do końca.

Też tego doświadczałem, i też przywrócił bym KS.

Polska nie powinnw brac przykladu z USA gdzie bogaci,tacy jak Trump zyja jak paczki w masle.Jest ich 20%,a bezdomnych jest 4 miliony=95 milionow bezrobotnych=50 milionow zyje od wyplaty do wyplaty.USA to Zydowski Oboz Pracy.

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl