Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Przemysław Dakowicz,
13.04.2014 11:27

Linia i koło

Chcąc zrozumieć, kim jest i po co zjawił się na świecie, człowiek na różne sposoby tłumaczył sobie własne położenie.

Chcąc zrozumieć, kim jest i po co zjawił się na świecie, człowiek na różne sposoby tłumaczył sobie własne położenie. Od kiedy zaczął analizować i interpretować rzeczywistość, najmocniej zajmowało go zagadnienie czasu – pytał więc o początek i koniec, tzn. o porządek i sens tego, co mu się przydarza. Wśród koncepcji czasu, jakie stworzył, dwie zasługują na szczególną uwagę.

Pierwszą z nich wyobraża linia prosta, biegnąca od punktu inicjalnego do punktu finalnego. Jest to konstrukcja skończona, w której da się wyróżnić odrębne fazy – fazę wczesną, fazę pośrednią i fazę końcową. Ktoś, kto postrzega czas jako linię, wierzy, że przeznaczeniem ludzkości jest rozwój i doskonalenie się. Dlaczego? Bo poruszając się wzdłuż linii, tylko raz możemy znaleźć się w danym punkcie; idąc dalej, na zawsze pozostawiamy za sobą punkty, w których już byliśmy. Droga, jaką musimy przejść, jest drogą od do. Choć pokonujemy ją z mozołem, widzimy – lub przynajmniej możemy zdefiniować i wyobrazić sobie – jej cel. Dotarcie do celu oznacza osiągnięcie doskonałości, jest równoznaczne z ostatecznym domknięciem, z zakończeniem procesu rozwoju. Czas okazuje się wtedy niepotrzebny – znika więc, kończy się. Następuje koniec świata, koniec jego czasowych form i czasowego porządku.

Druga z koncepcji mówi o kolistości czasu. Poruszamy się nieustannie po obwodzie Wielkiego Koła, wciąż na nowo powtarzając nasze doświadczenia i gesty, jak w liturgii odnawiając dawne sensy, przywracając wydarzeniom ich pierwotną wartość i dawne znaczenie. Koło czasu to konstrukcja zamknięta i doskonała, tzn. taka, która więzi – człowiek tkwi w jej wnętrzu jak Jonasz w brzuchu wielkiej ryby. Nie ma ucieczki z kolistego czasu, chyba że w sen, bo jednostajny rytm repetycji usypia nas i stopniowo pozbawia świadomości.

Głowa, której nie ma

O ludzkich wyobrażeniach na temat czasu myślałem podczas lektury nowych wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza z wydanego przed kilkoma dniami tomu „Pastuszek Chełmońskiego”.

Jest to książka tajemnicza i niepokojąca – jeden z tych tomów, które, głęboko w to wierzę, zdolne są zmienić nasze dotychczasowe postrzeganie samych siebie i przemodelować wspólnotową świadomość, zmuszając nas do postawienia sobie pytań o charakterze fundamentalnym. „Kim jesteście? Kim jesteśmy? ” – woła autor „Reytana”. „Ile w was (w nas) śmierci? Ile życia? Czy wolicie (wolimy) spać w grobie, czy też zechcecie (zechcemy) przebudzić się do życia? A jeśli powstaniecie (powstaniemy) z martwych, czy znajdziecie (znajdziemy) w sobie dość siły, by »uderzyć duchem«, by przemóc waszą (naszą) wewnętrzną, duchową martwotę?”. Z tymi i z wieloma innymi pytaniami konfrontuje nas Rymkiewicz, wystawiając naszą zbiorową twarz na widok publiczny i każąc nam spojrzeć w lustro, przejrzeć się w czymś, co z braku lepszego określenia nazwijmy tutaj zwierciadłem przeszłości.

To, co pokazuje szklana tafla, jest pustym miejscem po głowie, bo trup stojący przed lustrem został zdekapitowany. „Da Bóg – to się odnajdzie głowa” – czytamy w wierszu „Upiór”. Jednak nie ten wiersz najbardziej mnie teraz interesuje. Ponieważ nie mam odpowiednio wiele miejsca, by przyjrzeć się całej książce, ograniczę się do pobieżnej, wstępnej lektury dwóch wybranych utworów z „Pastuszka Chełmońskiego” – „Jaśminów” i „Dzikiego zapachu majowego”.

Wojna pamięci z zapomnieniem

„Dziki zapach majowy” został napisany w maju 2010 r., „Jaśminy” zaś w czerwcu 2011 r. Łączy te wiersze sceneria ogrodu i sposób, w jaki przedstawiona została przyroda (wywiera ona wpływ na człowieka, oddziałując na jego zmysły). „Jaśminy”: „W czerwcu wszędzie kwitną jaśminy/Tu przy płocie a tam przy domu/I to nie ma żadnej przyczyny/Jeśli ma to nieznaną nikomu//Krąży koło uplecione z kwiatów/Wielkie koło czarnych os i trzmieli/To w zaświaty a to znów z zaświatów/Słodki zapach trumny i pościeli/[...] Słodki zapach czarnej zgnilizny”. Podobnie w wierszu z maja 2010: „Dziki zapach majowy/Bije kotom do głowy//I mnie się w głowie kręci”. Obezwładniony wonią kwiatów człowiek poddaje się temu, co pierwotne, niezakorzenione w kulturze i w historii, dostaje się we władanie sił natury – traci pamięć i zdolność postrzegania rzeczywistości zgodnie z porządkiem przyczynowo-skutkowym: „I mnie się w głowie kręci/Pozbywam się pamięci//Z głębi mózgu wyjęty/Wchodzę pomiędzy mięty//Pomiędzy dwie leszczyny/Gdzie nic nie ma przyczyny” („Dziki zapach majowy”). W obu wierszach powtarza się motyw sklerozy – zapomnienia definitywnego, niemożliwego do przezwyciężenia, ograniczającego postrzeganie do tego, co najbliższe i najbardziej pierwotne, bo związane z biologiczną stroną ludzkiego życia: „Z czaszki z mózgu z myślenia/Wchodzę w ciemność istnienia//Tam gdzie kwitną mimozy/W środku mojej sklerozy” („Dziki zapach majowy”); „Nie ma ręki która szarpie powrozy/Wielkie koło czarnej niepamięci/Czarne trzmiele w środku sklerozy/I mój mózg w tym kole się kręci” („Jaśminy”).

Na odrębną grupę motywów pojawiających się w przywołanych wierszach składają się wszystkie obrazy związane z fizjologią, umieraniem i grzebaniem ciał. Wprowadzają one charakterystyczne dla poezji autora „Pastuszka Chełmońskiego” elementy groteski i specyficznej, somatyczno-metafizycznej makabry oraz dysonans między serio a buffo, między wielością form pleniącej się bujnie przyrody a tkwiącą w samym jej centrum zapowiedzią rozkładu i śmierci. W „Jaśminach” mowa jest o „słodkim zapachu trumny i pościeli” oraz o „słodkim zapachu czarnej zgnilizny”, w „Dzikim zapachu majowym” o „czarnej krwi na dnie misy” i o potrzebie „godziwego pochówku”. Takim, ufundowanym na barokowej coincidentia oppositorum, sposobem konstruowania obrazu świata i życia ludzkiego posługuje się profesor Rymkiewicz, aby uświadomić czytelnikowi głęboki rozziew między przestrzenią natury a domeną historii. Bo cytowane wiersze są w bliskim sąsiedztwie utworów w sposób jednoznaczny odnoszących się do tragedii z roku 2010, do – jak się okazuje: niezakończonego – koszmaru naszych dziejów. Ciało krwawiące i ciało gnijące woła do nas, przypomina (nawet jeśli jego wołanie zagłuszają dźwięki świata owadziego i zwierzęcego, „dziki zapach majowy”, eksplozja form i kolorów) o umieraniu i rozkładzie. Świadomość, która odróżnia nas od zwierząt, każe nam porzucić postrzeganie czysto biologiczne – nawet jeśli wykazujemy przyrodzoną skłonność do ulegania złudzeniu, że możliwe jest trwanie poza historią.

Nie dla nas Wielkie Koło powrotów – zdaje się mówić autor „Zachodu słońca w Milanówku”. Nam, ludziom, dany jest czas linearny, a to znaczy: konieczność pielęgnowania pamięci, poszukiwania przyczyn i przewidywania skutków wszystkiego, co wydarza się w czasie.

Kwestionariusz afatyka

Wiersze profesora Rymkiewicza mówią coś niezwykle istotnego o mechanizmach współkształtujących polską tożsamość po roku 1989. Tożsamość tę jakiś czas temu opatrzyłem epitetem „afatyczna”, charakteryzuje ją bowiem niedopełnienie, fragmentaryczność i niechęć do jednoznacznej artykulacji podstawowych prawd dotyczących naszego tu i teraz. Nasze milczenie o nas samych, nasza ucieczka od własnej przeszłości w migotliwą teraźniejszość i fałszywą, bo zbudowaną na błędnych przesłankach, wizję przyszłości – wszystko to oznacza, że nie potrafimy określić miejsca, w którym się znajdujemy. Nie wiemy po prostu, czy i jakie łączą nas więzi. Przypominamy grupę wolnych elektronów, które swobodnie wirują w przestrzeni. Droga, którą pokonujemy, nie może mieć porządku linearnego, nie może przebiegać od do, ponieważ jej początek ginie we mgle zapomnienia, a cel pozostaje nieokreślony.

Rymkiewiczowska koncepcja kultury jako nieprzerwanej rozmowy współczesnych Polaków z Wielkimi Duchami przeszłości wyrasta z pragnienia restytucji dawnego porządku, odzyskania świadomości dotyczącej miejsca jednostki w organizmie wspólnotowym. Jesteśmy narodem – powiada autor „Pastuszka Chełmońskiego” – w takim stopniu, w jakim zachowaliśmy zdolność kontaktowania się z naszą tradycją. W poezji Rymkiewicza związek ten jest nie tylko zachowany, ale zyskuje swoją doskonałą realizację.

Problem staje się widoczny, kiedy zadamy sobie następujące pytanie: czy jesteśmy w stanie ten szczodry gest poety – poety, który wie i potrafi, który rozumie, na czym polega wspólnota – przełożyć na codzienne praktykowanie narodowej kultury; czy mamy dziś w sobie wystarczająco wiele umiejętności i konsekwencji, by przezwyciężyć afazję, tzn. czy jako zbiorowość możemy powrócić do języka przodków, z wpisanym weń zespołem obrazów, przekonań i wartości? Bo jeśli nie potrafimy, to „Pastuszka Chełmońskiego” potraktujemy jako zbiór prostych, naiwnych rymowanek – podczas gdy w rzeczywistości jest to wielowymiarowy, wyposażony w cały system znaczeń ukrytych, traktat o polskości XXI w.

Próba jaskółki

Z jaskółczego gniazda wypadło nieopierzone pisklę. Kiedy rodzice pisklęcia odkryli, że gniazdo jest puste, podnieśli rwetes. Wreszcie dostrzegli truchło swojego dziecka na ziemi i nie wierząc w to, co widzą, unieśli je pod chmury na własnych skrzydłach, myśląc, że lot je ocuci, roznieci w nim życie. Ale kiedy upuścili trupka, ponownie uderzył on w ziemię. Wielki i pełen rozpaczy był lament jaskółek.

Pan zna tę parabolę, Panie Profesorze. Jest ona wyjęta z dzieła, do którego czyni Pan aluzję w jednym ze swoich wierszy. Tego rodzaju aluzji, nawiązań i ukrytych dialogów z tradycją jest w tomie „Pastuszek Chełmońskiego” wiele. W innym miejscu i w innym czasie napiszę o nich więcej. Postaram się wtedy wskazać ich sens dosłowny oraz duchowy (alegoryczny, moralny i anagogiczny). Teraz powiem tylko tyle, ile trzeba.

Pan także, podobnie jak ten, kto historię o jaskółkach opowiedział, nie wierzy w śmierć ojczyzny. Dlatego śpiewa Pan swoje ciemne pieśni, dlatego bierze nas Pan na spytki i wystawia na próbę, unosi pod chmury i upuszcza w powietrze, żądając odpowiedzi, czy jesteśmy żywi, czy martwi. Jeżeli żywi – polecimy.

Bardzo chciałbym odpowiedzieć jednoznacznie, ale obawiam się, że nie byłoby to zgodne z prawdą. Bo chyba dzisiaj jest z nami wszystkimi tak, że jesteśmy w połowie żywi, a w połowie martwi. I Polska, nasza Polska z obciętą głową, z czaszką pełną pokrzyw, nasza Polska targana przez Furie, Polska z dziurą w potylicy – także Ona jest w połowie żywa, a w połowie martwa.

Da Bóg – to się odnajdzie głowa.
Da Bóg – polecimy.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej