Peszmergowie walczą za nas

  

Rodzina i przyjaciele przestrzegali: „Nie jedź tam, zwariowałeś?”. Członek Rady Ministrów RP zapytał mnie wprost: „Po co tam jedziesz? Przecież tam jest niebezpiecznie!”. „Właśnie dlatego” – odparłem. I tak polski europoseł, wiceszef Parlamentu Europejskiego, trafił do irackiego Kurdystanu.

Prawda jest jednak bardziej skomplikowana i mniej chojracka. Po pierwsze: co do skupisk Kurdów – naprawdę bardzo ryzykownie jest w Turcji czy w Syrii. Na tym tle akurat w Kurdystanie jest mniej niebezpiecznie. Nie żeby sielanka – peszmergowie, czyli kurdyjscy partyzanci (coś jak nasza Armia Krajowa) – tylko w sektorze, który odwiedziłem, dowodzonym przez kuzyna prezydenta Masuda Barzaniego, mają spore straty – prawie 130 zabitych i 500 rannych. Ale jednak choćby stolica – Arbela, po turecku Erbil, po arabsku Irbil, po kurdyjsku Hewler – to względnie, jak na ten region, spokojne miejsce. A poza tym – bardzo niebezpiecznie to było na majdanie, w lutym 2014 r. Tej nocy, gdy zginęło tam kilku ludzi, znaleźliśmy się z Adamem Lipińskim między barykadą Berkutu a szańcem opozycji. Nad nami świstało i błyskało. „Antyjanukowyczowi” zagończycy pierzchli już na swoją stronę, a myśmy czekali chyba na zabłąkaną kulę, Adam z nieodłącznym papierosem, ja z nieodłączną komórką w ręku. Dopiero komenda starszego kolegi z opozycji demokratycznej: „Ryszard, sp…my”, spowodowała, że przenieśliśmy się w miejsce też niezbyt bezpieczne, ale przynajmniej nie na otwartej przestrzeni. W porównaniu z tym iracki Kurdystan jawił się jako miejsce może nie tyle spokojne (bez żartów), ile spokojniejsze.

Jednak skoro tak, to dlaczego program mojej wizyty był utajniony? Także dla mnie. Nie było mowy, aby przesłano mi go na mejla. Dlaczego towarzyszący mi w samochodzie wysokiej rangi dyplomata kurdyjski, gdy mówił o kolejnych punktach mojej agendy (wersji pisanej nigdy nie dostałem), ściszał głos, aby przypadkiem nie usłyszeli go siedzący w aucie ochroniarze? Dlaczego obie kolacje odbyły się w restauracji w moim hotelu, a nie na mieście? Choć tu akurat pytanie jest niezasadne: pierwszego dnia powiedziano mi wprost: „To ze względów bezpieczeństwa”.

Kurdowie: jeden naród w czterech państwach

Politycznie sprawa jest tak prosta, że aż skomplikowana. Turcy nie znoszą Kurdów – z dużą wzajemnością zresztą. Inna rzecz, że nie zawsze tak było: na początku zeszłego wieku imperium otomańskie wykorzystywało Kurdów do robienia porządku z Ormianami. Ale ostry, w rzeczy samej, konflikt między Turkami a Kurdami – a więc narodem wywodzącym się z ludów mongolskich a narodem należącym do grupy indoeuropejskiej (między innymi to – choć nie tylko to – łączy Kurdów i Polaków) – ogranicza się do Kurdów syryjskich i tureckich. Ci z Iraku, którzy są o krok od referendum w sprawie niepodległości i oderwania się od Bagdadu, z Ankarą się układają. Dość skutecznie, skoro prezydent Masud Barzani gościł parę tygodni temu z oficjalną(!) wizytą w Turcji, podczas której po raz pierwszy w historii na maszt wciągnięto czerwono-biało-zieloną flagę ze słońcem pośrodku – flagę Kurdystanu właśnie. Erbil czy jak mówią niektórzy Kurdowie „Hewler” (nawet dwie telewizje, nadające po kurdyjsku, którym udzielałem wywiadów, operowały tą pierwszą turecką nazwą) wie, że ma niepowtarzalną historycznie szansę na własne państwo – ale na pewno nie będzie to państwo wszystkich Kurdów. A w samym Kurdystanie mieszka ich dobrze ponad 5 mln, z tego ok. 20 proc. w stolicy. Interesy Kurdów zamieszkujących cztery państwa: Iran, Irak, Turcję i Syrię są sprzeczne. To gorzki, bolesny paradoks z perspektywy tego jednego z dwóch największych narodów świata pozbawionych własnego państwa. Tym drugim są Tamilowie, kojarzeni z Cejlonem (Sri Lanka), ale też licznie mieszkający w Indiach.

Z ważnym dowódcą wojskowym o rzeczach kluczowych, tj. uzbrojeniu, dostawach broni, pieniądzach i roli amerykańskich oraz brytyjskich samolotów, rozmawiamy bez kamer. Gdy te się pojawiały i łowiły każde słowo, przechodziliśmy na bezpieczny i miły temat: podobieństwa między językiem kurdyjskim a językami europejskimi. Nawet nie wiedział – punkt dla mnie – że „5”, czyli ich „penc”, to nasze „pięć”, a „6”, czyli ich „szesz”, to nasze bliźniacze „sześć”.

Ale wie, że rosyjskie „spasiba” to tylko wydłużenie kurdyjskiego „spas” – dziękuję. Nie ma czasu, pędzę na spotkanie z ministrem spraw zagranicznych Falahem Mustafą Bakirem, niegdyś naukowcem, a potem wiceministrem rolnictwa, więc już się nie dowiem, czy wojskowy wie, że angielskie „me”, kurdyjskie „men” i polskie „mi” oznaczają to samo i bardzo podobnie piszą się i czytają. Albo „dwa”, czyli kurdyjskie „tu”, identyczne w zasadzie w wymowie, jak ten sam wyraz po angielsku – w którym to języku z kolei słowo to pisze się podobnie jak po polsku. Z kolei tutejsza „8” – „aszt” to bliźniak niemieckiej „ósemki” – „acht”. Cóż, indoeuropejska rodzina musi mieć coś wspólnego... Nie dziwmy się zatem, że „9” po kurdyjsku, czyli „no”, kojarzy się może co do korzeni z niemieckim „nojn” (wymowa – w pisowni „neun”, angielskim „nine” czy włoskim „nove”). Albo kojarzące się z polskim „nie znam” – „nazam”, znaczące to samo. Albo też „nawi min”, czyli „mam na imię” (my name is...).

Masud Barzani, syn Mustafy

Prezydent Masud Barzani wychodzi po mnie przed salę audiencji. Zwykle czekam na prezydentów (a spotkałem ich dwudziestu paru), teraz on czeka na mnie. Skromny brązowy uniform kontrastuje z eleganckimi garniturami jego współpracowników i towarzyszących mu członków rządu. Trzydziestu pięciu członków jego rodziny walczy w szeregach peszmergów. On sam jest głową słynnego klanu Barzanich – jego ojciec Mustafa walczył o kurdyjską autonomię w ramach Iraku jeszcze wtedy, gdy premierem tego upadającego dziś państwa był niejaki Saddam Husajn. Wywalczył zresztą przyrzeczenie tejże autonomii od ówczesnego prezydenta Iraku, spokrewnionego z Husajnem, Ahmada Hasana al-Bakra. Było ono jednak w praktyce fikcją aż do października 1991 r., kiedy siły kurdyjskie wyparły wojska irackie z Kurdystanu. Teraz syn jest krok dalej niż był ojciec: Kurdystan już nie chce autonomii na papierze, jak przed dziesięcioleciami, ani nawet całkowicie rzeczywistej – bo to już de facto ma, ale idzie w kierunku realnej niepodległości. Referendum w tej sprawie odbędzie się w tym roku, zapewne już wiosną.

Kurdystan schronieniem chrześcijan

Masud Barzani ma dziś 70 lat, urodził się w Iranie i po ojcu przejął stery narodowej Demokratycznej Partii Kurdystanu już 36 lat temu. Mówi po kurdyjsku, na angielski tłumaczy go sam szef MSZ-etu. Kiwa głową, gdy mówię mu o podobieństwach w dziejach naszych narodów – Polski przez 123 lata też nie było na mapie. Podkreśla, że Kurdystan stał się schronieniem dla chrześcijan z całego Iraku – i wie, do kogo to mówi. Przed wyjazdem zażyczyłem sobie spotkania z chrześcijanami mieszkającymi w Kurdystanie. Byłem też w dwóch obozach dla uchodźców – chrześcijan w Hewlerze. To właśnie pobyt tam był dla mnie najbardziej wstrząsający i bardziej nawet mnie poruszył niż wizyta u peszmergów na froncie ich walki z Państwem Islamskim. Ci ludzie znaleźli względne bezpieczeństwo na kurdyjskiej ziemi. Chrześcijan uciekających przed muzułmańskim terrorem jest tutaj 400 tys., uchodźców w ogóle 4,5 razy więcej. W sumie porównywalna liczba, jak w Turcji. Tyle że Kurdystan nawet nie powąchał unijnych pieniędzy – a Ankarze UE obiecała 3 mld euro. A przecież w naszym europejskim interesie leży, aby uchodźcy chcieli zostać u siebie, zamiast szukać szczęścia na Starym Kontynencie. Gdy szef kurdyjskiego MSZ-etu (oficjalnie nazywanego póki co „Departamentem Spraw Zagranicznych”, byleby nie drażnić tak całkiem centralnych władz w Bagdadzie) mówi mi mało dyplomatycznie, że im bardziej Unia pomoże tym biedakom na terenie Kurdystanu, tym mniej ich przyjedzie do Europy – nie mogę nie przyznać mu racji.

Gdy IS rozpoczynał czystki religijne, swoiste współczesne ludobójstwo, prezydent Barzani zaprosił przywódców wspólnot chrześcijańskich (obrządki chaldejski, asyryjski, prawosławni, katolicy) i powiedział im: „Razem tu będziemy żyli, razem będziemy umierali”. Faktem jest, że muzułmańscy peszmergowie ochraniali wyznawców Chrystusa i wielu oddało za to życie. Cóż, skomplikowany to region, należy unikać pochopnych ocen. Dziękuję Barzaniemu za tę pomoc dla moich braci w wierze i za codzienną tolerancję wobec chrześcijan – unikatowa to sytuacja na tych ziemiach.

Uchodźcy z Kurdystanu – do Europy?

Rozmawiam z mieszkańcem miasta Duhok. To dwustutysięczny ośrodek, który z powodu uchodźców stał się metropolią. Przybyło ich tam 4(!) razy więcej, niż jest stałych mieszkańców. Teraz Duhok jest milionową aglomeracją z problemami, bo proporcje między gospodarzami i gośćmi są zupełnie nienormalne. Skądinąd i tutaj swój drugi – na ile tymczasowy? – dom znaleźli iraccy chrześcijanie.

Ciekawe jednak, że kurdyjscy politycy, przepytywani przeze mnie o główny problem ich kraju, nie wymieniają wcale zalewu uchodźcami. Martwią się emigracją na olbrzymią skalę – zupełnie jakbym słyszał polskich polityków.

Ludzie władzy powtarzają mi, że Kurdystan to „land of tolerance”. W porównaniu z bliższymi i dalszymi sąsiadami – na pewno. Służą temu też parytety wyznaniowe w wyborach do tutejszego jednoizbowego parlamentu. Liczy on 111 posłów, z tego setka wybierana jest z list partyjnych (kraj jako jeden okręg), a pozostali to sześciu chrześcijan różnych wyznań i pięciu Turkmenów. To gwarantuje stałą obecność przedstawicieli mniejszości wyznaniowych i etnicznych. Ale też poczucie większej partycypacji w rządzeniu państwem. Gdy w gmachu parlamentu, obwieszonego portretami XIX-wiecznych bohaterów narodowych i „marszałków” ichniego Sejmu spotykam się z kilkunastoma posłami, wszyscy mówią jednym głosem i chcą tego samego: większej pomocy militarnej i humanitarnej ze strony Zachodu dla ich wspólnej ojczyzny.

Peszmergowie biją się też o nas

Islamski terror spowodował nie tylko exodus chrześcijan, ale też zmniejszenie liczby kościołów w Iraku. Tego z kurdyjskiej „ziemi tolerancji” może nie widać, ale jest to faktem.

Hewler vel Erbil jest nowoczesnym miastem, w którym reklamuje się zachodnie luksusowe towary, sporo buduje i na pierwszy rzut oka w ogóle nie widać biedy. Nawet niechętni Kurdom obserwatorzy podkreślają duży postęp ekonomiczny, który dokonał się w tym mieście. Może dlatego, że nie było wszechogarniającego chaosu, walk i zamachów, jak w innych częściach Iraku. Ale scenariusz islamistów z IS był inny. Chcieli zaatakować rafinerię w pobliżu Arbeli (Hewler), zniszczyć międzynarodowy port lotniczy i odciąć dopływ energii do stolicy. Na ich drodze stanęli peszmergowie. Początkowo tych kurdyjskich bojowników było ledwie 20 tys. Obecnie oddziały, ostrzeliwane przez Państwo Islamskie z rosyjskich katiusz (Moskwa tradycyjnie gra na paru fortepianach), mają już razem z ochotnikami 160 tys. ludzi. To ideowa armia, spora część żołnierzy nie otrzymuje żołdu już od wiosny 2015 r. Gdy odwiedzałem ich na linii frontu, na którym są od sierpnia 2014 r., najmłodszy bojownik liczył 16 lat, a najstarszy... 83 lata.

Peszmergowie walczą o Kurdystan, ale – może nawet nie zdając sobie z tego do końca sprawy – bronią cywilizacji i kultury szeroko rozumianego Zachodu. Chronią także przed kolejnymi pogromami chrześcijan, którzy zostawili swoje domy, aby uniknąć śmierci lub – co często proponowali im dżihadyści – przejścia na islam...
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl