„Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz”. 70 lat temu komuniści zamordowali Eugeniusza Bodo

Eugeniusz Bodo i Nora Ney; PAP/archiwum

Piotr Lisiewicz

Szef działu „Kraj” w tygodniku „Gazeta Polska”. Na jej łamach publikuje m.in. całostronicowe felietony o charakterze satyry politycznej.

Kontakt z autorem

  

Żeby zostać aktorem, jako nastolatek uciekł z domu w Łodzi i karierę w rozpoczął w poznańskim teatrzyku Apollo od pracy... biletera. Śpiewał „Już taki jestem, zimny drań” i „Umówiłem się z nią na dziewiątą”. Słynny był jego romans z aktorką Reri z wyspy Tahiti, ale na zawsze kochał tylko matkę, a zaraz po niej olbrzymiego doga arlekina w czarno-białe łaty o imieniu Sambo.

Komuniści uznali go za „element społecznie niebezpieczny”. Eugeniusz Bodo zmarł prawdopodobnie na podłodze bydlęcego wagonu wiozącego go do łagru. Przez cały PRL kłamliwie utrzymywano, że zabili go Niemcy.

 „Ujawnić prawdę o okolicznościach śmierci Bodo, oznaczało przyznać się do winy, potwierdzić prawdę o Katyniu i tysiącach polskich tragedii na ziemiach Związku Radzieckiego, a tym samym obnażyć pustkę propagandowych frazesów o trwałej i wiecznej, bo wykutej na polu chwały, przyjaźni radziecko-polskiej. Lepiej było milczeć, tkwić w niedopowiedzeniach albo wręcz odsuwać na archiwalne półki stare filmy” – pisał Konrad J. Zarębski na łamach miesięcznika „Kino” (10/1997).

 Dwie porcje kalabraków

 – Proszę zamówić dla nas dwie porcje kalabraków – takie żądanie stanowczym tonem złożył Eugeniusz Bodo siedzący za stołem wykwintnej restauracji razem z innym aktorem, Ludwikiem Lawińskim.
– Co proszę? – spytał zaskoczony kelner.
– Dwie porcje kalabraków – powtórzył Bodo.
– A może by panowie wzięli coś z karty?
– Nie będziemy wybierać z karty, skoro mamy apetyt na kalabraki” – upierał się Bodo. Zakłopotany kelner udał się po kucharza, kucharz po kierownika, ten zaś polecił kelnerowi poinformować jak najuprzejmiej gości, że kalabraków już zabrakło. Rozochoceni powodzeniem kawału aktorzy zamawiali nieistniejące kalabraki po całej Polsce i cieszyli się, widząc wygłupienie restauratorów. Aż pewnego dnia w Radomiu spotkała ich niespodzianka. Kelner po otrzymaniu zamówienia na dwie porcje kalabraków oświadczył uprzejmie:
 – Służę panom.

Po upływie kilku minut postawił na stole półmisek z potrawą. Aktorzy z bardzo głupimi minami przekonali się, że jest to bigos wymieszany z gulaszem. Natychmiast zawołali kelnera.
 – Co pan nam tu podał?! – zapytał groźnie Bodo.
– Kalabraki, proszę szanownego pana, dwie porcje – odparł kelner.
– Co? To paskudztwo nazywa pan kalabrakami?

Kelner ze zgorszeniem pokręcił głową: – Jak to dobrze, że nasz szef kuchni nie słyszał tego, co szanowny pan powiedział. Kalabraki to jego chluba. Nikt w Polsce nie potrafi tak dobrze przyrządzać tej potrawy” (anegdotę przytaczam za opowieścią Danuty Gibas-Krzak o przedwojennych amantach w piśmie „Mówią wieki”).

On już zjadł na śniadanie dwie osoby

Bodo, bohatera wielu anegdot, wpuszczano do wykwintnych restauracji z jego olbrzymim dogiem Sambo. Ufano zapewnieniu aktora, że pies gryzie wyłącznie... gospodarzy, a gości zostawia w spokoju.

Z budzącym respekt olbrzymem aktor jechał kiedyś samochodem. W rzeczywistości pies był bardzo łagodny i poczciwy. Bodo zatrzymał się przed sklepem, żeby coś kupić. Wszedł – a Sambo wyskoczył z samochodu i pobiegł za nim. W sklepie były dwie starsze panie. Kiedy zobaczyły biegnącą wielkimi susami w ich stronę bestię, narobiły krzyku. Bodo, widząc to, z uśmiechem je uspokoił: „Szanowne panie, proszę się nie bać! On już zjadł dziś na śniadanie dwie osoby”. Tę z kolei historyjkę opowiedziała Stanisławowi Janickiemu, temu od cyklu „W starym kinie”, krewna aktora Wiera Rudź.

Jak wspomina aktor i reżyser Ludwik Sempoliński w książce „Wielcy aktorzy małych scen”, przed spektaklami, do których nie miał przekonania, Bodo programowo nie przygotowywał się do swojej roli. Miał też w zwyczaju urządzać kolegom kawały podczas ostatniego występu z jakimś przedstawieniem. Kabaret Morskie Oko wystawiał program „Jedź na Pragę” o praskich łobuzach. Tło dla występujących aktorów stanowiła dekoracja – panorama Wisły z mostem Kierbedzia. Normalnie spektakl kończył się piosenką „Jedź na Pragę” i tańcem. Tymczasem podczas ostatniego występu „w czasie tańca nagle z Wisły wyłaniał się do połowy nagi Bodo, krzyczał »Ratunku« i powtarzał to parę razy. Trick był prosty, przecinał żyletką dekoracje z tyłu i wsuwał się w otwór, po czym chował się, przecinał w innym miejscu i znów ukazywał się. Oczywiście tańca nie skończono”.

Z kolei po ostatnim występie ze spektaklem „Klejnoty Warszawy” widzowie domagali się pojawienia na scenie autora, którym był poeta i autor piosenek Andrzej Włast. Bodo wraz z kilkoma aktorami wyciął mu jednak numer. Ku jego zdziwieniu na scenę wprowadzono... drugiego Własta, którym był ucharakteryzowany przez teatralnego fryzjera kompozytor Henryk Wars. „Radość była ogólna, zwłaszcza kiedy Bodo wyciągnął siłą z widowni prawdziwego Własta i obydwaj kłaniali się publiczności, ściskając sobie dłonie” – pisze Sempoliński.

Dziecko z lassem i rewolwerami

Eugeniusz Bogdan Junod, bo tak nazywał się naprawdę, urodził się w 1899 r., prawdopodobnie w Genewie w Szwajcarii, choć niektórzy autorzy podają jako miejsce jego narodzin Łódź albo Warszawę. Ojciec Bodo, Theodor Junod, był Szwajcarem wyznania kalwińskiego, zaś matka, Jadwiga Dorota Dylewska, wywodziła się z polskiej rodziny szlacheckiej o katolickich i patriotycznych tradycjach. Ich syn zachował szwajcarskie obywatelstwo, o czym przed wojną mało kto wiedział.

Różnice co do miejsca narodzin pojawiają się w życiorysach Bodo prawdopodobnie dlatego, że jego ojciec sprowadził wkrótce rodzinę do Łodzi. „W Łodzi Szwajcar z pochodzenia, Teodor Junod, ojciec Eugeniusza Bodo, najpierw w latach 1903–1907 rozkręcił działalność wynajętego po braciach Krzemińskich iluzjonu przy Piotrkowskiej 17, który nazwał Teatr Iluzji Urania, by w 1907 roku zbudować okazałe centrum rozrywkowe Urania, w którym ważną częścią działalności były pokazy filmowe” – pisze Tadeusz Lubelski w „Historii kina polskiego”.
 
Sempoliński wspomina, że Junod był „specjalistą od prowadzenia kabaretów” na prowincji, zaś mały Bodo od dziecka bywał za ich kulisami, gdzie „przyglądał się popisom różnych tancerzy, piosenkarzy, a nawet cyrkowców”. I „od każdego coś przejął. Był więc doskonałym tancerzem i świetnym piosenkarzem, bardzo muzykalnym, choć głosu nie miał nadzwyczajnego”.

Iluzjon Junoda opisuje też w swych wspomnieniach Ludwik Starski. Czytamy w nich: „Tak naprawdę to zachwycił mnie dopiero numer nazwany »10-letni kowboj Bodo – cudowne dziecko XX wieku«. Kunsztyki, jakie wyczyniał z lassem i rewolwerami nabitymi prawdziwą amunicją, budziły zachwyt całej sali. Na koniec zatańczył dżiga (ale jak!) i zaśpiewał ładnym głosem »Yankee-Doodle«. Chłopiec w kowbojskim kostiumie był synem właściciela. Za niespełna 8 lat sceniczne imię przejął jako artystyczny pseudonim”.

Ucieczka z domu

Rodzice mieli jednak co do swojego syna poważniejsze plany niż aktorstwo. Posłali go do szkoły handlowej, ale okazał się nie mieć głowy do tej dziedziny. Nie interesowała go też medycyna, a na widok krwi dostawał mdłości. W tej sytuacji rodzice postanowili zrobić z niego specjalistę od kolei. Pociągami, owszem, zainteresował się. W tym sensie, że wsiadł w jeden z nich i uciekł z domu do Poznania.

Tu znalazł pracę jako bileter w teatrzyku „Apollo”. Wkrótce z biletera awansował na statystę. Po powrocie do Łodzi, gdzie zrezygnowani rodzice zaakceptowali jego wybór, został już aktorem grającym epizody na scenie „Colloseum”.
W 1919 r. rodzina przeniosła się do Warszawy. Zaczął pojawiać się na letnich scenach w Dolince Szwajcarskiej. Jak wynika ze wspomnień Sempolińskiego, zanim trafił do stolicy na stałe, spędził tam wakacje. „Był dopiero początkującym młodym aktorem, rokującym duże nadzieje, ale do osiągniętych później rezultatów było jeszcze wtedy daleko. Nawet nie miał własnego fraka i zazdrościł mi, że ja mam” – pisze Sempoliński. „Kiedy po sezonie letnim wyjechał z Warszawy, posyłałem mu moje nowe piosenki, bo sam nie miał repertuaru i nie stać go było na kupno piosenek” (trzeba było za nie w owych czasach płacić).

Jak pisał w „Rzeczpospolitej” (24.12.1999 r.) Tomasz Zbigniew Zapert zyskał tam „spore grono wielbicielek i... adoratora w osobie innego początkującego artysty Karola Hanusza”. W 1920 r. w czasie wojny polsko-bolszewickiej Bodo wstąpił do wojska, ale nie zdążył powąchać prochu, bo nastąpił „Cud nad Wisłą”.

Jak pisze Sempoliński, w krótkim czasie „zmienił się niebywale i rozwinął aktorsko”. Przyjęty wówczas przez niego pseudonim „Bodo” stworzony był z pierwszych sylab jego drugiego imienia Bogdan oraz imienia jego matki Doroty.

Upiór, co nie umiał straszyć

Lista kabaretów, w których występował, jest długa, a są na niej niemal wszystkie najbardziej legendarne: Qui Pro Quo, Morskie Oko, Cyganeria, Cyrulik Warszawski, Stańczyk, Perskie Oko, Orfeum, Wielka Rewia. Śpiewał, tańczył, wykonywał monologi. Wiele z jego piosenek dostępnych jest dziś w serwisie youtube. Słynna była jego rola poczciwego upiora, który nie potrafi straszyć, którą wykonywał w Perskim Oku. „Znakomite warunki zewnętrzne, dużo szelmowskiego wdzięku i wielki temperament sceniczny” – tak jego zalety określał poeta i kabareciarz Artur Tur.

W 1925 r. zadebiutował w filmie – „Rywalach” Seweryna Steinwurzla. Do 1939 r. zagrał aż w 32 filmach, był reżyserem dwóch, scenarzystą sześciu, a producentem siedmiu. Zaczynał jeszcze w epoce kina niemego. Jak pisze Diana Poskuta-Włodek w amerykańskim „Przeglądzie Polskim” z 23 lipca 2004 r., stworzył własny typ postaci – „inteligentnego lekkoducha o czystych intencjach i wielkim sercu, gotowego dla miłości poświęcić wszystko”.

W komedii „Piętro wyżej” zagrał radiowego spikera, który z przyjaciółmi muzykami zatruwa życie sąsiadowi. To w tym filmie zaśpiewał przeboje „Umówiłem się z nią na dziewiątą” i „Sex appeal” – piosenkę, którą wykonał w kobiecym przebraniu. W „Pawle i Gawle” zagrał wynalazcę zakochanego w dziewiętnastolatce, dla której śpiewał – w duecie z Adolfem Dymszą – kołysankę „Ach, śpij, kochanie...”. Był gwiazdą komedii, takich jak „Czy Lucyna to dziewczyna” oraz „Robert i Bertrand”. Ale wbrew oczekiwaniom publiczności lubił grać też czarne charaktery.

Wielkim sukcesem Teatru Polskiego była komedia „Jim i Jill”. „Do sukcesu przyczynił się głównie Bodo, stwarzając kapitalną kreację, którą przyćmił cały zespół, nie wyłączając znakomitej Modzelewskiej” – pisze Sempoliński.

Reri z Polinezji, co chciała być białą

Słynny był romans Bodo z piękną ciemnoskórą aktorką Reri z wyspy Tahiti. Poznali się w 1932 r., w czasie powstawania filmu „Głos pustyni”. Bodo był potem scenarzystą filmu „Czarna perła”, gdzie napisał dla siebie rolę drania gardzącego miłością pięknej tancerki, którą zagrała Reri. Śpiewała w nim piosenkę „Dla Ciebie chcę być białą” (piosenka oraz taniec Reri z tego filmu dostępne są w serwisie youtube). Byli już wtedy parą.

Reri naprawdę nazywała się Anne Chevalier i urodziła się w 1912 r. na polinezyjskiej wyspie Bora-Bora na Oceanie Spokojnym. Wyspa to koralowy atol otaczający powulkaniczny stożek, będący częścią Polinezji Francuskiej, na Wyspach Pod Wiatrem, na północny-zachód od Tahiti. Polinezyjczycy osiedlili się tam przed wiekami, na wyspie są ruiny ich świątyń oraz płaskorzeźby. Na małej wysepce mającej 44 km kw. mieszka około 5 tysięcy stałych mieszkańców.

Polinezyjska aktorka po wyborze na Miss Tahiti w 1931 r. zadebiutowała w filmie „Tabu” Friedricha Wilhelma Murnaua. Film był historią miłosną dwojga Polinezyjczyków – młodego poławiacza pereł Matahi oraz Reri, dziewczyny przeznaczonej przez współplemieńców na kapłankę. Uciekają razem na bezludną wysepkę.

Do Polski Reri trafiła poprzez kabarety Paryża i Wiednia w 1934 r. Nauczyła się języka polskiego. Występowała m.in. w Krakowie, Krynicy i Zakopanem.

Jej romans z Bodo trwał trzy lata, była więc pierwszą kobietą, z którą aktor związał się na dłużej. Pisano, że ich związek rozpadł się przez pociąg pięknej Reri do alkoholu. Inni wskazywali na to, że to Bodo interesowały się liczne wielbicielki. „Same do niego lgnęły, zniewalał je humorem, charmem i młodzieńczą spontanicznością. Pociągały go jedynie cudzoziemki o oryginalnej karnacji i urodzie. Mówił, że ustatkuje się dopiero po czterdziestce” – taką opinię nestora polskiej krytyki filmowej, Leona Bukowieckiego, przytacza Zapert. „Jak tylko usłyszał, że na gościnne występy zawitała do Adrii czy Nitouche jakaś Murzynka, Mulatka czy Azjatka, śpieszył tam, by upolować egzotyczną zwierzynę” – wspominał Starski.

Reri wyjechała z Polski w 1935 r. Dwa lata później wystąpiła w filmie Johna Forda „The Hurricane”. Potem wróciła na Tahiti. Na pewnej stronie internetowej znalazłem wspomnienie podróżniczki, która odwiedziła Tahiti w 2004 r. Pisze ona o Reri: „Wywiozła z naszego kraju wspomnienie śniegu i zainteresowanie – czystą wyborową. [...] Obecnie pani Reri mocno otyła i podstarzała otoczona gromadką wnuków, przesiaduje w barze Quim, gdzie na wpół nagie dziewczęta tańczą z jachtmenami hula-hula. Sącząc wzmocnioną...”. To, niestety, tylko wytwór wyobraźni uzdolnionej internetowej autorki. Reri musiałaby mieć dziś 97 lat. W realnym świecie zmarła w 1977 r.

W marynarce Old England

Bodo nazywano pionierem artystycznej reklamy. Na plakatach zachwalał pantofle od szewca Kielmana oraz tweedowe marynarki ze sklepu Old England. W 1936 r. otrzymał tytuł króla mody. Odmówił natomiast reklamowania alkoholu. „Jestem abstynentem, toteż zachwalanie trunków brzmiałoby w moich ustach niewiarygodnie” – miał powiedzieć. Jak podejrzewano, deklaracje o abstynencji miały być związane z historią związku z Reri.

Lubił za to jeść i to we wspomnianych najlepszych restauracjach. Jak pisała Poskuta-Włodek „był amatorem mazurków wielkanocnych – kupował ich tyle, że starczały do czerwca. Miał jeszcze jedną słabość: wyszywał makatki, którymi obwieszał mieszkanie i którymi obdarowywał znajomych”.

W 1929 r. zespół Morskiego Oka dotknęła tragedia. „Na skutek ogólnej koniunktury ogarnięta automobilowym szałem większość zespołów kupiła sobie auta” – pisze Sempoliński. Bodo swoim chevroletem postanowił pojechać na wystawę do Poznania. W wyniku wypadku zginął jego kolega z zespołu Witold Roland. „Pod Łowiczem wpakowali się na stertę kamieni – szosa była rozkopana i zapomniano ustawić znaki ostrzegawcze” – pisze Sempoliński.

Jak lew prawie pożarł Bodo

W 1935 r. w Cyrku Staniewskich zorganizowano słynne widowisko: węgierską operetkę „Gwiazda areny” z Hanką Ordonówną w roli tytułowej. Aktorzy mieli wykonywać cyrkowe ewolucje. Bodo powierzono rolę poskramiacza dzikich bestii. Role wyuczone na próbach z udziałem zwierząt podczas premiery wypadały zupełnie inaczej, bo zwierzęta nie potrafiły nie zwracać uwagi na hałasującą publiczność. „Pieski Sempolińskiego, potulne na próbach, gdy widownia pusta, przed publicznością wcale nie chcą słuchać swego pana, tylko raz po raz robią siusiu, wywołując ogólną wesołość. Bodo jako pogromca lwów i tygrysów wychodzi z klatki cało jedynie dzięki obecności tresera stojącego w pobliżu” – relacjonował pisarz Tadeusz Wittlin w książce „Pieśniarka Warszawy”.

Inny fragment widowiska zapamiętał i przypomniał w swojej książce sam Sempoliński: „Bodo, grający aktora cyrkowego, wykonywał mnóstwo numerów aż do parodii tancerki klasycznej, ubranej w króciutką spódniczkę, włącznie. Przebierał się co chwila. Do pomocy miał garderobianego – męża ogólnie lubianej i popularnej garderobianej Stasiowej, tolerowanego mimo dużego pociągu do alkoholu i oporów do pracy. Stale mówił o sobie »czek pracy« zamiast człek, tak to bowiem wymawiał. Jak tylko trzeba było kogoś błyskawicznie przebierać, zawsze znikał i zjawiał się w ostatniej chwili. Tak się stało i wtedy, kiedy Bodo miał się przebrać za tancerkę. Na skutek błyskawicznej zmiany kostiumu, Bodo zapomniał trykotu i założył tylko szpągi. Tańczył więc z gołymi nogami. Parodia tańca wypadła przez to jeszcze lepiej, choć Bodo nie zdawał sobie z tego sprawy. Dopiero na zakończenie, kiedy tańczył tyłem do widowni, szpągi pękły, a Bodo zdradził swoją płeć. Można sobie wyobrazić, co się działo potem za kulisami. Rezultat: »czek pracy« przestał go ubierać”.

Aktor był też producentem i jednym z właścicieli (od 1931 r.) wytwórni filmowej B.W.B. (od nazwisk Bodo, Waszyński i Brodzisz). W 1939 r. podpisał bardzo korzystny kontrakt z amerykańską wytwórnią filmową. W przeddzień wojny był u szczytu sławy. W kwietniu 1939 r. otworzył przy ul. Foksal kawiarnię Café-Bodo. Rozpoczął przygotowania do wyreżyserowania nowego filmu „Uwaga – szpieg!”.

Przestępca i bohater Sybiru

Jak pisze Zapert, Bodo mało zajmował się polityką, choć nie ukrywał prawicowych sympatii. Prenumerował tygodnik „Prosto z mostu”, uczestniczył też w pogrzebie Romana Dmowskiego na cmentarzu Bródnowskim. Przeglądając filmowe recenzje „Prostu z mostu”, zauważamy, że krytycy tego pisma oceniali Bodo rozmaicie, choć przeważały opinie pozytywne. Tadeusz Sobolewski w recenzji filmu „Za winy niepopełnione” (nr 4/1939) pisał: „W tym wypadku przestępców grają tacy artyści, jak Stępowski i Bodo, więc rzecz jest przynajmniej smacznie podana. Bodo stworzył rewelacyjny typ: jego maska może być nazwana dziełem wielkiej techniki aktorskiej, jego gra jest efektywnym wyzyskaniem dużego talentu. Te dwie twarze obserwuje się o wiele chętniej, aniżeli pucułowate buziuchny amerykańskich koczkodanków z drucianymi rzęsami – to rzecz pewna”. Ale już Andrzej Mikułowski w recenzji filmu „Piętro wyżej” (nr 11/1937) był bardziej krytyczny: „Kiedy się zaczyna znany aż nadto dobrze szablon wulgarnych dowcipów z łowcami posagowymi i ukazuje się Bodo przebrany za kobietę, budząc entuzjazm mniej wybrednej publiczności, wówczas ręce złożone do oklasków opadają”.

Ostatnie filmy Bodo tuż sprzed wojny mają wymowę patriotyczną. Tadeusz Lubelski widzi zwiększenie liczby filmów historyczno-patriotycznych w polskim kinie drugiej połowy lat 30. jako część „wzmocnienia nacjonalistycznych akcentów w polityce państwa”. „Widać to na przykładzie kolejnego filmu z tej serii, »Bohaterowie Sybiru« (1936) Michała Waszyńskiego według scenariusza Jerzego Waldena i Eugeniusza Bodo, umieszczającego akcję pod koniec I wojny światowej w syberyjskim obozie dla żołnierzy armii austriackiej” – czytamy. Muzyka nawiązywała do pieśni legionowych, a dziadek bohatera, weteran powstania styczniowego, tęsknił za silną polską armią.

Otworzyć po mojej śmierci

Jak wielu Polaków po rozkazie pułkownika Umiastowskiego nakazującym zdolnym do walki mężczyznom opuszczenie Warszawy, przeniósł się do Lwowa. „Szybko trafił do big-bandu Tea Jazz pod batutą Henryka Warsa i odbył z nim tournee po ZSRR. Śpiewał po polsku i rosyjsku, m.in. jazzowe standardy, co publiczność przyjmowała entuzjastycznie, w przeciwieństwie do sowieckich władz. Ten importowany zza Atlantyku gatunek muzyczny określano przecież oficjalnie mianem burżuazyjnego. Bodo – w przeciwieństwie do wielu ludzi polskiej sztuki – nie zaangażował się w jakikolwiek sposób po stronie okupanta spod znaku sierpa i młota” – pisze Zapert.
Szukając jak wszyscy możliwości wydostania się z Sowietów, Bodo przypomniał sobie o swoim szwajcarskim obywatelstwie. „Wydawało mu się to bezpieczniejsze, gdyż racjonalnie rozumując obywatelowi neutralnego od wieków państwa nie groziła zsyłka na »białe niedźwiedzie« – konstatuje Zapert. Widząc masowe aresztowania Polaków, Bodo jako obywatel szwajcarski wystąpił o zezwolenie na opuszczenie kraju. Czekał kilka miesięcy, żyjąc skromnie z tantiem za płytę...

Tu oficjalny życiorys Bodo z PRL urywał się. Według zapewnień komunistycznych biografii w encyklopediach i słownikach biograficznych Bodo miał zginąć z rąk hitlerowców. Jak było naprawdę, wiedzieli lub domyślali się nieliczni, wśród nich członkowie rodziny aktora i współwięźniowie z łagrów.

W 1972 r. w programie telewizyjnym „W starym kinie” jego autor Stanisław Janicki zachęcił widzów do przesyłania informacji o przedwojennych aktorach. Został zasypany listami. Spora część z nich dotyczyła Bodo. Obok listów kobiet z nim związanych, pojawiły się te o okolicznościach jego śmierci. Wiele z nich było wzajemnie sprzecznych, ale te najbardziej wiarygodne wskazywały na kłamstwo propagandy.

Jeden z nich był od Ireny Kuleszyny, siostry ciotecznej Bodo. W 1958 r. Międzynarodowy Czerwony Krzyż poinformował ją o śmierci Bodo w łagrze na terenie ZSRR. Pewien lekarz z Radomia napisał: „W roku 1943 przybyłem na punkt przesyłkowy w Kotłasie (obwód archangielski), gdzie w szpitaliku nr 5, trzy czy cztery dni później zmarł Bodo”.
Wokół trwała epoka towarzysza Edwarda Gierka. „Co ja w roku 1972 mogłem zrobić z tymi listami? Mogłem zrobić tylko jedno. Zapakować do koperty, zalakować i napisać: »Otworzyć po mojej śmierci i przekazać Filmotece Narodowej«. Tak też zrobiłem” – opowiadał w „Gazecie Wyborczej” (nr 254, 1997 r.) Janicki.

Zdążyłem wziąć płaszcz i kapelusz

Kopertę otworzył sam – w 1989 r. Postanowił zrobić film o Eugeniuszu Bodo, ale próby zainteresowania tym tematem redakcji dokumentu w TVP trwały bardzo długo (film „Eugeniusz Bodo – za winy niepopełnione” powstał w 1997 r.). W międzyczasie Janicki dotarł do świadków, których relacje ostatecznie potwierdziły, jaka była prawda. Pierwszym był rosyjski dysydent, 75-letni prof. Alfred Mirek, który w 1990 r. opublikował na fali pierestrojki wspomnienia. Opisał w nich, jak siedział w jednej celi z Bodo.

Okazało się też, że prywatne śledztwo na temat losów aktora przeprowadziła pani Wiera Rudź, jego krewna. Pisała w tej sprawie listy do wszelkich instytucji, w tym prezydentów Lecha Wałęsy i Borysa Jelcyna. W końcu dostała odpowiedź od Rosyjskiego Czerwonego Krzyża, który wskazał na miejsce aresztowania, więzienia i śmierci Eugeniusza Bodo. Co wynikało z tych i innych relacji?
Ojciec prof. Alfreda Mirka pochodził z Wielkopolski. Był rosyjskim inżynierem, przed rewolucją wykształconym w Niemczech. Po wybudowaniu w Sowietach dworca rzecznego w Moskwie został aresztowany i zmarł w łagrze. Także Alfred Mirek trafił później na Butyrki jako syn wroga ludu. W ZSRR siedział w łagrze często – ostatni raz w latach 80.
 
Tak się złożyło, że w latach 40. 19-letni Alfred Mirek na wolności słuchał jazzu i trafił na koncert z udziałem Eugeniusza Bodo, a potem kupił płytę grupy Henryka Warsa. W areszcie na początku go nie poznał. Przygarbiony, postarzały o kilkanaście lat – tak według opowieści prof. Mirka wyglądał w więzieniu Bodo. Prawie nic nie jadł, nie dostawał paczek, bo nikt z rodziny nie wiedział przecież, gdzie jest. Wielu więźniów bało się z nim rozmawiać, by nie być oskarżonym o kontakty ze szpiegiem.

W jaki sposób doszło do aresztowania Bodo? Profesor Mirek w swej autobiografii „Zapiski więźnia” zamieścił następującą relację samego Bodo: „22 czerwca 1941 roku o godzinie 11.00. do mojego domu weszli funkcjonariusze NKWD, rozkazując, bym natychmiast udał się z nimi do samochodu. Zdążyłem ledwie wziąć ze sobą płaszcz i kapelusz. Sądziłem, że chcą mnie uratować przed inwazją hitlerowską”.

Samochodem jechali w szaleńczym tempie, by umknąć Niemcom. Gdy się to udało i dotarli do jakiegoś spokojniejszego sowieckiego miasta, zachowanie enkawudzistów, początkowo w miarę uprzejme, mocno się zmieniło: „Zamknęli mnie w garażu siedziby NKWD. Rano zjawili się odmienieni nie do poznania. Poprzedniego dnia uciekali jak zające, teraz syci i różowi na twarzach, przedstawiciele wielkiego państwa radzieckiego. Było ich już czterech. Traktowali mnie jak powietrze. Pojechaliśmy do Moskwy”. Tak Bodo trafił do więzienia na Butyrkach.

Dlaczego NKWD w ostatniej chwili uprowadziło aktora? Zapewne funkcjonariusze NKWD interesowali się nim od dłuższego czasu. Powodów mogło być wiele. Zagrał przecież w dwóch filmach pokazujących losy Polaków zesłanych w głąb Rosji – „Na Sybir” i „Bohaterowie Sybiru”. NKWD interesowało się takimi sprawami, często na podstawie donosów kolegów ze świata artystycznego, czego dowodem wywiezienie do łagru Wacława Grubińskiego, który wśród licznych niepolitycznych komedii napisał 20 lat wcześniej sztukę „Lenin”. Znaczenie mógł mieć też szwajcarski paszport Bodo – obcokrajowiec to przecież z definicji szpieg.

Adam Wyżyński w piśmie „Kino” (nr 6, 1996 r.) wysuwa następującą hipotezę: „Prawdopodobnie aresztowanie Bodo było dla funkcjonariuszy NKWD pretekstem do opuszczenia Lwowa i ratowania własnej skóry przed nadciągającą okupacją niemiecką. Uznanie Bodo za ważną osobistość mogło uzasadnić nagły wyjazd do Moskwy”.

Podłoga w bydlęcym wagonie

Niektóre z artykułów na temat Bodo podają, że był też w łagrze za Uralem, inne, że cały czas siedział w Moskwie. Jak relacjonował prof. Mirek, na Butyrkach nie był on przesłuchiwany – jakby o nim zapomniano. Aby oszukać żołądek, wypijał duże ilości gorącej wody z solą: „Nie chciałem mu dawać soli, ale tak prosił, że nie sposób mu było odmówić”. Był coraz słabszy, miał problemy z nerkami, puchły mu nogi i twarz, narastała depresja. W międzyczasie przedstawiciele polskiej Ambasady w Moskwie Stanisław Kot i Tadeusz Romer zabiegali o jego uwolnienie. Słyszeli odpowiedź, że to obywatel szwajcarski, więc władze nie będą o tym rozmawiać z Polakami. Z uwagi na szwajcarskie obywatelstwo Bodo nie objęła też amnestia wobec Polaków.

W 1943 r. Alfred Mirek czekał na transport do łagru. Podarował Bodo na pożegnanie płócienny woreczek na chleb. Ten postanowił zrewanżować mu się jak za czasów wolności – wyszywanką. Oderwał z płaszcza kawałek podszewki i za pomocą nici z ręcznika i zrobionej więziennym sposobem igły zrobił dla niego chusteczkę.

Po kilkunastu miesiącach pobytu w łagrze Mirek usłyszał opowieść więźnia, który mówił, że był świadkiem śmierci Bodo. W chwili przybycia do łagru miał być w agonii. Nie wiadomo, czy żył jeszcze, gdy podnoszono go z zalanej moczem podłogi wagonu i niesiono do szpitala. W szpitalu stwierdzono zgon. Ciało Bodo widział lekarz z Radomia, który potem pisał do Stanisława Janickiego. Umieszczono je w stodole, gdzie mieściła się kostnica. Trafiło do zbiorowego grobu.

W 1991 r., a na fali krótkiej jelcynowskiej odwilży, Wiera Rudź otrzymała z Rosyjskiego Czerwonego Krzyża dwie fotografie więzienne. Był na nich Bodo – z zarostem, opuchniętą twarzą, w drelichu. Razem z fotografiami przyszło pismo: „Żano-Bodo Eugeniusz-Bogdan ur. 1899 Genewa, syn Teodora, z zawodu aktor, reżyser. Został aresztowany w 26 czerwca 1941 i decyzją specjalnej narady przy NKWD ZSRR skazany na 5 lat ciężkiego obozu wychowawczego jako element społecznie niebezpieczny. Okres kary odbywał w więzieniu Butyrskim w Moskwie, w mieście Ufa i w Archangielskiej obłasti. Zmarł 7 października 1943 roku. Na podstawie artykułu 3 Ustawy Federacji Rosyjskiej »O Rehabilitacji Ofiar Politycznych Represji« z 18 października 1991 wyżej wymieniony został ”.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (39/2009) w ramach cyklu sylwetek barwnych postaci II Rzeczpospolitej. A w najnowszym numerze „Nowego Państwa” opowieść Janie Frylingu - lwowskim batiarze, pisarzu, dyplomacie II RP, a po wojnie człowieku-instytucji niepodległościowej, antykomunistycznej emigracji.

Zobacz jak śpiewał Eugeniusz Bodo

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Nowe Państwo

Wczytuję komentarze...

Sędzia dostała od Adamowicza nagrodę. Płażyński alarmuje: "Nie uwierzyłem w to, co przeczytałem"

Paweł Adamowicz / Fotomag/Gazeta Polska

  

Po raz drugi wręczono Gdańską Nagrodę Równości. Jej laureatami zostały osoby szczególnie działające na rzecz praw człowieka: Ewa Patyk, Dorota Zabłudowska i Krzysztof Skrzypski. Nagrody wręczył prezydent miasta, Paweł Adamowicz. Dorota Zabłudowska jest sędzią Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe. "Przed tym samym Sądem toczy się sprawa karna, w której na ławie oskarżonych zasiada Paweł Adamowicz" - alarmuje Kacper Płażyński.

Gdańska Nagroda Równości to wyjątkowe wyróżnienie, którego ideą jest i będzie uhonorowanie osób w szczególny sposób działających na rzecz praw człowieka i przeciwko wykluczeniom w Gdańsku. Co ważne, nominowanych może zgłosić każdy mieszkaniec Gdańska

- czytamy na stronie Urzędu Miejskiego w Gdańsku.

Jedną z laureatek została sędzia Dorota Zabłudowska. 

Jak czytamy jest ona sędzią Sądu Rejonowego Gdańsk-Południe oraz wiceprezesem gdańskiego oddziału Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.

Została wyróżniona za sprzeciwianie się niekorzystnym dla praworządności zmianom w ustawach o Sądzie Najwyższym, Krajowym Rejestrze Sądowym i sądach powszechnych. Kapituła Nagrody zwróciła uwagę, że od SN, KRS i sądów powszechnych zależy przestrzeganie praw człowieka i zasad sprawiedliwości. Chodzi o prawo do niezawisłego i niezależnego rozpoznania spraw oraz równość wobec prawa. Sędzia Dorota Zabłudowska jest merytorycznym głosem i twarzą protestów, narażając interes osobisty i zawodowy 

- czytamy dalej.

Jednak to nie wszystko. Jak informuje Kacper Płażyński, gdański radny z ramienia PiS, Dorota Zabłudowska jest sędzią w tym samym sądzie, w którym Adamowicz w sprawie karnej... zasiada na ławie oskarżonych.

- Pani Sędzia jest jednocześnie wiceprezesem Gdańskiego Oddziału Stowarzyszenia Iustitia Polska. Szanowni Państwo z oddziału Iustitia Polska, liczę na Państwa zdecydowaną reakcję w tej sprawie - napisał na Twitterze Kacper Płażyński.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: gdansk.pl, niezalezna.pl, Facebook

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl