Jeden dzień na Łączce (3)
„Idą! ” mówi któryś z wolontariuszy.
Ponieważ ścieżka między kwaterami „Ł” i „MII” jest rozkopana, nieco wcześniej skręcają w prawo, potem w lewo, by po kilkudziesięciu krokach stanąć przed kopczykiem z kamieni, usypanym na miejscu dawnego pomnika ofiar komunistycznego terroru. Przed prostym krzyżem zbitym z sosnowych gałęzi czynią znak krzyża, zapalają znicze.
Są wśród nich przedstawiciele trzech generacji: rówieśników pomordowanych, dzieci i wnuków. Każda z nich została naznaczona w inny sposób. Każda inne zadania miała lub ma do wykonania.
Cmentarna ławeczka
Swoim życiowym doświadczeniem mogłaby obdzielić kilka osób. Dziewczyna z rosyjskiej arystokracji, która postanowiła być Polką. Jej rodzina salwowała się ucieczką z kraju ogarniętego bolszewicką pożogą, osiadła w Nowogródku. Ona sama ukończyła gimnazjum w Święcianach, potem przez rok studiowała prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. W trakcie wojny zabrana z domu do partyzantki, służyła, najpierw jako kucharka, później jako sanitariuszka, w oddziałach „Kmicica”, „Zapory” i „Łupaszki”. Po zakończeniu działań wojennych przeszła razem z V Brygadą Wileńską AK na Białostocczyznę, następnie na Pomorze. Brygadę rozwiązywano i na nowo powoływano, a ona, sanitariuszka „Lala”, nieprzerwanie wykonywała powierzone jej obowiązki.
Wykonuje je do dziś, wsparta na lasce, przysiadająca na cmentarnej ławeczce. Wnuk (czy prawnuk?) wyciąga znicz z czarnej plastikowej torby, krzesze ogień i stawia lampkę u stóp krzyża.
Próbuję wyobrazić sobie ich, „Lali” i „Łupaszki”, ostatni wieczór na kwaterze u stóp gór. Jest 29 czerwca 1948 r., parę chwil do zmierzchu. Od kilkunastu miesięcy się ukrywają, ciągle zmieniając miejsca pobytu. Teraz stacjonują w Osielcu, wsi między Jordanowem a Makowem Podhalańskim. Próbują żyć jak ludzie, ale jakżeby mogli się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, w tym świecie dla ludzi bez właściwości? Wiatr porusza gałęziami drzew, a spojrzenie Lidii Lwow, wspartej o balustradę ganku, wędruje po granatowozielonych płaszczyznach. Może się modli? Może rozmyśla o przyszłości? Albo, przeciwnie, kurczowo trzyma się tego dnia, tej wieczornej godziny, przeczuwając, że wszystko nie potrwa już zbyt długo?
Czy rozpoznałaby siebie w tej starszej pani, która przycupnęła na skraju ławeczki między kwaterą „Ł” a „D35”? Czy uwierzyłaby w taką sekwencję wydarzeń: aresztowanie, przejazd do Myślenic i Krakowa, lot do Warszawy, przesłuchania i proces, podczas którego gazety będą nazywały majora Zygmunta Szendzielarza „ponurym zbirem”, „bezpośrednim hersztem […] band”, będą go opisywały jako „40-letniego mężczyznę z wąsikami à la Hitler”, „ponurego kabotyna” i „zwyrodnialca”, mającego za sobą „szatańską szkołę”? Czy pogodziłaby się z myślą o śmierci ukochanego, o własnym kilkuletnim uwięzieniu, o życiu, którego większość upłynie w szarzyźnie Polski Ludowej? Co by rzekła, gdyby usłyszała, że po „upadku komunizmu” trzeba będzie odczekać przeszło dwadzieścia lat, zanim rozpoczną się poszukiwania szczątków „Łupaszki” i innych Niezłomnych? Jak przyjęłaby informację o tym, że po wydobyciu z anonimowych dołów, zmarli, złożeni w cmentarnej chłodni, czekać będą przez wiele miesięcy, a może i lat, na zwyczajny, ludzki pochówek?
Chłopiec i prokurator
Przemawia prokurator. Jest miłym człowiekiem, stara się dobrze wykonywać swoje obowiązki, ale jak sądzę nie całkiem rozumie powagę chwili. Tłumaczy, że są ograniczenia, że póki nie zmieni się prawo, dalsze prace na Łączce będą utrudnione, opisuje zakres badań i objaśnia procedury. Gdyby rozumiał, zapłakałby. Prosiłby w imieniu Rzeczypospolitej o wybaczenie. Zapewniałby, że poruszy niebo i ziemię, by poszukiwania szczątków można było zakończyć. Albo inaczej milczałby, ale jego milczenie byłoby wołaniem. O sprawiedliwość, o prawdę, o zadośćuczynienie.
Po złożeniu wyjaśnień przez prokuratora i prezesa Instytutu Pamięci Narodowej o głos prosi dr Witold Mieszkowski, syn Stanisława Mieszkowskiego, zamordowanego przez komunistów 16 grudnia 1952 r., po tzw. procesie w sprawie „spisku komandorów”. Choć szczątki komandora odnaleziono i zidentyfikowano, Witold Mieszkowski doskonale wie, że praca, jaką winien wykonać aparat polskiego państwa, została wstrzymana. Nie można skończyć na gestach symbolicznych. Nie wystarczą konferencje w błysku reflektorów, z udziałem prezydenta; niczego nie załatwią najwznioślejsze słowa, najbardziej solenne obietnice. Za deklaracjami muszą iść czyny, działanie przemyślane, lecz prędkie. Wszystko powinno się dopełnić za naszego życia zdaje się tłumaczyć syn komandora. Wyzyskajcie naszą obecność. Jesteśmy tu po to, by w sposób jednoznaczny wskazać zdrowy fundament współczesnej Polski. Jeśli pozwolicie, byśmy pomarli, nie doczekawszy pełnej sprawiedliwości dla naszych bliskich, być może bezpowrotnie utracicie szansę na własne moralne odrodzenie. Nasza gorzka wiedza o człowieku i historii zostanie utracona, nasz ból okaże się bezcelowy, nasza walka daremna.
Patrzę w twarz Witolda Mieszkowskiego. Widzę konsekwencję i upór w dążeniu do prawdy, ale także rys smutku i rezygnacji. Wiara i zwątpienie ujawniające się równocześnie, w jakimś paradoksalnym, arcypolskim splocie. Bo uczyniono wiele, ale równie wiele zostało do zrobienia. Bo niby prawda zwyciężyła, ale wydarzenia toczą się tak, jakby to kłamstwo triumfowało.
Jest w tym mężczyźnie straceńcza odwaga kilkunastoletniego chłopca syna zamordowanego, komandora, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej, bohaterskiego obrońcy Helu, a we wczesnych latach powojennych szefa Sztabu Głównego Marynarki Wojennej i dowódcy Floty chłopca, który w roku 1953 miał czelność rzucić w twarz pułkownikowi Stanisławowi Zarako-Zarakowskiemu, stalinowskiemu naczelnemu prokuratorowi, następujące oświadczenie: „Nigdy nie wierzyłem, nie wierzę i wierzył nie będę w sprawiedliwość socjalistyczną!”.
A czy w III RP, w tym państwie szumnych deklaracji i dobrze działających cmentarnych chłodni, da się wierzyć w sprawiedliwość? „Nie wiem” czytam odpowiedź z twarzy doktora Mieszkowskiego. „Nie wiem” huczy mi w głowie.
Przerwane rekolekcje
Łączkowe rodziny przechodzą pod taśmą z napisem Policja, wysoko uniesioną przez funkcjonariuszy strzegących terenu prac. Profesor Szwagrzyk, prezes Kamiński i prokuratorzy prowadzą pochód od jednej jamy w ziemi do drugiej. Opowiadają, tłumaczą, wyjaśniają. Kiedy stoją nad dołem, z którego przed godziną wyjęto szkielet zamordowanego, wyglądają jak kondukt żałobników, jakby uczestniczyli w pogrzebie, w państwowym pochówku z honorami. I w pewnym sensie jest to pogrzeb, w pewnym sensie od kilku lat tu, na Łączce, odprawiane są egzekwie, trwa nieprzerwanie narodowa missa pro defunctis.
Teraz stoją w wąskim kręgu obok jednego z baraków ustawionych pod murem. W czarnym foliowym worku kości skazańca. Co parę chwil jedna z osób zajmujących się oczyszczaniem szczątków podchodzi do worka i wyjmuje z niego kosteczkę, relikwię, niewielki fragment zdruzgotanej wspólnoty Polaków.
„Requiem aeternam dona eis, Domine!” szumią liście cmentarnych drzew. Żuk ciągnie wśród traw sosnową igłę. „Et lux perpetua luceat eis!” zawodzi wiatr w gałęziach. Za ogrodzeniem cmentarza pędzą ciężarówki. „Exaudi orationem meam” szeleści czarny foliowy worek „ad Te omnis caro veniet”.
W ręku młodej pani archeolog żebro zmarłego. Czy z jednego żebra Żołnierza Niezłomnego śpiącego w ziemi da się uczynić nowego człowieka? Czy ze zgruchotanej kości można stworzyć na nowo jeden naród? „Nie wiemy” odpowiadają drzewa. „Nie wiem” basuje żuk wędrujący po powierzchni ziemi.
Ja także nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie, wiem jednak, że przed dwoma laty na dalekiej kwaterze „Ł” cmentarza Powązkowskiego zabrzmiał głos trąby („Tuba mirum spargens sonum/Per sepulchra regionum,/Coget omnes ante tronum”) i rozpoczęły się narodowe rekolekcje. Wiem też, że łaciński czasownik „recolligo, recolligere, recollegi, recollectum” znaczy „znowu zbierać”, „ponownie gromadzić”, „odzyskać”, „przyjść do siebie”, „znowu wziąć” i „jeszcze raz przyjąć”.