Prof. Andrzej Nowak: Jeśli Polska ma być bezpieczna, trzeba zmienić rząd

Małgorzata Armo/Gazeta Polska

Joanna Lichocka

Dziennikarka telewizyjna, publicystka, autorka filmów dokumentalnych, posłanka na Sejm, od 2016 r. członek Rady Mediów Narodowych.

Kontakt z autorem

To jest najważniejsza lekcja, jaką pokazują nam Ukraińcy. Jeśli coś nam grozi, to tylko my sami możemy zdecydować o odwróceniu niebezpieczeństwa. Ukraińcy musieli zrobić to w warunkach skrajnie dla siebie niebezpiecznych. U nas wystarczy zmienić elity rządzące - mówi prof. Andrzej Nowak, historyk, sowietolog i ekspert od spraw Rosji, w rozmowie z „Gazetą Polską”.

Nie ma Pan wrażenia, że to, co Pan mówi od lat, nagle jest teraz powtarzane przez Donalda Tuska, Włodzimierza Cimoszewicza czy Adama Michnika?

Można użyć porównania z Nowego Testamentu o robotnikach ostatniej godziny. Z ich pojawienia się można tylko się cieszyć – o ile w tym ostatnim momencie rzeczywiście doszli do trzeźwej refleksji i są gotowi pracować po stronie prawdy. Ale nie wolno zapominać o tych, którzy najmocniej zaszkodzili polskiej polityce wschodniej i mają swój wielki udział w tragicznym kryzysie, który w tej chwili obserwujemy. To autorzy zwrotu w naszej polityce wschodniej, jaki dokonał się w 2007 r. wraz z dojściem do władzy Donalda Tuska. Prócz premiera są to przede wszystkim dwie osoby – minister Radosław Sikorski i minister Bartłomiej Sienkiewicz.

Minister Sienkiewicz? Jest ministrem spraw wewnętrznych raptem od roku.
Owszem, ale on najkonsekwentniej w swojej publicystyce, także jako jeden z kierowników Ośrodka Studiów Wschodnich, od lat przekonywał, że Polska powinna odwrócić się od Ukrainy. Twierdził, że wszelkie tezy odmienne – które utożsamiał z doktryną Jerzego Giedroycia – są przebrzmiałe, absurdalne, niepotrzebne i trzeba je wyrzucić na śmietnik. Europę Wschodnią zostawiamy samą sobie – na tym miał polegać głoszony przez niego realizm polityczny. Ale oczywiście znacznie większą odpowiedzialność ponosi minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

Wsławił się odrzuceniem „polityki jagiellońskiej” i zaczął lansować coś, co nazwał „polityką piastowską”.
Trzeba stale przypominać jego haniebny, kompromitujący go jako człowieka, nie tylko jako polityka, tekst opublikowany w „Gazecie Wyborczej” 30–31 sierpnia 2009 r. na dzień przed obchodami na Westerplatte z udziałem m.in. Władimira Putina i Angeli Merkel rocznicy wybuchu II wojny światowej. Ten artykuł był hołdem złożonym miłującemu wolność i demokrację, a także Polskę, Władimirowi Putinowi. To tekst tak radykalnie sprzeczny z faktami, które wtedy przecież już miały miejsce, że całkowicie dyskwalifikuje autora.

„Jesteśmy przeświadczeni, że polsko-rosyjskie partnerstwo i współpraca to istotny wkład do >>budowy Wielkiej Europy<<, czerpiący przede wszystkim z procesu integracji europejskiej, ale również z formowania partnerstwa strategicznego pomiędzy Unią Europejską a Federacją Rosyjską”.
To drobiazg. Ważniejsze było połączenie tej deklaracji ze świadomym afrontem wobec Ukrainy, jaki minister Sikorski wykonał wówczas, w czasie spotkania na Westerplatte. Julia Tymoszenko zagroziła wtedy, że wyjedzie z Polski, bo tak obcesowo, po chamsku, była potraktowana przez ministra Sikorskiego. Ten zaś chciał pokazać, że dla nas liczy się tylko Władimir Putin, że to nasz jedyny partner, który gwarantuje wolność i demokrację w całej Europie Wschodniej. Przypomnę, że był to dokładnie moment, kiedy w Rosji adwokat Siergiej Magnicki umierał w więzieniu, kiedy aresztowano profesorów historii za studiowanie dziejów Gułagu (o czym wzmiankowano nawet drobnym druczkiem w „Gazecie Wyborczej”) i kiedy armia rosyjska przeprowadzała – dokładnie w tym czasie! – manewry, na których ćwiczyła atak nuklearny na Warszawę. Zamykano oczy na fakty, które kazały widzieć w Putinie najpoważniejsze niebezpieczeństwo dla Polski i nakazywały tak kształtować polską politykę zagraniczną, żeby to niebezpieczeństwo jak najbardziej oddalić.

Przeciwnie, minister Sikorski wyrażał nawet pogląd, że Rosja mogłaby znaleźć się w NATO.
To wszystko było zapraszaniem Putina do dalszej agresji – zobacz Władimirze Władimirowiczu, odsuwamy, lekceważymy Ukrainę, bierz ją, jeśli chcesz, to nie nasza sprawa. Tego rodzaju manifestacyjna zachęta była od początku, od pierwszej wizyty, którą Sikorski jako nowy szef polskiej dyplomacji złożył nie jak jego poprzednicy w Kijowie, lecz w Moskwie. To trzeba przypominać, bo ten człowiek nie ma prawa ani sekundy dłużej reprezentować polskiej polityki zagranicznej. Jego groteskowe ego i katastrofalne błędy są śmiertelnym zagrożeniem dla kraju.

W takim razie co się stało, że teraz z zaciśniętymi szczękami mówi, że trzeba powstrzymać agresję Rosji?
Choć przed chwilą groził śmiercią przedstawicielom wolnej Ukrainy – jeśli nie posłuchają i nie podpiszą porozumienia z kontrolowanym przez Putina prezydentem? Myślę, że nie tylko dla niego, lecz także dla innych przedstawicieli obecnej ekipy rządzącej sytuacja jest trudna. Bo albo trzeba jasno się opowiedzieć po stronie Moskwy, ogłosić – tak miałem rację, Władimir Putin jest naszym najlepszym sojusznikiem, zawierzyliśmy mu całkowicie w sprawie wyjaśnienia tego, co się stało w Smoleńsku, i dalej stoimy po jego stronie. Ale to w obecnej sytuacji jednak deklaracja mocno nieprzyjemna.

Albo?
Albo trzeba powiedzieć, że dalej tak się nie da. Bo widać, że Putin zajmuje Ukrainę, widać, że nie chce się zatrzymywać, że to jest proces, który będzie postępował dalej. Mają zatem autorzy proputinowskiego zwrotu z lat 2007–2013 wąski wybór. Między zadeklarowaniem swojej kandydatury do roli jakiegoś nowego Komitetu Lubelskiego, który przywita uroczyście wolę polityczną Władimira Władimirowicza na polskiej ziemi, a powiedzeniem, że jednak nie, nie możemy tego zrobić, bo nie jesteśmy agentami rosyjskimi. Nie uważam, by którykolwiek z rządzących był agentem rosyjskim. Premier, ministrowie zachowywali się tak raczej z powodu swojej pychy, krótkowzroczności, a przede wszystkim absolutnego zacietrzewienia w walce wewnętrznej przeciw PiS. Na tym polega ich tragiczny błąd. Teraz jednak ten błąd prowadzi do otwartej zdrady. Powiedzieć, że Putin ma rację, to przekroczyć Rubikon. A przed tym waha się każdy, kto nie jest zdrajcą.

Nie widać takich deklaracji, raczej panikę. Nawet tradycyjnie prorosyjski prezydent Komorowski dzwoni do prezydenta Obamy, by „uzyskać zapewnienie bezpieczeństwa polskich granic”, a prezydencki minister Stanisław Koziej ogłasza, że jest wojna.
Wiąże się to jeszcze z tym, że zbliżają się wybory. W tej perspektywie rzeczywistość, którą w sposób niedający się zakryć żadną manipulacją medialną ujawnił Władimir Putin, czyli agresja rosyjska w Europie Wschodniej, kwestionuje wszystko, co reprezentowała dotychczas Platforma, prezydent Komorowski, rząd Tuska. Żeby uwiarygodnić się, próbują więc przybierać poważne miny i mobilizują opinię publiczną oraz odwołują się do Unii Europejskiej i NATO dla wsparcia Ukrainy. Wyborcy, przestraszeni tym, co się dzieje za naszą wschodnią granicą, mogą więc uznać, że rząd w sytuacji zagrożenia reaguje adekwatnie do tej sytuacji. A także, że nie jest to moment na zmianę rządu ani na przypominanie degrengolady obozu władzy, jakiej najnowszym symbolem ostatnio stał się europoseł Jacek Protasiewicz. Im sytuacja jest poważniejsza, tym bardziej media nawołują, by skupić się wokół umiłowanego przywódcy i jego paladynów.

Czemu Putin wybiera teraz ekspansję w Europie?
Bo na wschodzie ma Chiny, a na południu świat muzułmański. I to są dwa poważne problemy Rosji, które uniemożliwiają jej ekspansję w tamtych kierunkach. Tam Rosja kurczy się i cofa. Jeśli chce przetrwać jako mocarstwo, musi – według mentalności Putina – podbijać obszary gdzieś indziej. Na kierunku Europy nie napotkał skutecznego oporu. Dopiero determinacja Ukraińców z Majdanu jest czymś, czego nie przewidział i tu dopiero poniósł klęskę. Myślę, że we Lwowie, Tarnopolu czy Kijowie już się kandydatów na Rosjan raczej nie znajdzie. To, co się stało na Ukrainie, jest wielką klęską Putina. Być może wygrał w tej chwili Krym, być może uda mu się nawet oderwać jakieś wschodnie obwody, ale stracił na zawsze Ukrainę jako całość. Do Kijowa Rosja może wrócić już tylko na czołgach. Być może stąd ta furia, ta reakcja na niepowodzenie, które zadali mu sami Ukraińcy, nikt więcej, bo nikt im nie pomógł. Za to zresztą należy im się od nas wieczna wdzięczność.

Ile mamy czasu?
Putinowi, żeby bronić pozycji Rosji wobec Azji, także pozycji demograficznej, potrzebni są „nowi Rosjanie” na terenie Ukrainy, Białorusi, a potem może również Polski czy całej Europy Wschodniej. Pomysł polega na tym, żeby przekształcić te obszary w coś w rodzaju marchii zachodnich Imperium Rosyjskiego. Żeby wykorzystać Europę jako siłę rezerwową imperium. Ale napotyka przy tym problem: Niemcy na pewno nie chcą przekształcić się w siłę rezerwową Rosji. Mogą chcieć współpracować z Rosją, ale nigdy nie będą chciały zostać jej satelitą. I to jest główny problem Putina na odcinku europejskim. Jestem przekonany, że ma jeszcze długą drogę przed sobą. Kiedy zaprowadzi go ona do Warszawy – zależy od nas samych.

Jeśli Polska ma istnieć, musimy wymienić elity?
To jest najważniejsza lekcja, jaką pokazują nam Ukraińcy. Jeśli coś nam grozi, to tylko my sami możemy zdecydować o odwróceniu niebezpieczeństwa. Ukraińcy musieli zrobić to w warunkach skrajnie dla siebie niebezpiecznych. U nas wystarczy zmienić rząd, żeby ludzie, którzy mają głębszą świadomość odpowiedzialności za polskie państwo, którzy mają mniej błędów w rozpoznaniu rzeczywistości na koncie, mogli wziąć się z nią za bary.

Całość wywiadu w tygodniku "Gazeta Polska"
Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze
Rosyjski specnaz już na Białorusi

Rosyjski specnaz już na Białorusi

„Wygraliśmy, ale nie daje się nam…

„Wygraliśmy, ale nie daje się nam…

Lekarze ws. McCaina: Rokowania bardzo złe

Lekarze ws. McCaina: Rokowania bardzo złe

We Francji nikt już nie pyta: „Czy…

We Francji nikt już nie pyta: „Czy…

Rekordowe poparcie dla CBA wśród Polaków

Rekordowe poparcie dla CBA wśród Polaków

Morawiecki zawstydził unijnych technokratów. Przypomniał o „zdradzonej po wojnie Europie Wschodniej”

/ Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Wicepremier Mateusz Morawiecki bierze udział w konferencji poświęconej przyszłemu budżetowi UE, która odbywa się w Brukseli. Pytany o szczegóły podkreśla, że to właśnie podczas konferencji kształtuje się strategia Komisji Europejskiej i krajów członkowskich co do przyszłych Wieloletnich Ram Finansowych UE, czyli przyszłego budżetu Wspólnoty. Tymczasem podczas swojego wystąpienia unijni technokraci usłyszeli z ust wicepremiera Morawieckiego kilka gorzkich słów prawdy.

Według Morawieckiego, to właśnie dziś walka toczy się o „charakter i zasady” a w połowie przyszłego roku rozpoczną się negocjacje ściśle finansowe, budżetowe.

- Te ramy finansowe już powinny być negocjowane, są nieco opóźnione. W przyszłym roku będziemy w samym środku negocjacji w zakresie przyszłego budżetu UE. Polska ma ściśle określone cele i dobre doświadczenia w kontekście wykorzystania różnego rodzaju funduszy – podkreślił Morawiecki.

Szef resortu finansów mówił, że storna polska jednoznacznie pokazuje, iż poziom nieprawidłowości związany z wykorzystaniem pieniędzy unijnych jest w Polsce bardzo niski – jest jednym z najniższych w całej UE.

- To bardzo ważne, że pieniądze podatnika europejskiego nie są marnowane. Na przyszły budżet UE patrzę również z punktu widzenia wyzwań dla UE na kolejną dekadę, dwie dekady. Wśród tych wyzwań widzimy konieczność podniesienia konkurencyjności całej UE, produktywności i innowacyjności. Te cele, które są akcentowane przez KE są spójne z naszymi celami. My też mamy podobne cele - powiedział.

Wicepremier wyjaśnił, że konkurencyjność rośnie poprzez wzrost produktywności, zwłaszcza tam, gdzie wykorzystanie środków na badania, na rozwój, na innowacyjność jest na niższym poziomie, czyli głównie w krajach Europy Centralnej.

- Dlatego warto jest przesuwać akcenty na politykę innowacyjną w ramach kolejnych Wieloletnich Ram Finansowych w kierunku badań i rozwoju, wdrożeń w innowacyjnych sektorach, ale z uwzględnieniem stanu zaawansowania poszczególnych krajów. Orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu i Komisji Europejskiej, wskazują na konieczność poszerzenia swobody w zakresie świadczenia usług. Teraz my, kiedy chcemy skorzystać z tej swobody widzimy, że kraje zachodniej Europy odmawiają nam tego prawa – oświadczył wicepremier Morawiecki.

Obecni na konferencji poświęconej przyszłemu budżetowi UE politycy usłyszeli z ust Mateusza Morawieckiego również sporo gorzkich słów prawdy. Przypomniał on, że „zdradzona po II Wojnie Światowej Europa Wschodnia zawarła w 2004 r. ze szczęśliwą Europą Zachodnią wielki kontrakt”. Kraje przystępujące do UE otworzyły swoje rynki na dobra i kapitał z Zachodu. Dzięki temu Zachód w przyspieszonym tempie mógł przejąć przedsiębiorstwa z tych krajów, zalać własnymi produktami, korzystać z ich siły roboczej. Morawiecki zwrócił uwagę, że co prawda do nowych krajów UE napływają fundusze unijne, ale 80 proc. z każdego euro wraca do firm z Zachodu.

- Ten kontrakt jest dzisiaj naruszany. Dobra krążą bez przeszkód, kapitał z Zachodu pomaga firmom z Zachodu, nasi ludzie budują dobrobyt w krajach starej UE, tymczasem w obszarze, w którym moglibyśmy wzmacniać się krok po kroku, proponuje się ograniczenie swobody świadczenia usług wbrew wcześniejszym orzeczeniom TS UE w Luksemburgu i Komisji Europejskie. Ten wielki kontrakt, który ma szansę podnosić konkurencyjność całej UE względem innych obszarów świata w dobie globalizacji, dzisiaj jest postawiony w stan wątpliwości – oznajmił wicepremier Morawiecki.


Trwająca w Brukseli konferencja, w której bierze udział wicepremier Morawiecki ma związek z przedstawioną pod koniec czerwca br. przez Komisję Europejską koncepcją w sprawie finansów do 2025 roku. Zaprezentowane wówczas pomysły mają stanowić grunt pod propozycję nowych wieloletnich ram finansowych na okres po roku 2020. KE w ślad za swoimi wcześniejszymi rozważaniami dotyczącymi przyszłości UE przedstawiła pięć wariantów, jakie wobec budżetu mogą przyjąć państwa członkowskie w związku z wyjściem Wielkiej Brytanii z UE.

Tylko w jednym scenariuszu, który zakłada większą integrację (nazwany „robimy więcej razem”) nie przewiduje się cięć w unijnej polityce rolnej i kluczowej dla Polski polityce spójności.
Projekt budżetu po roku 2020 Komisja Europejska ma przedstawić w połowie przyszłego roku.

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Rosyjski specnaz już na Białorusi

/ mil.ru

Rosyjskie ministerstwo obrony informuje o kolejnych ćwiczeniach na Białorusi. Z komunikatu opublikowanego na stronie resortu obrony Federacji Rosyjskiej wynika, że na Białoruś przerzucono już żołnierzy specnazu.

W komunikacie jest mowa o rosyjskim pododdziale, jednak nie podano ani dokładnej liczby żołnierzy, ani miejsca przeprowadzenia ćwiczeń. Mają się one odbyć „na jednym z białoruskich poligonów”, a w ich trakcie będą współdziałać żołnierze wojsk powietrznodesantowych z Rosji i białoruscy komandosi z Sił Operacji Specjalnych.

„Rosyjscy specnazowcy przybyli na Białoruś, żeby wziąć udział we wspólnych manewrach” – cztamy w komunikacie opublikowanym na stronie rosyjskiego ministerstwo obrony.

Od 25 września do 8 października mają trwać przygotowania do ćwiczeń.
Na stronie białoruskiego ministerstwa obrony nie ma informacji na ten temat.

Radio Swaboda przypomina, że rosyjscy komandosi uczestniczyli już w tym roku na Białorusi w ćwiczeniach z udziałem ok. tysiąca żołnierzy na przełomie marca i kwietnia. Ponadto w czerwcu pod Brześciem odbywały się białorusko-rosyjsko-serbskie manewry Słowiańskie Braterstwo–2017, w których również brali udział żołnierze rosyjskich wojsk powietrznodesantowych.

 

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl