Jak zginął ostatni żołnierz II Rzeczypospolitej

  

„Józef Franczak żył lat 45, zginął 21 X 1963. Poświęcił życie za wolność ojczyzny, której nie doczekał" – taki napis wyryła rodzina na skromnym grobie w podlubelskich Piaskach w 1983 r. Wtedy jeszcze nie można było powiedzieć, że Józef Franczak „Lalek", ostatni żołnierz II RP, najdłużej ukrywający się partyzant antykomunistycznego podziemia, został okrążony przez ZOMO oraz SB i zastrzelony.
 
Wbrew kłamliwym twierdzeniom postkomunistów, walka o wolną Polskę nie skończyła się w 1945 r. Jeszcze przez wiele lat prowadzili ją żołnierze II konspiracji – Żołnierze Niezłomni. W 1950 r. bezpieka na Lubelszczyźnie otrzymała z Departamentu III MBP nakaz „rozpracowania operacyjnego" ostatnich grup oporu. Nadzwyczajne środki w celu ujęcia „kadrowego bandyty Franczaka" podjęto w 1954 r. Dwa lata później postępowanie musiano jednak zawiesić, „wobec jego ukrywania się". 8 września 1961 r. w „Kurierze Lubelskim" ukazał się list gończy za Franczakiem, ze zdjęciem. Przedstawiano rysopis poszukiwanego: „Wzrost ok. 174 cm, ciemny blondyn, włosy szpakowate, lekko łysy, czesze się do góry, oczy niebieskie, czoło wysokie, nos średni lekko pochylony do dołu, twarz owalna, koścista, śniada, [...] mowa grubsza, typowo męska, jest dobrze zbudowany, barczysty, pierś wysunięta do przodu, chód ciężki".

– Zawsze był czysty, schludnie ubrany. Może dlatego, jeszcze za Niemca, nazwali go „Lalek". Matka najbardziej go lubiła z całej naszej piątki. Zawsze uśmiechnięty, pomagał innym. W szkole był najlepszym uczniem – wspomina jego siostra Czesława Kasprzak.
Józef Franczak został zastrzelony o godz. 15.40 (niektóre ubeckie materiały podają błędnie godz. 5.40) w Majdanie Kozic Górnych – małej wiosce, położonej 20 km od Lublina i 8 km od Piask.

Wydany przez TW „Michała"

Służba Bezpieczeństwa ścigająca Franczaka miała utrudnione zadanie, ludzie, mimo ciągłych dokonywanych wśród nich aresztowań, nie chcieli go wydać. Podczas przesłuchań twierdzili, że w ogóle o nim nie słyszeli; jeśli go znali, to nie widzieli go od kilku lat; obciążali siebie; potem informowali o wszystkim Franczaka. Konspiracyjnemu koledze „Lalka" Janowi Lipie z Kozic Dolnych, który przez dwa lata był wzywany do SB w Piaskach, oferowano 30 tys. zł za jego wydanie. Wreszcie znaleźli się jednak tacy, którzy sprzedali Franczaka.
Z materiałów SB: „W wyniku intensywnej pracy operacyjnej w dniach 18–21 X 63 r. w dniu 21 X 63 r. uzyskano dane, że wymieniony bandyta melinuje w zabudowaniach aktywnego współpracownika we wsi Kozice pow. Lublin. [...] podjęto decyzję przeprowadzenia rewizji w zabudowaniach »BW« [Becia Wacława]. Na ewentualny wypadek, gdyby wynik był negatywny, zakładano dokonać rewizji dwóch meliniarzy w tej samej miejscowości dla pozoracji i odwrócenia podejrzeń w odniesieniu do t.w. »Michała«".

TW „Michał" to Stanisław Mazur, stryjeczny brat Danuty, narzeczonej „Lalka". To on zawiadomił SB, gdzie tego dnia przebywa Franczak. Franczakowie przez lata niesłusznie podejrzewali rodzinę Beciów, w której domu przebywał „Lalek".

– Józek nie był bandytą. Ludzie nie przechowywaliby go przez te wszystkie lata, gdyby rabował i zabijał. Pomagali mu, przynosili ubranie, jedzenie. W okolicy działała grupa bandytów, ale wszystkie przestępstwa szły na konto „Lalka" – mówi Czesława Kasprzak.

Ostatnie spotkanie

Przed wojną Józef Franczak (rocznik 1912) ukończył szkołę żandarmerii w Grudziądzu. Został przeniesiony do Równego, gdzie zastała go wojna. Po 17 września aresztowany przez Sowietów, uciekł z niewoli. – Józek ukrywał się już od 1941 r., kiedy ktoś z Piask złożył na niego donos na gestapo – wspomina Czesława Kasprzak.

W 1944 r. został wcielony do II Armii WP, walczył nad Wisłą. Wkrótce NKWD zaczęło go szukać i musiał uciekać. Jeszcze w latach 40. chciał się ujawnić, rozpocząć normalne życie. – Znajomy prokurator z Lublina powiedział nam, że Józek nie ma szans, takie papiery na niego mają. Po amnestii mogą go wypuścić, ale po 2–3 miesiącach ślad po nim zaginie – opowiada jego siostra.

– Poznałam go na zabawie w 1946 r. i od razu mi się spodobał. Spotykaliśmy się raz na dwa, trzy miesiące. Na polu, w lesie, czasem u rodziny albo znajomych. Nawet na randki przychodził z pistoletem i granatami – opowiada Danuta Mazur, konspiracyjna narzeczona „Lalka", która czekała na niego przez prawie 20 lat. – Wolałam nie wiedzieć, gdzie chodzi i z kim się spotyka, żeby nie wydać go na SB. Miałam nawet kilka zdjęć z Józkiem, ale wszystko zniszczyłam, też ze strachu. Zostawić go? Nigdy w życiu. Przecież go kochałam. Miałam nadzieję, że jeśli przeżyje, będziemy kiedyś razem – opowiada.

– Nasz syn Marek urodził się w 1958 r. – ciągnie Danuta Mazur. – Józek zobaczył go pierwszy raz po ośmiu miesiącach, gdy wyniosłam dziecko w zboże. Wiele razy jeździłam do księży, byłam u dominikanów w Lublinie, ale nikt nie chciał dać nam ślubu. Mówili, że to wielkie ryzyko. Kiedy ubecy przychodzili i pytali o Marka, odpowiadałam, że nie wiem, z kim mam to dziecko. Tak się poniżyłam – mówi.
Syn „Lalka" i Danuty Mazur o tym, kim był jego ojciec, dowiedział się dopiero po latach. Przeniósł się do Chełma, gdzie pracował w kopalni jako technik-mechanik. Sąd III RP pozwolił mu używać nazwiska Franczak.

– Spotkaliśmy się w niedzielę w zagajniku. Józek był pogodny, nie przypuszczał, że coś się stanie – Danuta Mazur z trudem kryje łzy. – Opowiedziałam mu mój sen. To była mętna, wezbrana rzeka, a w niej pływał nasz syn. Józek powiedział, żeby uważać na Marka. Mieliśmy się zobaczyć za dwa tygodnie...

Nagi, bez głowy

Ostatnie chwile „Lalka" według SB: „Okrążenia zabudowań B [Becia] Wacława s. Jana dokonano z podjazdu przez grupę operacyjną ZOMO składającą się z 35 funkcjonariuszy doprowadzonych do meliny przez dwóch oficerów Służby Bezpieczeństwa. Z chwilą okrążenia zabudowań b. [bandyta] Franczak wyszedł ze stodoły, pozorując gospodarza rozważał możliwość wyjścia z obstawy, a gdy został wezwany do (nieczytelne) chwycił za broń – pistolet, z którego oddał kilka strzałów. W tej sytuacji grupa likwidacyjna ZOMO przystąpiła do likwidacji. Franczak mimo wzywania go do zdania [broni] podjął obronę i wykorzystując słabe punkty obstawy pod osłoną zabudowań wycofał się około 300 m od meliny, gdzie podczas wymiany strzałów został śmiertelnie ranny i po kilku minutach zmarł".

– Kiedy usłyszałam strzały, wyjrzałam przez okno – opowiada Helena Misiura, sąsiadka. – Bałam się o wnuki, które bawiły się przed domem. Zobaczyłam Józka, jak biegł przy naszym płocie. W jednej ręce miał teczkę, w drugiej pistolet. Nagle zachwiał się, złapał pod bok i wyciągnął koszulę ze spodni. Przeskoczył jeszcze przez żywopłot i zaległa cisza. Śmiertelny strzał musiał paść zza lipy. Za chwilę podniosły się krzyki: „Jest, jest". Ze wszystkich stron, od drogi, z lasu wylegli ludzie. Jedni byli w mundurach i płaszczach, drudzy w kufajkach i po cywilnemu. Potem podjechały trzy samochody i karetka. Myśleliśmy, że to po Józka, ale zabrali jakiegoś zabitego milicjanta.

– Józek upadł pod naszym domem. Jakiś człowiek podbiegł do niego i darł się, żeby rzucił broń, a on już nie żył – mówi Michalina Misiura, ciotka Heleny. – Potem pilnował go jakiś milicjant. Niektórzy ludzie, którzy przychodzili obejrzeć Józka, kopali go i dowcipkowali: może chcesz jabłko albo papierosa? – wspomina.

– Po półgodzinie przyjechał prokurator [Antoni Maślanko]. Milicjanci podświetlili latarkami ciało. Prokurator spytał, czy to „Lalek". „Przecież wiecie, kogo zamordowaliście" – odpowiedziałam. Maślanko zapewniał, że wyda nam ciało Józka – opowiada Czesława Kasprzak.

O godz. 21. ciało „Lalka" przewieziono do Akademii Medycznej w Lublinie. Został pochowany potajemnie, tak jak jego koledzy z partyzantki, na cmentarzu przy Unickiej. Po czterech dniach, w nocy, rodzina wykopała ciało. – Widok był straszny. Józek leżał nagi, bez głowy – opowiada Czesława Kasprzak. „Powołując się na pismo prokuratury z dnia 24 października 1963 roku i na ustną rozmowę z dr. Iwaszkiewiczem proszę o zdjęcie głowy ze zwłok Józefa Franczaka". Podpisał podprokurator powiatowy.

Wyjęty spod prawa

„Lalek" brał udział w wielu akcjach na „utrwalaczy władzy ludowej". Kilka razy był ranny, a raz aresztowany. W czerwcu 1946 r. UB zrobiło w okolicy wielką obławę. Po zatrzymaniu kilku osób, w tym Franczaka, który miał jednak dokumenty na inne nazwisko, ubecy pojechali do wsi Chmiel na wesele i raczyli się wódką. Kiedy po zabawie ciężarówka z aresztowanymi jechała do Lublina, partyzanci rzucili się na podchmielonych ubeków, obezwładnili ich i zabili pięciu. Sygnał do akcji miał dać „Lalek".

Łapanka była związana z poszukiwaniami „Lwa" – Antoniego Kopaczewskiego, kierownika Inspektoratu Lubelskiego WiN-u. Kilka miesięcy później w wyniku donosu i obławy „Lew" został zastrzelony, gdy wyskakiwał z konspiracyjnej kwatery. W podpalonych przez UB zabudowaniach wskutek zaczadzenia zmarło kilka osób, m.in. czteroletnia córka gospodarzy.

„Lalek" likwidował później ubeckich szpicli. Jedną z głośniejszych akcji było wykonanie wyroku na Franciszku Kasperku ps. Hardy, partyzancie, który po ujawnieniu się w 1947 r., przyczynił się do aresztowania Zygmunta Libery „Babinicza" i śmierci swojego dowódcy – Zdzisława Brońskiego „Uskoka". Razem ze Stanisławem Kuchcewiczem „Wiktorem" „Lalek" zlikwidował również innego konfidenta – chłopa Franciszka Drygałę, który wydał wcześniej UB dwóch partyzantów. Niewiele brakowało, aby w wyniku donosu wpadło wówczas całe kierownictwo lubelskiego podziemia antykomunistycznego.

W lutym 1953 r., razem z „Wiktorem" i „Felkiem" – Zbigniewem Pielakiem – „Lalek" napadł na kasę Gminnej Spółdzielni w Piaskach, aby zdobyć fundusze na przetrwanie zimy. Skok nie udał się, gdyż kasjer zdążył wezwać na pomoc milicję. Stanisław Kuchcewicz – ostatni dowódca Franczaka – zginął. Po śmierci „Wiktora" „Lalek" został sam. Przez następne 10 lat się ukrywał. Skazany na banicję, wyjęty spod prawa, aż do 21 października 1963 r.

Autor jest publicystą, szefem działu opinie „Super Expressu", autorem książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie", „Bestie 2" i „Oprawcy. Zbrodnie bez kary"
 
 
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

Przyjaciele Polski

  

Najserdeczniej składały Polsce życzenia z okazji setnej rocznicy odzyskania niepodległości kraje b. ZSRS, zwłaszcza kraje bałtyckie. Rząd Estonii odśpiewał przed ambasadą RP Mazurka Dąbrowskiego, na Łotwie na budynkach rządowych zawisły polskie flagi, symboliczne obiekty Wilna zostały podświetlone na biało-czerwono, prezydent Litwy cytowała III część „Dziadów”, a litewskie lokomotywy odegrały hymn Polski.

Bałtowie po prostu wiedzą, jaka to wielka wartość – niepodległość. I wiedzą, że bez niepodległości Polski nie mają przyszłości. Niektórzy powiedzą, że z Litwą nie wszystko układa się jak trzeba, ale to ci, dla których szklanka zawsze jest do połowy pusta. Otóż od kilku lat relacje z Litwą się poprawiają i te wspomniane wyżej gesty to przykład tej tendencji.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...
Tagi

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl