Polskę w nową trumnę zakuć
Wiosna 1864 r. przyszła szybko i od razu ciepła. Romuald Traugutt stojący na czele Rządu Narodowego wracał do swojego konspiracyjnego mieszkania przy ul.
Traugutt spojrzał w stronę Wisły, podniósł głowę, jakby chciał zaczerpnąć powietrza z pól rodzinnej Litwy, i powiedział: „Co roku widzimy wiosnę, co roku piękność jej podziwiamy, a zawsze jest ona dla mnie czymś nowym, nieznanym, z radością witanym... Wiosna obecna jest stokroć piękniejszą, ożywczą niż inne jej poprzedniczki...”. Gdy to mówił, „twarz jego płonęła ogniem takiego zapału nieziemskiego, takiej poezji wzniosłej, iż [Dubiecki] nie odważył się mu zakłócić chwili zachwytu, nie odważył się mu rzec, że ta wiosna dla nas obu może już jest ostatnią...”. I taką była dla Romualda Traugutta.
Od ponad pół roku, stojąc na czele Rządu Narodowego, był nieuchwytny dla rosyjskiej policji. Pod koniec stycznia przypadkowo został zatrzymany gimnazjalista, przy którym znaleziono konspiracyjne papiery. „Zaczęły się aresztowania na wielkie rozmiary, lecz w miarę jak docierano do samych źródeł spisku, rzecz szła coraz bardziej oporem. Ludzie ci odznaczali się niezwykłą mocą charakteru i wytrzymałością, przynajmniej w pierwszych chwilach. Ani łagodne, ani najsurowsze obchodzenie się z więźniami wyższych stopni w organizacji nie doprowadzały do żadnego rezultatu. Jeden z więźniów przez 71 dni trzymany był w piwnicy obok lodowni bez ciepłego jedzenia. Zachorował i omal nie umarł, lecz tajemnicy nie zdradził. Uwięziono prawie wszystkich współpracowników w różnych wydziałach Rządu Narodowego, bez których maszyna rządowa już się poruszać nie mogła. Przychwycono i samych dyrektorów, lecz naczelnik Rządu Narodowego, dyktator, jak go niektórzy nazywali, uchodził poszukującej go władzy. Upłynęło przeszło dwa miesiące, nim natrafiono na pierwsze jego ślady” – twierdził rosyjski historyk Mikołaj Berg, który pisał o Traugucie: „Pełen niesłychanego bohaterskiego poświęcenia, powstańczy dyktator Polski”, a „niezwykła religijność była rysem znamiennym dla charakteru Traugutta: od lat najmłodszych zwykł modlić się, klęcząc…”.
„Jeszcze nie wszystko stracone…”
Z żarliwej wiary czerpał siłę, która pozwoliła mu znieść niedawną śmierć wszystkich najbliższych, a teraz pozwalała trwać i mieć nadzieję, gdy wokół rwały się wszystkie nici i duch powszechnie upadał. Tydzień przed aresztowaniem dr Włodzimierz Dybek, dyrektor Spraw Wewnętrznych Rządu Narodowego, zaproponował, aby „gdy wszystko upada, gdy walka gaśnie”, chwycić za broń i pójść do jednego z trwających jeszcze powstańczych oddziałów i tam zginąć. Traugutt szepnął: „Jeszcze nie wszystko stracone…”. Udało się mu przetrwać zimę, ale na powstanie spadły kolejne ciosy. Austria ogłosiła w Galicji stan oblężenia i państwa zaborcze przystąpiły do ściślejszego współdziałania przeciwko Polakom w duchu Świętego Przymierza. 18 marca 1864 r. napisał „Odezwę do rządów i ludów Europy” będącą reakcją na decyzję Wiednia, tłumacząc, że „Dla nas »nie pożądaj cudzego; nie czyń drugiemu, czego nie chcesz, aby tobie czyniono« jest główną podstawą wszystkich stosunków społecznych, tak dobrze podstawą narodów, jak i stosunków wzajemnych rodzin i jednostek, z których narody się składają; bo my w swojej prostocie nie umiemy pojąć, jakim sposobem to, co obowiązuje każdego w szczególności, nie ma w równejże sile obowiązywać ogółu całego…”. Te najprostsze prawdy były całkowicie obce państwom europejskim, które jednoczyły się, by Polskę „w nową trumnę zakuć…”.
Powstańczy dyktator ukrywał się w mieszkaniu nieistniejącego już domu przy ul. Smolnej w Warszawie. „Wynajmującą była pani Helena z Majewskich Kirkorow, kobieta lat średnich, z matką p. Majewską, liczącą około 70 lat, i z malutkim syneczkiem, Władysławem, zaledwie sześcioletnim. Dwie te kobiety, dziecko, kucharka, młoda Mazurka Marianna Dąbrowska, i ich lokator Traugutt, mieszkający za galicyjskim paszportem pod imieniem Michała Czarneckiego, agenta handlowego – to jedyni mieszkańcy lokalu tego odosobnionego. Dom samotny, na odludnej przecznicy, od ulicy nie posiadał wejścia: obok niego i za nim, i przed nim nie było wcale domów. Patrzał on dużymi, ponurymi, podwójnymi taflami swych okien na tylne dziedzińce jakichś fabryk na Solcu; dziedziniec brukowany, czysty, lecz cichy, o bramie w parkanie, szczelnie pospolicie zamkniętej, strzeżony przez stróża kalekę, człowieka fizycznie złamanego, i jego żonę, tworzył jedyną drogę do domostwa” – zapamiętał Marian Dubiecki, sekretarz Traugutta, który spędził u jego boku ostatnie miesiące, zamieszkując w oficynie budynku Kirkorowej.
Więcej w "Gazecie Polskiej Codziennie"