Pożegnanie w gabinecie luster (2)
Przedział pociągu jadącego na wschód Polski.
Próbuję zrozumieć treść przytoczonego zdania, w którym zawarta jest — tak mi się zdaje – jakaś fundamentalna prawda o ludzkim życiu. Osoby siedzące w przedziale wyrwane zostały przemocą ze swojej codzienności (jej fundamenty usunięto). Przerwaniu uległy związki łączące ludzi, miejsca i sytuacje, sprawiające, że rzeczywistość jawi się jako tako uporządkowana i zrozumiała. W jakim kierunku się udać? Co czynić, by nie oszaleć? Jedyna metoda: trzymać się tych skrawków rzeczywistości, które nie uległy anihilacji, dotykać i doświadczać widzialnego świata, póki nie zniknie.
Odbicie w szybie
Tymczasem tkwią w przedziale pociągu do Brześcia (choć może lepiej byłoby rzec: donikąd). Za oknami mgła, ciemność. Pociąg wjeżdża w tę mgłę, w tę ciemność, a ona oplata go, otacza szczelnym kokonem. To nic, że za oknami migają krajobrazy – pola i lasy. To nic, że płachta nieba rozciągnięta jest aż po horyzont. „Tego nie ma, to nie istnieje – myślą ludzie w przedziale. – Wszystko jest snem, z którego przebudzimy się z krzykiem. Otworzymy oczy, by spotkać ciemność. Wyciągniemy ręce, by dotknąć próżni”. Witkacy, wcześnie postarzały katastrofista (koszmar przezeń wymyślony spełnia się na nim samym), ściska rękę Czesławy, jakby się obawiał, że zdmuchnie go wiatr historii.
Apokalipsa jeszcze się nie dopełniła. Jeszcze mają prawo myśleć, że sprawy jakoś się ułożą – Niemcy zajmą nasze ziemie aż do Wisły, a za linią rzeki zorganizujemy jakiś opór, państwo kadłubowe? W naszej pokręconej historii tak już bywało. Trwaliśmy mimo przeciwności. Urządzaliśmy się w ciasnocie, żyliśmy na przekór biegowi wydarzeń, przechowując i pielęgnując szczątki dawnego świata.
Witkacy patrzy w okno. Jego twarz odbija się w szybie, odbicie przenika się z tłem. Witkacy obserwuje swój profil. Przez głowę przelatują myśli — nieskładne, chaotyczne. Wspomnienia z odległej przeszłości nakładają się na obrazy z ewakuującego się Zakopanego, z bombardowanej Warszawy, z Augustówka, w którym spędził dwa względnie spokojne letnie tygodnie. Witkacy poszukuje zasady organizującej. O obliczu świata – teraz przekonuje się o tym dobitnie – decyduje tępa siła, masa, której najżywszym pragnieniem jest wchłonąć jednostkę, odebrać jej zdolność samodzielnego myślenia i decydowania o sobie.
Kalectwo świadomości
Już raz uciekał przed masą, przed jej krwawym gniewem i bezrozumnym okrucieństwem, już kiedyś obserwował ją z bliska. Było to w Rosji, w latach 1917–1918.
Podczas Wielkiej Wojny pełnił funkcję oficera lejb-gwardii Pawłowskiego Pułku w Petersburgu. Walczył pod Stochodem, został ciężko ranny. Jednemu z przyjaciół opowiadał o „straszliwych, wprost niesamowitych paroksyzmach strachu, które przeżywał nieraz pod ogniem w pierwszej linii okopów, albo gdy na pół przytomny ze zdenerwowania, roztrzęsiony jak galareta, prowadził swoich ludzi do ataku na niemieckie pozycje”. Po rekonwalescencji żołnierze wybrali go „do czwartej roty zapasowego batalionu” Pułku Pawłowskiego (badacze zastanawiają się, czy nie został po prostu komisarzem politycznym). Była to ta sama kompania, która rozpoczęła rewolucję lutową. W „Niemytych duszach” Witkacy pisał: „wiele dał mi do myślenia widok (inaczej nie mogę powiedzieć, bo niestety patrzyłem na to jak z loży, nie będąc w stanie przyjąć w tym żadnego udziału z powodu schizoidalnych zahamowań) Rewolucji Rosyjskiej, od lutego 1917 r. do czerwca 1918 r. Obserwowałem to niebywałe zdarzenie zupełnie z bliska”. I dodawał, że każdego, kto nie był bezpośrednim świadkiem rewolucyjnego terroru, uważa „wprost za nieszczęśliwego kalekę”.
Na czym to kalectwo, ta dysfunkcja świadomości historyczno-politycznej, miałyby polegać? Sądzę, że, po pierwsze – na niedocenianiu wagi zmian w strukturze społecznej, jakie zapoczątkowała rewolucja w Rosji, po drugie – na braku wiedzy, w jak gwałtowny sposób ujawnia się siła zrewoltowanych mas. Witkacy przeżył apokalipsę, a obrazy z tamtego czasu – choć zepchnięte głęboko w podświadomość – wciąż dawały o sobie znać. W rozmowach niechętnie powracał do rosyjskiego etapu swojej biografii. Niekiedy jednak dało się zeń wydobyć jakieś strzępy wspomnień. Jego kuzynka Aniela Ehrenfeucht zrelacjonowała Joannie Siedleckiej jedną z takich niespodziewanych Witkacowskich opowieści: „Po wybuchu rewolucji i opuszczeniu pułku, jako były biały oficer, uciekał nieustannie przed aresztowaniem. I omal do tego nie doszło, ale bolszewicy dali mu spokój, puścili. Udał bowiem chorego umysłowo – uraczył porcją najstraszniejszych min oraz głosów, w czym był rzeczywiście mistrzem. I to go najprawdopodobniej uratowało, w Rosji bowiem chorych umysłowo – sumasszedszich, jurodiwych uważano także za świętych. Budzili i strach, i podziw. Lepiej było zostawić ich w spokoju”.
Teraz, we wrześniu 1939 r., w pociągu jadącym na wschód, do świadomości byłego porucznika lejb-gwardii (a dziś porucznika rezerwy WP) dociera, że sytuacji z lat 1917–1918 nie da się powtórzyć. Jeśli wkroczą, nie będą zważali na jurodiwych, nie pomogą groteskowe miny i najdziksze głosy dobywające się z krtani. Przejadą jak walec po wioskach i miastach, wywracając dotychczasowy porządek do góry nogami, równając i uniformizując.
Pół szklanki mleka
„Przystanki były częste, ludzie z okolic oczekiwali już na pociąg z koszami pieczywa, z mlekiem, herbatą”. Zdanie ze wspomnień Czesławy Oknińskiej pozwala widzieć tę ucieczkę jako wędrówkę przez rozpadający się świat, którego mieszkańcy okazują sobie pomoc i solidarność. Zresztą, pod koniec pierwszego tygodnia działań wojennych wielu wierzy jeszcze w pozytywny obrót wydarzeń. Ludzie nie wiedzą, że w nocy z 6 na 7 września rząd Rzeczypospolitej ewakuował się ze stolicy, że sytuacja na froncie jest fatalna. Nikt nie podejrzewa – Witkacy jest tu zapewne wyjątkiem – że zbliża się zagrożenie ze strony drugiego z sąsiadów Polski, że za dziesięć dni czerwona fala zaleje wschodnie województwa, które po wojnie nie tylko nie znajdą się w granicach państwa, ale zostaną włączone do nowych „republik radzieckich” – litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej.
Kiedy pociąg zatrzymuje się na zrujnowanej stacji w Łukowie, Witkacy i Oknińska stoją w oknie, obserwując ludzi wysypujących się z pociągu w poszukiwaniu wody. Wśród osób oczekujących na strawionym przez pożar peronie Witkiewicz dostrzega Bolesława Micińskiego, autora „Podróży do piekieł”, oraz jego żonę Halinę (była wtedy w piątym miesiącu ciąży). We wspomnieniach tej ostatniej, zatytułowanych „Długi wdzięczności”, odnaleźć można opis owego łukowskiego spotkania przyjaciół: „ [Bolek] rzucił mu się na szyję i wykrzyknął: »Stasiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze, ja będę ojcem«. Witkacy odwrócił się na pięcie i zniknął w wagonie, po chwili jednak ukazał się znowu, ostrożnie przeciskając się przez tłum, niósł w ręce pół szklanki mleka, które podał mi bez słowa”.
Optymistyczne zapewnienie Micińskiego („Stasiu, nie martw się, wszystko będzie dobrze”) na niewiele się zdało – zaklinanie rzeczywistości to na ogół czynność jałowa i bezskuteczna. Micińscy wybierali się do Baranowicz (usiłowali nakłonić autora „Szewców” do zmiany kierunku podróży), ostatecznie trafili do Wilna i Kowna, z Litwy samolotem dostali się do Szwecji, następnie zaś do Paryża. W stolicy Francji Halina Micińska urodziła córkę Annę, która po latach miała stać się jedną z najgorliwszych badaczek życia i twórczości Witkacego. Bolesław Miciński zmarł na gruźlicę w stolicy Francji w roku 1943. Witkiewicz i Oknińska dotrzeć mieli do wsi Jeziory na Polesiu, w powiecie pińskim, gdzie udręczony ucieczką pisarz targnął się na swoje życie.
Zatrzymajmy czas na jedno mgnienie. Spalony peron w Łukowie, tłumy przeciskają się do hydrantu (panuje okropny upał), Witkacy zeskakuje ze stopni wagonu i umiejętnie pracując łokciami, zbliża się do Haliny Micińskiej. W jego wyciągniętej ręce szklanka do połowy wypełniona białym płynem. Kiedy przekazuje naczynie kobiecie, ich palce stykają się na chwilę. Micińska zagląda mu w oczy, ale on ucieka spojrzeniem w bok. Słychać świst kolejowej gwizdawki, więc żegnają się prędko.
Tłok przy wejściu, pokrzykiwania, spory. Trzask zamykanych drzwi. Chwilę później twarze Stasia i Czesławy w uchylonym oknie. Coraz dalsze, coraz mniejsze, nierealne.