24 marca br. Sąd Apelacyjny w Gdańsku zażądał, bym w programach informacyjnych TVP i TVN oświadczył, że mówiąc, iż Lech Wałęsa był agentem SB, donosił na kolegów i brał za to pieniądze, powiedziałem nieprawdę i żebym go za to przepraszał. Tym razem władza nie zapytała mnie, co o tym myślę.
22 lipca 1983 r. jako uciekinier z miejsca internowania zostałem aresztowany przez SB. Funkcjonariusz groził, że jeżeli nie podpiszę lojalki, pójdę na parę lat do więzienia. Odmówiłem, ale zanim mnie zwolniono, w dzienniku TVP ogłoszono: „Wyszkowski dobrowolnie się ujawnił” i na dowód pokazano mój fałszywy dowód osobisty.
25 marca 2011 r., następnego dnia po ogłoszeniu wyroku SA, redaktorzy „Dziennika Bałtyckiego” wydrukowali na pierwszej stronie zdjęcie rozradowanego najsławniejszego Polaka i tytuł: „Lech Wałęsa usłyszy przeprosiny za stwierdzenie, że donosił do SB”. Tym razem bez żadnego dowodu.
5 czerwca 1992 r. (kilka godzin po obaleniu rządu Jana Olszewskiego) klub parlamentarny Unii Wolności złożył do Prokuratora Generalnego zawiadomienie o popełnieniu przeze mnie przestępstwa „polegającego na tym, że w dniu 3 czerwca 1992 r. w Warszawie, biorąc udział w audycji telewizyjnej (TVP) pod tytułem »Refleks« wypowiedział fałszywe wiadomości, mogące wyrządzić poważną szkodę interesom Rzeczypospolitej Polskiej oraz poniżył naczelne organy państwa, stwierdzając m.in., że prace przygotowujące koalicję, na podstawie której formowany był rząd Tadeusza Mazowieckiego, prowadzone były za wiedzą i pod kontrolą ambasady sowieckiej, a nadto, że Unia Demokratyczna jest odpowiedzialna m.in. za zezwolenie na niszczenie teczek konfidentów oraz rozkradanie majątku narodowego”.
W uzasadnieniu zacytowano takie moje wypowiedzi: „Premier Tadeusz Mazowiecki wiedział o tym, że archiwa są niszczone, nie przeciwdziałał, nie zawiadomił opinii publicznej, nie podjął żadnych kroków w tym kierunku”, „w zablokowanie odebrania majątku partii włączył się osobiście Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, bronili tego jak lwy. W skutku PZPR zachowała olbrzymie finanse, przetransferowała pieniądze z kont partyjnych (…). Stąd powstało dzisiejsze imperium finansowe nomenklatury. Prasa polska została w ten sposób zdominowana przez postkomunistów”, „właśnie Unia i Kongres jest odpowiedzialna za to, że przez dwa i pół roku nie zrobiła niczego w celu ujawnienia agentury, odsunięcia agentury od władzy nad Polską. Więcej. Zezwolono na niszczenie teczek w pierwszym okresie i na bogacenie się, na rozkradanie Polski przez cały ten okres”.
Również 5 czerwca 1992 r. prokuratura w Krakowie podjęła śledztwo w sprawie ujawnienia przeze mnie tajemnicy państwowej w postaci odczytania w Radiu TOK FM tzw. Listy Macierewicza z nazwiskami agentów z Wałęsą na czele.
2 czerwca 1993 r. prokuratura sformułowała akt oskarżenia: „publicznie lżył naczelne organy Rzeczypospolitej Polskiej poprzez pomawianie premiera Tadeusza Mazowieckiego i Ministra Spraw Zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego o działalność agenturalną”. Proces toczył się do 2000 r., kiedy został umorzony wobec usunięcia z kodeksu karnego przestępstwa „lżenia naczelnych organów”.
25 marca 2011 r., oglądając sprawozdanie z procesu w Faktach TVN, zobaczyłem siebie sfilmowanego w taki sposób, że przypomniałem sobie jeszcze jedno zdanie z pisma „Łuny Wolności”: „Mając na uwadze szczególne zachowanie Krzysztofa Wyszkowskiego w czasie trwania audycji, jego mimikę, gesty i sposób wysławiania uważamy, że istnieją uzasadnione podejrzenia co do niepoczytalności w/w osoby i wnosimy o dopuszczenie dowodu z biegłych psychiatrów”.
Choć Wałęsa przyznał publicznie, że podpisał zobowiązanie do współpracy z SB, sąd nadal zakazuje mówienia, że był TW „Bolkiem”. Tym samym lojalki wobec PRL, wymagane jako warunek pracy i kariery w strukturach państwowych i dominujących mediach, otrzymują sankcję prawną III RP. Tak musi być, bo Bronisław Komorowski podpisał lojalkę, że Jaruzelski jest patriotą, Donald Tusk podpisał lojalkę, że można budować partię polityczną z pomocą funkcjonariuszy WSI i SB, a posłowie Platformy podpisali lojalkę, że raport MAK jest słuszny. Skoro lojalki podpisują prezydent i premier, posłowie i senatorowie, ministrowie i urzędnicy, policjanci i złodzieje, to czy można się dziwić, że również dziennikarze masowo poddają się weryfikacji przez podpisywanie lojalek, że agenturalność Wałęsy była „rzekoma” i „nie ma na nią żadnych dowodów”.
Wszystko płynie, ale w sowieckim systemie lojalek jedno pozostaje niezmienne – kto nie podpisał, ten wariat.