Tani i głupi jak Polak? Jak hartowała się III RP

Po blisko trzech dekadach transformacji stać nas już chyba na większy dystans wobec rodzimych przemian. Wciąż jednak wracają pytania: co się właściwie stało w Polsce i z Polską w czasach, gdy z „ludowej ojczyzny” przepoczwarzała się w III Rzeczpospolitą? Tym bardziej że dla młodszych roczników lata 90. XX w. to już prawie zamierzchłe czasy.

Plus-minus czterdziestolatkowie, którzy wciąż myślą, że są młodzi, ze zdziwieniem napotykają coraz częściej w szeroko definiowanej przestrzeni publicznej znacznie od siebie młodsze osoby, które poznają lata 90. XX w. choćby za sprawą lektury „Duchologii” Olgi Drendy: doświadczenie wczesnych lat transformacji przestaje być nawet nastoletnim czy dziecięcym przeżyciem, kojarzonym z brzoskwiniowym smakiem gumy „Turbo”. A co dopiero mówić o pamięci na temat szoku transformacji, którego dosłownie doświadczali ludzie wówczas dojrzali, utrzymujący rodziny, zmuszeni do stawienia czoła potężnym determinantom, czyli zmianom własnościowym, ustrojowym, społeczno-rynkowym i instytucjonalnym? Cóż, każda transformacja to niesamowity eksperyment. Problem w tym, że w retortach czarnoksiężników od przemian ustrojowo-własnościowych zawsze znajdują się ludzie. Bardzo dużo ludzi.

Brygady z Marriotta

Niedawna reedycja głośnej książki Elisabeth Dunn, czyli „Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy”, to świetna okazja, żeby znów nieco bliżej przyjrzeć się tamtym czasom. To też szansa, żeby lepiej zrozumieć naszą rzeczywistość społeczno-gospodarczą, kulturową i obyczajową. Przypomnijmy: Dunn to znawczyni problemów socjologii pracy i zarządzania w przemyśle, specjalistka od antropologii ekonomicznej. Na początku lat 90. XX w. skorzystała z niesamowitej szansy i przez około półtora roku pracowała w rzeszowskiej Alimie, przejętej właśnie przez amerykańskiego potentata na rynku żywności, czyli Gerbera.

Zapewne część Czytelniczek i Czytelników „Codziennej” świetnie pamięta tamte czasy. I obudzi w nich dreszczyk przeróżnych emocji passus otwierający lekturę: „Pewnego dnia w 1990 roku, niedługo po upadku muru berlińskiego, niewielka grupa amerykańskich inwestorów opuściła luksusowy warszawski Marriott, aby jeszcze tego samego dnia zameldować się w ciasnym, obskurnym hotelu z widokiem na betonowy pomnik socjalizmu w samym centrum Rzeszowa”. Były to czasy, w których Janusz Lewandowski, ówczesny minister prywatyzacji, tak opisywał procesy, za które politycznie odpowiadał:

„prywatyzacja to sytuacja, w której ktoś nieznający ani prawdziwego właściciela, ani realnej wartości czegoś, sprzedaje to komuś, kto nie ma pieniędzy, aby za to zapłacić”.


Przy okazji warto sobie przypomnieć słynne w tamtych latach określenie „brygady z Marriotta”, które opisywało całe mnóstwo faktycznych specjalistów, wyruszających na podbój Dzikiego Wschodu hochsztaplerów, „ngo-sowych ewangelizatorów” i komiwojażerów idei ze świata Zachodu, dla których stołeczny hotel, usytuowany tuż przy Dworcu Centralnym i Pałacu Kultury i Nauki (niegdyś imienia Józefa Stalina), stanowił bazę wypadową na kraj, którego mieszkańców nauczano innej niż „ludowa” demokracji, liberalizmu gospodarczego i obyczajowego oraz reguł turbokapitalizmu.

„To bogaci i biedni”

A zatem: z jednej strony mamy świat wielkiej polityki, międzynarodowej i lokalnej, oraz potężny zachodni biznes, który stanął przed niezwykłą szansą przejęcia potężnych rynków w byłych krajach demokracji ludowej. A przejęcie rynków oznacza zdobycie konsumentów i pracowników, infrastruktury, która co prawda często wymagała modernizacji, ale niekiedy wcale nie była kompletną ruiną, ale wręcz przeciwnie. Z drugiej strony zaś mieliśmy wielomilionowe społeczeństwo, wówczas jeszcze w dużym stopniu złożone z robotnic i robotników, którzy nie tylko mieli nauczyć się, jak żyć i pracować w kapitalizmie, ale również jak być obywatelami w kraju, w którym zaszczepiano właśnie liberalną demokrację.

To była ogromna dysproporcja sił. Świetnie pokazuje ją jeden z passusów z książki Dunn. Otóż w ramach swoich prac badawczych przeprowadzała ona rozmowy ankietowe, które miały służyć poznaniu nastawienia pracownic i pracowników Alimy-Gerber do nowej rzeczywistości. Jedna z robotnic, najwyraźniej pochodząca z podrzeszowskiej wsi (dwuzawodowość nie była przecież niczym niezwykłym i w tamtym czasie), zmęczona szczegółowymi pytaniami, odpowiedziała w nerwach: „Dojazd do pracy i powrót zajmują mi codziennie dwie godziny. W pracy siedzę osiem i pół godziny. Kiedy wracam do domu, muszę zrobić pranie, wydoić krowy, ugotować obiad, pozmywać naczynia i porobić weki. Niedawno były zbiory marchwi i nikt nie dostanie w tym miesiącu nawet jednego dnia wolnego, pracujemy po godzinach. Kiedy według ciebie mam się zajmować tymi sprawami?”. Amerykańska badaczka konkluduje, że był to moment, w którym zrozumiała, skąd się bierze bierność sporej części Polek i Polaków względem głębokich przeobrażeń rzeczywistości: byli zmęczeni walką o przetrwanie, utrzymanie rodzin, zachowanie pracy zapewniającej środki do życia.

W tamtym czasie tworzyła się również nowa społeczna mitologia, która w niemałym stopniu czerpała z typowych inteligenckich uprzedzeń względem klasy robotniczej, jakie znajdziemy choćby w filmach Stanisława Barei. Stereotyp „robola-nieroba” wraz z wizją „roszczeniowej popegeerowskiej wsi” bardzo mocno weszły do społecznego imaginarium, wzmacniane przez dużą część ówczesnego przekazu medialnego i pop­kulturowego. Jednak w nowych realiach już nie inteligencja stała ponad wyszydzanymi „robolami” – Dunn opisuje tworzenie się w Polsce zalążkowej klasy menedżerskiej, której rodowód nieco później okazał się zdecydowanie niejednorodny: tworzyli ją zarówno studenci kierunków wszelakich, chętnie zatrudniani przez zachodni biznes z racji swojego wieku i podobno niewielu nawyków typowych dla „homo sovieticusa”, jak i po-PZPR-owscy kierownicy fabryk, kombinatów, zakładów pracy, dyrektorzy PGR-ów. „Masy pracujące” opisywano jako bierne i głupie; inteligentni, kreatywni, ciekawi świata byli japiszoni, owa kasta nowych wspaniałych Polaków, którymi zachwycała się wówczas „Gazeta Wyborcza”.

„Kapitalisto miły, towarzyszu miły”…

To tamte lata opisuje znana piosenka „Ku przyszłości” punkrockowego Dezertera ze strofami świetnie pokazującymi całą dwuznaczność ówczesnej sytuacji: „Kochani nasi bracia/Cieszcie się z życia/Cieszcie się wraz z nami/Jak stal płynąca z pieca./Połączmy nasz wysiłek
/Zjednoczmy wszystkie siły/Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/Kapitalisto miły!/Piękna przyszłość/Jest przed nami/Wzniesiemy nowe domy/Z betonu i ze stali./Połączmy nasz wysiłek/Zjednoczmy wszystkie siły/Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/Kapitalisto miły!”.
I wciąż powraca jako refren powtarzająca się znamienna fraza: „Kapitalisto miły!/Towarzyszu miły!/Kapitalisto miły!/Towarzyszu miły! Kapitalisto miły!”…

Dziś to wszystko blaknie w pamięci, ale przecież to są przaśne źródła mnóstwa zjawisk dobrze znanych z naszych czasów, zaczynając od pseudopsychologicznej hochsztaplerki często nazywanej coachingiem, po przeróżne formy językowo kamuflowanych instruktaży wyzysku „zasobu ludzkiego”, przez nierzadko mało warte szkolenia z miękkich kompetencji dla trwale bezrobotnych, które nigdy nie zastąpią zdewastowanego w Polsce systemu szkolnictwa techniczno-zawodowego. Dlaczego z kolein realnego socjalizmu na usługach Rosji sowieckiej w III RP weszliśmy w koleiny neokolonializmu? Ano dlatego, że na poziomie filozofii społecznej, politycznej i ustrojowej daliśmy sobie wmówić, że mamy być tanią i głupią siłą roboczą nowoczesnej Europy. Dziś, gdy tak bardzo rodzimy biznes i politycy płaczą za innowacyjnością (i słusznie, że widzą ten problem), trzeba jasno sobie powiedzieć: bez elementarnej zmiany myślenia o pracownicach i pracownikach nie zmieni się także roli polskiego kapitału w globalnej gospodarce. Innowacyjność buduje się bowiem przez lata, od zainwestowania w naprawdę solidną edukację zawodową. Nikt nie zostaje znakomitym fachowcem po jednym szkoleniu, nawet nie po roku czy dwóch niestabilnej działalności zawodowej na byle jakim rynku pracy.

Tak, nie miejmy złudzeń: duża część biznesowego żargonu naszych czasów, związanego z uelastycznieniem pracy, „wyzwoleniem pracy” czy nawet tzw. ekonomią współdzielenia (ang. sharing economy) wiąże się z istniejącą przynajmniej od lat 80. XX w. dominacją turbokapitalizmu. Wbrew stereotypom narzucanym odgórnie, na początku lat 90. XX w. znaczna część polskiego społeczeństwa, fizycznych i umysłowych pracownic i pracowników najemnych niższych szczebli naprawdę świetnie sobie poradziła, gdy przeprowadzano brutalny eksperyment społeczno-gospodarczy, który znamy jako terapia szokowa. Pokazują to badania socjologów młodego pokolenia: myślę choćby o pracach Sylwii Urbańskiej o Polkach na emigracji zarobkowej i książce Piotra Bindera o ludziach z popegeerowskich wsi. Niestety, tego typu literatura popularnonaukowa, odkłamująca początki naszej transformacji, zaczęła powstawać stosunkowo niedawno.

„Prywatyzując Polskę” Dunn to lektura obowiązkowa dla osób, które chcą głębiej zrozumieć meandry naszej transformacji. To gorzka piguła – ale w świecie stereotypów prawda zwykle jest trudna do przełknięcia.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Obywatele UB atakują

Szlag mnie niemal trafił. Proszę wybaczyć słownictwo. I tak nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić postępowanie dziczy spod znaku „Obywateli RP” (bardziej pasuje UB), która rzuciła się pod Sejmem na reporterkę TVP Info.

Jeśli Państwo widzieli film, na którym wielki jak tur, przebrany jak ochroniarz z supermarketu i schowany za gęsta brodą i okularami przeciwsłonecznymi osiłek rzuca w twarz drobnej dziennikarce, że „ma do niej mniej szacunku niż do kurwy spod latarni” – rozumiecie doskonale moją złość.

Drobniutka kobieta była lżona i przeganiana ku uciesze garstki koderskich gapiów. Tur nie jest byle kim – w Internecie chwali się, że był w najbliższej ochronie Bronisława Komorowskiego. Znamy i obserwujemy od miesięcy kolejne podrygi Kasprzaka, Kijowskiego, Obywateli RP, KOD, osiłków udających brygady szturmowe agresywnie i histerycznie nastawionych krzykaczy obu płci.

Traktowaliśmy ich przez jakiś czas jako koloryt demokracji. Wszak Czytelnicy „Gazety Polskiej” także protestowali przeciwko poczynaniom rządu PO i PSL, uczestniczą w miesięcznicach czy lokalnych protestach wszelkiej maści. Teraz otrzymałem ostateczny dowód, że tego nie da się porównać. Nigdy nie spotkałem się z takim zachowaniem ze strony uczestników „naszych” demonstracji. Żaden, nawet najbardziej zdenerwowany na kłamstwa mediów głównego nurtu choćby w sprawie Smoleńska nie rzucał się pod samochody, nikt nie atakował przedmiotami kolumn samochodów Donalda Tuska i Bronisława Komorowskiego. Nikt nigdy nie lżył kobiet, nikogo nie pobito. Mimo to odsądzano kluby „Gazety Polskiej” i obóz niepodległościowy od czci i wiary. Tymczasem obserwując to, co wyprawiają „Obywatele UB”, widząc przyzwolenie na to ze strony mediów i polityków opozycji, powtarzam – szlag mnie trafia. I z jednej strony cieszę się, że etap reporterki miejskiej mam już za sobą, bo chyba trudno byłoby utrzymać nerwy na wodzy, widząc podobne zachowania. Z drugiej – ile jeszcze będzie trwać przyzwolenie na takie traktowanie ludzi przez tę swołocz? I jak się to skończy? 
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl