Po co był Smoleńsk

Katastrofa smoleńska została uznana przez polski Sejm za największą powojenną tragedię Polski. Trudno porównywać miliony ofiar II wojny światowej z tym, co się wydarzyło 10 kwietnia 2010 r. Jednak nawet w czasie II wojny światowej nie zdarzyło się, żeby naraz zginął przywódca państwa, całe dowództwo wojska, elity polityczne i duchowe narodu. Smoleńsk był potężnym uderzeniem w nasze państwo. Skutki tej katastrofy były takie, jakby połączono katastrofę w Gibraltarze z Katyniem.

Podczas wojny tragedia smoleńska nie byłaby możliwa. Po prostu w czasach wojennej zawieruchy obowiązują wyższe środki bezpieczeństwa. Nie lata się nieuzbrojonym samolotem na terytorium przeciwnika, nie umieszcza się ważnych ludzi w jednym miejscu, nie informuje się wszystkich o trasie i godzinach lotu. W czasie wojny, w trakcie długich działań militarnych może zginąć również wielu dowódców, ale nie oni giną bez walki ani jednocześnie. Tymczasem Polaków udało się zaskoczyć. Lecieli z misją pokojową. Chcieli pomodlić się na grobach swoich męczenników i oddać hołd bohaterom. Udało się ich zaskoczyć, bo jedna strona była od dawna na wojnie, a druga nie wiedziała, że ta wojna trwa.

Wojna Putina

W kategoriach militarnych Putin uznał, że jego kraj został już zaatakowany. Dla Rosji każde działanie osłabiające potencjał militarny tego państwa jest traktowane jak wypowiedzenie wojny. Putin uznał, że rozpad ZSRS był największą geopolityczną katastrofą XX w. Rosja, tracąc swoich wasali, osłabiła się i podupadła gospodarczo. Wyjście większości państw Układu Warszawskiego z rosyjskiej strefy wpływów i wejście do NATO uznano w Moskwie za ostatni dzwonek ostrzegawczy. Nadszedł czas dla Rosji, by bronić się przed inwazją Zachodu. Kolejne wydarzenia, takie jak wojna na Kaukazie czy bunt Czeczeńców, stały się dla Moskwy sygnałem do przejścia w stan wojny. Partyjnych reformatorów zastąpili kagebiści, którzy w ramach frakcyjnych walk odsunęli wojskowych z GRU obwinianych o nieudaną prieriestrojkę. Putin doprowadził do mobilizacji społecznej wokół wojny o Czeczenię, obwiniając Czeczeńców o zamachy w Rosji. Jak się potem okazało, bardzo wiele poszlak wskazało, że ich rzeczywistymi organizatorami były rosyjskie służby. Podczas agresji rosyjskiej, której pretekstem był wspomniany zamach, Czeczeńcy, ten bitny naród, zostali pokonani. Jednak żeby do tego doszło, nie starczyła Rosji jedynie ogromna przewaga militarna. Moskwa musiała zacząć dokonywać straszliwych masakr ludności cywilnej. Skala ludobójstwa zaskoczyła cały świat, wielu obserwatorów nie dowierzało, inni woleli tego nie widzieć. Już wtedy Putin mógł mieć pewność, że świat pozwoli mu na wiele, sami Rosjanie zaś zaakceptują wszystko, byle zapewnił im bezpieczeństwo i poczucie wielkomocarstwowości.

Ten, który zatrzymał Moskwę

Putin opanował sytuację na terenie Federacji Rosyjskiej, ale zaczął tracić przy tym wpływy w republikach byłego ZSRS. Ogarnęły je kolorowe rewolucje, które spotkały się z życzliwością Zachodu i Polski. Ukraińską pomarańczową rewolucję udało się zdusić, używając agentury i powiązań biznesowych. Skłócając jej przywódców (głównie Juszczenkę i Tymoszenko), skutecznie skompromitowano tamtejszy ruch niepodległościowy. Z Gruzją jednak już tak łatwo nie było. Prezydent tego kraju, Micheil Saakaszwili, twardo trzymał ster rządów i nie utracił kontroli nad krajem. Gdy nie udało się obalenie jego władzy mimo prowokowanych manifestacji, Rosja zdecydowała się na kolejny krok. Była nim interwencja wojskowa. Jak zwykle, by znaleźć dla niej pretekst, wykorzystano konflikty narodowościowe i prowokacje. Rosja była bliska osiągnięcia swojego celu. Na przeszkodzie stanął jednak nasz prezydent Lech Kaczyński. Nie miał łatwego zadania. Z jednej strony USA, realizujące politykę resetu, nie chciały zbyt mocno angażować się w awanturę z Rosją. Z drugiej strony nowy rząd Donalda Tuska zmienił cele polityczne Polski i zamiast stawiać na sojusz z Ukrainą, Bałtami i Gruzją, wolał dogadywać się z Moskwą. Prezydent Kaczyński zdołał jednak wykorzystać sieć swoich kontaktów z prezydentami niepodległych państw Europy Środkowo-Wschodniej i poruszył światową opinię publiczną wspólną, śmiałą wyprawą do Tbilisi. W konsekwencji działań naszego prezydenta Moskwa musiała się zatrzymać. Putin dobrze wiedział, kto przeszkodził mu w realizacji jego planów i upokorzył przed światem. Musiał więc zareagować. Gdyby tego nie zrobił, Lech Kaczyński łatwo mógłby znaleźć naśladowców. Putin mógłby po prostu pomóc Donaldowi Tuskowi w politycznym unicestwieniu Kaczyńskiego, ale to było na tym etapie stanowczo za mało. Wybrał więc wariant, który był dużo bardziej spektakularny. Wariant, który okazał się z jego punktu widzenia najwłaściwszy. Po śmierci Lecha Kaczyńskiego doszło do szybkiej zmiany władzy na Ukrainie i w Gruzji. Rosja zaczęła umacniać swoje wpływy i oddziaływać także na sytuację w innych państwach, jak Polska czy Węgry.

Katastrofa Rosji

Putin prawie wygrał. Nie przewidział jednak czynnika ludzkiego. Okazało się, że mimo współpracy polskich elit politycznych z przywódcą Rosji przy tuszowaniu śledztwa smoleńskiego, Polacy nie zapomnieli o tym, co się stało 10 kwietnia 2010 r. Więcej, coraz głośniej upominają się o prawdę. Na Ukrainie wybuchł bunt ludzi zrozpaczonych rządami moskiewskich wasali. Okazało się, że rządzące dziś Gruzją elity polityczne, mimo że początkowo mające wsparcie Moskwy, wolały dogadać się z Europą i USA. To, że Putin nie przewidział czynnika ludzkiego, okazało się jego największą słabością. Obecnie doszedł też do tego konflikt interesów Rosji z USA, bowiem oba te państwa rywalizują o rynki energetyczne. Okazało się, że zabójstwo polskiego prezydenta odsunęło nieuchronną katastrofę Moskwy tylko o kilka lat. Ale ta katastrofa właśnie nadchodzi.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Polska atakowana, bo nieposłuszna

Organa Unii Europejskiej nadal atakują Polskę, tak jak czynią to od dwóch lat – od czasu, kiedy w wyniku demokratycznych wyborów polski parlament wyłonił nowy rząd.

W tym tygodniu mieliśmy kolejną rozprawę przed Trybunałem Sprawiedliwości UE w Luksemburgu w związku z Puszczą Białowieską, a także zapowiedź posiedzenia Komisji Europejskiej w najbliższą środę poświęconego ocenie praworządności w naszym kraju. Już za cztery dni KE może postanowić o uruchomieniu artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej, która to procedura może zakończyć się sankcjami wobec kraju członkowskiego.

Nie ma żadnych szans, aby sankcje przeciw Polsce weszły w życie, bo potrzeba na to jednomyślności krajów UE, a wiele państw będzie broniło Polski, kierując się zasadą „Dziś Warszawa, jutro my”. Bardzo trudno też będzie zebrać większość potrzebną do uruchomienia artykułu 7., czyli 22 państwa w Radzie Europejskiej lub dwie trzecie głosów w europarlamencie.

Nasi wrogowie w UE wiedzą, że przegrają, ale wytaczają propagandowe działa po to, żeby psuć wizerunek Polski w świecie. A praworządność, Puszcza Białowieska czy Trybunał Konstytucyjny są tylko pretekstami, aby atakować Polskę – kraj, który przestał słuchać Brukseli czy Berlina.
 

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl