niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
10 grudnia 2016

Zapłacimy Putinowi 100 mld dolarów

Dodano: 22.03.2014 [20:00]
Zapłacimy Putinowi 100 mld dolarów - niezalezna.pl
foto: Radek Pietruszka/PAP
Premier Donald Tusk chwali się swoimi rzekomymi sukcesami w budowaniu niezależności energetycznej Polski i poucza przywódców europejskich, jak powinni negocjować z Rosjanami. Jednak z tajnego raport NIK w tej sprawie wynika coś wręcz przeciwnego: pod rządami Tuska nasze uzależnienie od Gazpromu wzrosło, a rosyjski gigant dyktował naszym władzom warunki jak swoim wasalom. O sprawie pisze „Gazeta Polska”.

Co miesiąc trafia do kas rosyjskich potentatów gazowych i naftowych 2 mld dol. z Polski. W ciągu czterech lat zapłacimy im około 100 mld dolarów, czyli więcej, niż wynoszą całe dochody polskiego budżetu w ciągu roku. Płacimy za rosyjski gaz drożej niż bogatsze kraje leżące dalej na Zachód, do których transport surowca jest droższy. Płacimy też kilka razy drożej niż Amerykanie.

Aby wyjaśnić ten fenomen, Najwyższa Izba Kontroli zbadała negocjacje gazowe i proces dywersyfikacji dostaw. Niestety, raportu z tej kontroli nie można znaleźć wśród wyników prac NIK. Jest on bowiem niejawny i tylko wąskie grono osób ma do niego dostęp. NIK poinformował „GP”, że prezes Izby chciał co prawda go odtajnić, ale nie zgodziła się na to większość kontrolowanych firm i instytucji, „z mocy prawa dokument musi więc pozostać niejawny”. I trudno się temu dziwić, bo ustalenia kontrolerów są dla badanych kompromitujące.

Dywersyfikacja albo śmierć

W grudniu ub.r. prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski, były minister sprawiedliwości rządu PO–PSL, powiedział: „Wnioski z niemal wszystkich kontroli NIK mówią, że Polska powinna konsekwentnie, także przy pomocy partnerów z UE, dywersyfikować źródła i kierunki importu gazu, zapewniając dzięki temu obywatelom bezpieczeństwo energetyczne”.

Przebieg gazowych negocjacji wskazuje jednak, że wcześniej rząd postępował dokładnie na odwrót. Zamiast dywersyfikacji źródeł dostaw, powiększył nasze uzależnienie od jednego dostawcy, czyli Gazpromu. NIK stwierdza na swojej stronie internetowej: „Wyniki kontroli zakończonej w 2012 r. wykazały, że monopolista w dostawach (czyli Gazprom – przyp. T.Ś.) może wykorzystać zarówno brak w Polsce alternatywnej infrastruktury dla dywersyfikacji kierunków dostaw, jak i kontrolę nad sieciami przesyłowymi do dyktowania cen gazu”. Kontrolerzy ustalili, że brak innych możliwości sprowadzenia gazu do Polski skłaniał stronę polską do akceptacji żądań rosyjskiego dostawcy i do omijania drażliwych dla Gazpromu zagadnień. W negocjacjach gazowych nie poruszono np. kwestii wyznaczenia niezależnego operatora systemu przesyłowego na polskim odcinku gazociągu jamalskiego, czego wymagało prawo. „Dopiero zdecydowana reakcja Komisji Europejskiej i włączenie się jej przedstawicieli w już zakończone w zasadzie negocjacje spowodowały, że kwestia ta została omówiona i rozwiązana zgodnie z obowiązującymi w Polsce przepisami” – stwierdza NIK.

Rząd polski już w okresie rządów Jerzego Buzka zdecydował o konieczności zmniejszenia zależności od dostaw z Rosji. Zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 24 października 2000 r. w sprawie minimalnego poziomu dywersyfikacji dostaw gazu z zagranicy, maksymalny udział gazu importowanego z jednego kraju pochodzenia w stosunku do całkowitej wielkości gazu importowanego w latach 2005–2009 nie powinien przekraczać 72 proc., w okresie 2010–2014 powinien spaść poniżej 70 proc., a w latach 2015–2019 poniżej 59 proc.

Wyrok za monopol

Z ustaleń kontrolerów NIK wynika, że w 2009 r. PGNiG przekroczyło wyraźnie maksymalny dopuszczalny udział gazu importowanego z Rosji. Według danych przedstawionych kontrolerom przez spółkę, w latach 2006–2008 w imporcie gazu rosyjski surowiec dominował, ale był na dopuszczalnym poziomie (ok. 67–68 proc.). W 2009 r. udział Rosji skoczył do 81 proc. całego importu gazu, czyli znacznie powyżej wyznaczonego progu. Zarząd PGNiG SA wyjaśnił kontrolerom NIK, że był zmuszony do przekroczenia maksymalnego udziału gazu importowanego z Rosji w 2009 r. ze względu na wstrzymanie dostaw przez zarejestrowaną w Szwajcarii spółkę RosUkrEnergo (RUE).

Problem jest jednak szerszy. Już w grudniu 2010 r. prezes Urzędu Regulacji Energetyki nałożył na PGNiG SA karę 2 mln zł za przekroczenie limitu dostaw z jednego kraju w latach 2007 i 2008. PGNiG odwołało się od tej decyzji do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W października ub.r. sąd oddalił jednak to odwołanie, zmniejszając jedynie karę do 1,5 mln zł ze względu na niewielki zakres niedotrzymania obowiązku dywersyfikacji. To orzeczenie sądu może uruchomić postępowania dla lat późniejszych.

Według kontrolerów NIK, udział Gazpromu Eksportu w imporcie gazu do Polski wzrósł z 68 proc. w 2006 r. do 85,5 proc. w 2011 r., a w latach 2009–2010 wyniósł powyżej 89 proc.!

Według danych PGNiG, w 2013 r. wolumen importu gazu wynosił 10,9 mld m sześc., w tym z kierunków wschodnich – 8,7 mld. Oznaczałoby to, że Gazprom dostarczał nam wciąż 80 proc. importowanego gazu.

Monopolista dyktuje warunki

Z ustaleń NIK wynika, że Gazprom poczynał sobie w naszym sektorze gazowym jak udzielny władca, który może nie płacić za wykonywane usługi i narzucać swym wasalom decyzje sprzeczne z ich interesami. Jeśli Gazprom chciał anulować swoje długi, to polscy decydenci się na to zgadzali. I tak PGNiG zrezygnowało z roszczeń wobec Gazprom Eksport ze strony EuRoPol GAZ SA. Nasza spółka darowała łaskawie w 2010 r. Gazpromowi ponad 286 mln dolarów z tytułu opłat za przesył gazu w latach 2006–2009 r.

NIK ustalił też, że PGNiG zrezygnowało z 53,5 mln dolarów kary od RUE za gaz, którego ten pośrednik, należący w połowie do Gazpromu, nie dostarczył zgodnie z kontraktem.

Kontrolerzy NIK stwierdzili, że PGNiG „nie wykorzystało w pełni swoich możliwości negocjacyjnych” i przyjęła rozwiązania korzystne dla Gazpromu, nie podejmując nawet próby uzyskania w zamian istotnych korzyści dla PGNiG SA.

Jest zrozumiałe, że Rosjanie chcieli jak najmniej płacić za tranzyt gazu przez polskie terytorium, jednak dlaczego przedstawiciele polskich władz się na to zgodzili, do dziś nie wiadomo. Pod presją Gazpromu ograniczono do symbolicznej kwoty zysk Europol Gazu, spółki będącej właścicielem ponad 600-kilometrowego odcinka gazociągu, którym płynie rocznie ok. 27 mld m sześc. gazu eksportowanego przez Rosję do Niemiec i innych krajów UE. Zysk EuRoPol Gazu nie może wynieść więcej niż 21 mln zł rocznie, czyli polska strona może zarobić na tym maksymalnie 10 mln zł. Wcześniej zysk EuRoPol Gazu wynosił nawet kilkaset milionów rocznie. Równocześnie umowa trzech firm z 27 stycznia 2010 r. przewidywała przedłużenie do 2045 r. kontraktu na przesył gazu jamałem. Tak więc gaz miał płynąć przez Polskę na Zachód prawie za darmo jeszcze przez 35 lat!

Przeciw gazowej niewoli

Rząd Donalda Tuska chciał wydłużyć o 15 lat umowę z Gazpromem na dostawy obejmujące prawie cały potrzebny nam import gazu i o 26 lat tranzyt rosyjskiego gazu na Zachód. Przeciw tym planom protestowali ostro prezydent Lech Kaczyński, Prawo i Sprawiedliwość oraz eksperci. 26 marca 2010 r. odbyło się zorganizowane przez Kancelarię Prezydenta seminarium poświęcone polsko-rosyjskiej umowie gazowej. Piotr Naimski stwierdził na nim, że pakiet porozumień gazowych jest dla nas wyjątkowo niekorzystny. Według niego Polska przegrała negocjacje gazowe z Rosją wynikiem 0:7. Zgodziła się m.in. zrezygnować z uprzywilejowanej pozycji w EuRoPol Gazie, zrezygnowała z zaległości Gazpromu z tytułu opłat za tranzyt gazu, zgodziła się na ograniczenie zysków za tranzyt i na niekorzystną formułę cenową, powiększyła wolumen dostaw i wydłużyła kontrakt do 2037 r. Zdaniem Naimskiego, wynik negocjacji z Gazpromem stanowił istotne zagrożenie dla polskiej suwerenności energetycznej, a tym samym dla polskiej racji stanu.

Po 10 kwietnia 2010 r. sprzeciw wobec takiego układu z Gazpromem nie ustał, ale liczba członków „ruchu oporu” zmalała, bo wielu z nich zginęło w katastrofie smoleńskiej. Protesty opozycji były nadal ignorowane, a kierujący negocjacjami Waldemar Pawlak twierdził, że rozmowy z Gazpromem zostały zakończone i zapowiadał, iż lada dzień umowę podpisze.

We wrześniu 2010 r. prezes PiS Jarosław Kaczyński oceniał w sejmie, że umowa gazowa jest fatalna gospodarczo i ma daleko idące skutki polityczne, dlatego nie powinna być podpisana. Pytał też, dlaczego rząd Tuska „broni, wbrew Unii Europejskiej, niekorzystnej dla nas umowy”.

Rząd ignorował protesty opozycji, ale Brukseli całkiem zlekceważyć nie mógł. A Komisja Europejska nie zgodziła się na podpisanie kontraktu w kształcie ustalonym przez polski rząd z Rosjanami, bo uznała go za sprzeczny z polityką energetyczną UE. „Paradoks polegał na tym, że Komisja Europejska walczyła o polski interes, a polski minister zachowywał się, jakby nie widział tego interesu” – mówi „GP” Piotr Naimski.

Pod presją opozycji i zagranicy w październiku 2010 r. rząd, bez wyjaśniania, odstąpił od wydłużenia okresu dostaw i tranzytu. Umowa jest nadal dla nas krępująca, bo zmusza do zakupów surowca w Rosji do 2022 r., ale dzięki odstąpieniu od pomysłu wydłużenia umowy koszt trefnego kontraktu zmniejszył się dla Polski o dziesiątki miliardów dolarów.

Całość artykułu w tygodniku „Gazeta Polska”
POLECANE WIDEO
Opinie użytkowników
Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | www.gazetapolska.pl | www.panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl