Generalgovernement

Kilka lat temu ukazał się u nas album, zawierający duży zestaw zdjęć z okupowanej Warszawy. Tytuł albumu jest dwujęzyczny: „W obiektywie wroga” – „Im Objektiv des Feindes”. Jak widać, autorzy potraktowali Niemców wyrozumiale – tytuł powinien brzmieć: „Im Objektiv des Mörders” – „W obiektywie mordercy”. Do tego ciekawego albumu z przyjemnością zaglądam, bo jest w nim trochę zdjęć, przedstawiających terytorium mojego dzieciństwa – niemieccy żołnierze, mijając kościół św. Aleksandra, maszerują przez plac Trzech Krzyży; na Nowogrodzkiej gra orkiestra uliczna; wierni wychodzą z kościoła na placu Zbawiciela – gdzieś w tym tłumie, na schodach kościoła, dostrzegam małego chłopca w czapeczce i w krótkim płaszczyku – to mogę być ja. Najciekawsze zdjęcie w albumie przedstawia teren wtedy mi nieznany – bramę prowadzącą na dziedziniec pałacu Brühla przy ulicy Wierzbowej. W tle widzimy pałac (w rusztowaniach – a więc Niemcy odbudowywali go wtedy lub restaurowali), a przy bramie stoi niemiecki żołnierz (blacha na jego piersi mówi, że to żandarm) i sprawdza dokumenty kogoś, kto zapewne chce wejść do pałacu. Nad kapeluszem tego kogoś i nad hełmem żołnierza – jest wiosna 1941 r., dzień zapewne ciepły, bo żandarm jest bez płaszcza – widzimy tablicę z czarną niemiecką wroną (nazywaną wtedy w Warszawie gapą) i z takim napisem: Der Chef des Distriktes Warschau. Generalgovernement für die besetzten polnischen Gebiete. Niemcy używali wtedy takiej właśnie formy tego słowa (której nie ma teraz w słownikach) – Generalgovernement. Co oznacza ten napis nazywający twór, który my, po naszemu, nazywaliśmy Generalną Gubernią? Otóż oznacza on, że ta Gubernia to był generalny zarząd zajętych (besetzten) polskich obszarów (Gebiete). Niemcy, stworzywszy na naszych ziemiach Generalgovernement, uważali więc (i to właśnie mówi tablica przed pałacem Brühla), że jest to twór tymczasowy, przejściowy, z którym – podobnie jak z terenami Ost I, Ost II, Ost III i tak dalej – w przyszłości coś się jeszcze zrobi, ale nie wiadomo co. Coś się potem wymyśli, a na razie tym się nie zajmujmy, bo mamy ważniejsze rzeczy na głowie – wprzód musimy podbić całą Europę. Tak jakoś myśleli – Hitler, Himmler, Frank. Trzeba to – ten tymczasowy (a więc i niejasny) charakter Generalgovernement – brać pod uwagę, kiedy myśli się teraz o tym, co Niemcy myślą teraz o nas. Obecne Państwo Polskie, należące do Unii Europejskiej i zaprzyjaźnione z Bundesrepubliką, a później z jakąś IV Rzeszą, też może być – Niemcy mogą to tak rozumieć – tworem przejściowym, tymczasowym, takim, z którym potem, w przyszłości, kiedy przyjdzie na to pora, coś się zrobi. Niemcy mogą też uważać, nawet na pewno tak uważają, że nie ma powodu, aby Polaków informować o tych projektach, które dla nich samych są niejasne, słabo skonkretyzowane, a jeśli nawet trochę opracowane, to tylko w ogólnych zarysach. To są projekty tajne. Teraz Niemcy mają zresztą inne kłopoty, nie mogą myśleć o tym, co zrobić z Generalgovernement, bo wprzód muszą załatwić Greków, a nas załatwią później. Historycy polscy dobrze by zrobili, gdyby – posługując się doświadczeniami z lat naszej przyjaźni z Niemcami między rokiem 1772 a rokiem 1945 – ułożyli katalog projektów, który informowałby, jak z niemieckiego punktu widzenia mogłaby wyglądać przyszłość terenów między Odrą a Dnieprem – jak je, w interesie niemieckim, można urządzić i zagospodarować. Taki katalog bardzo by się teraz przydał Niemcom, ale i nam by się przydał – bo wiedzielibyśmy, co nasi przyjaciele zza Odry mogą z nami zrobić.   

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze opinie
Ku gwiazdom, pod wiatr

Ku gwiazdom, pod wiatr

Rozczarowanie

Rozczarowanie

Naród ponad granicami

Naród ponad granicami

Rewolucja wśród cieni

Rewolucja wśród cieni

Ostatnia niedziela

Ostatnia niedziela

Ku gwiazdom, pod wiatr

Wiele stronic najnowszej książki o Krzysztofie Klenczonie sprawia, że serce się kraje. Wiele budzi ciepły uśmiech. Warto sięgnąć po „Historię jednej znajomości”, żeby przypomnieć sobie życie jednej z najjaśniejszych gwiazd polskiej muzyki rozrywkowej.

„Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości” to wywiad rzeka z Alicją „Bibi” Klenczon, żoną piosenkarza, uzupełniony o gorzkie w lekturze listy jego rodziców i opracowany przez Tomasza Potkaja rozdział poświęcony ojcu artysty Czesławowi Klenczonowi. Opowieść jest naprawdę intymna i rzuca wiele światła na życie popularnego muzyka, jego otoczenie, realia kariery w PRL-u. Smaczku książce dodają anegdoty z tamtych lat, które opisują nie tylko fenomen popkultury czasów realnego socjalizmu, ale dają niezły wgląd w rozrywkowy świat ówczesnej bogatej młodzieży, w tym dzieci PZPR-owskich dygnitarzy.

Lektura obowiązkowa

Dla fanów Czerwonych Gitar i twórcy songu „Historia jednej znajomości” to lektura obowiązkowa – z tych, które czyta się z prawdziwą przyjemnością. Znaczna w tym zasługa Potkaja, który przejrzyście skomponował wywiad rzekę. Trzeba też oddać Alicji Klenczon, że jest dobrą rozmówczynią, hojnie czerpiącą ze wspomnień, a przy tym kontrowersyjną gawędziarką budzącą swoją opowieścią najróżniejsze emocje.


Wieloletnia towarzyszka życia Krzysztofa Klenczona jest z nami szczera: jej rodzice, po dłuższych perypetiach, wyjechali na stałe do USA. Dlatego Alicja, wychowywana przez babcię w Polsce, prowadziła w czasach PRL-u całkiem przyjemny żywot. Jako fanka Czerwonych Gitar, a później dziewczyna znanego artysty, niejeden wieczór, noc i dzień spędziła w ówczesnych lokalach dla wyższych sfer, zachodnich gości z dewizami w kieszeni i partyjnych dygnitarzy oraz ich rodzin. Warto przytoczyć jedną z historii, które dobrze pokazuje dość istotny – tak to ujmijmy – refren tej książki. Rzecz dotyczy Andrzeja, syna Piotra Jaroszewicza, premiera w czasach Polski Ludowej (zamordowanego wraz żoną na początku III RP).

Pistolet i radiowóz

Alicja tak opowiada: „Andrzej załatwił, że Czerwone Gitary zagrały na jego balu maturalnym. Jakiś czas później jadłam obiad z Krzysztofem w warszawskim Domu Chłopa i przysiadł się Andrzej. W pewnej chwili wyjął z kieszeni mały pistolet i położył go na stole […]. Zjedliśmy wspólnie obiad, potem [Jaroszewicz] zaproponował przejażdżkę po mieście. Ruszyliśmy. Ale jak! Był w końcu kierowcą rajdowym. Naprawdę obawialiśmy się o nasze życie. Wkrótce zobaczyliśmy milicyjny sygnał. Andrzej zjechał na chodnik, za nami zatrzymał się radiowóz. Andrzej miał jakąś specjalną plakietkę na przedniej szybie i milicjant pozwolił nam odjechać bez przeszkód”. W pewien sposób rozczulające jest w opowieściach „Bibi” Klenczon to, że ona traktuje tamten świat jako piękne wspomnienie dostatniej młodości. Owszem, widzi wady Polski Ludowej, ale tak naprawdę ogląda ją przez szyby sopockiego Grand Hotelu.


Dwuznaczne więzi, które łączyły PRL-owski show-biznes z funkcjonariuszami tamtego państwa, pokazane są zresztą w książce nieraz. Alicja Klenczon opisuje pewne rzeczy jako najbardziej oczywiste: „Wszyscy wiedzieli, że kierownicy i menedżerowie to były esbeckie wtyczki, a w dodatku robili własne interesy, dając zarobić własnym żonom i innym członkom rodziny. Ale w tamtym systemie przy zespole musiał być ktoś, kto dobrze poruszał się w muzyczno-partyjnych układach”.

Gorzkie rodzinne sprawy

To był duży problem – wyjechać na Zachód lub do ZSRS-u chciał niemal każdy, kto liczył się na scenie. Zagraniczne koncerty lub trasy to były lepsze pieniądze i prestiż. Gdy przyjrzeć się bliżej PRL-owskiemu światu masowej rozrywki (a ta książka niejednokrotnie daje taką możliwość), to widać, jak bardzo esbecja z jednej strony pełniła funkcję aparatu represji i narzędzia kontroli przeróżnych profesji, z drugiej – jak wykorzystywała to dla materialnych korzyści. To środowisko faktycznie było najlepiej przygotowane, żeby nieco później dobrze zarobić na transformacji.


Najsmutniejsza część opowieści dotyczy relacji Krzysztofa Klenczona z jego rodzicami, Czesławem i Heleną. Oboje rodzice na bardzo różne sposoby walczyli nie tylko o miłość syna, ale także o współuczestnictwo w jego sławie i o jego pieniądze. Nieudane małżeństwo rodziców, złamane życie ojca, który jesienią 1946 r. trafił na 11 miesięcy do więzienia i był sądzony jako członek „antypaństwowego podziemia”. W końcu Najwyższy Sąd Wojskowy zdecydował o wypuszczeniu na wolność Czesława Klenczona. Mężczyzna bał się straszliwie – pod fałszywym nazwiskiem Antoni Ambroziak ukrywał się przez dziesięć lat, żona odwiedzała go raz do roku. Ale z czasem więzi małżeńskie się rozpadły, Czesław Klenczon miał coraz większe problemy z alkoholem, a Krzysztof musiał radzić sobie z pretensjami, oczekiwaniami i emocjonalnymi wojnami najbliższych.

Niespełniony sen

Wyjazd do Ameryki, który miał być dla znakomitego artysty szansą na światową karierę, okazał się znacznie trudniejszy niż marzenia. W Polsce publiczność nosiła go na rękach, ale nie poznał smaku spełnionego amerykańskiego snu. Rodzice Alicji Klenczon, szczególnie jej ojciec, nie mieli najlepszego zdania o zięciu. Bardzo długo teść uważał go za knajpianego grajka do kotleta. W dodatku młode małżeństwo początkowo mieszkało u rodziców „Bibi” i to często prowadziło do awantur. Powoli młodzi wychodzili na swoje, ale artysta nie wykroczył w Stanach poza polonijne sfery.


Krzysztof Klenczon zmarł w kwietniu 1981 r., niecałe dwa tygodnie po nieszczęśliwym samochodowym wypadku. Nabożeństwo żałobne za jego duszę odprawiono w niewielkim kościele św. Jakuba przy Fullerton Avenue w Chicago. Alicja Klenczon wspomina: „Krzysztof Krawczyk zaśpiewał »Ave Maria«, a Stan Borys »Biały krzyż«, z własnym tekstem. Zaczynał się tak: »Gdy zapłonął jego świat / drogą życia szedł / przez szumny las«. Potem pojechaliśmy do knajpy na stypę”. Przyjaciel artysty, poeta i autor tekstów Janusz Kondratowicz napisał w telegramie kondolencyjnym: „Twoje piosenki żyją i nic nie wskazuje na to, że zostaną przez któreś pokolenie zapomniane. Staram się, byś był choćby przez swoją muzykę obecny wśród nas. Bo nie sposób zapomnieć muzyka z rozwichrzoną fryzurą, który chce zmienić świat na lepszy, bardziej sprawiedliwy i bardzo polski”.


Wzruszałem się przy lekturze „Historii jednej znajomości”. Dorastałem w domu pełnym płyt winylowych. Okładki niektórych albumów pamiętam do dziś. Były wśród nich wykonane po polsku songi Bułata Okudżawy, winyl „Ewa Demarczyk śpiewa piosenki Zygmunta Koniecznego” i „The best of...” Czerwonych Gitar. Składanka hitów jednego z ukochanych zespołów moich rodziców ukazała się w 1979 r. Pamiętam siebie, kilkulatka, zasłuchanego w „Jesień idzie przez park”, „Historię jednej znajomości”, „Wróćmy nad jeziora”, „Nie spoczniemy”, „Wschód słońca w stadninie koni”. Choć jako trzynastolatek zwróciłem się ku thrash metalowi z Bay Area, to dobrze wiem, że Krzysztofowi Klenczonowi i Czerwonym Gitarom zawdzięczam nie tylko wpisane głęboko w wyobraźnię melodie, ale także zachwyt tekstami, poznawanymi jako dziecko słowami i frazami. Uważam, że – niestety, niestety – nie doceniamy dziś znaczenia tej ambitniejszej muzyki rozrywkowej dla powszechnego kształtowania smaku i kultury słowa.


Nie mówcie tego moim rodzicom – kupię im tę książkę pod choinkę. I zapytam o ich wspomnienia.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl