Kiedy zięć niedomagającej poważnie kobiety zadzwonił o godz. 12 na pogotowie, usłyszał, że karetek nie ma i będzie trzeba czekać cztery godziny. "Po czterech godzinach Frątczak zadzwonił ponownie. Znowu kazano czekać" - czytamy w "Fakcie".
87-latka była mieszkanką Nietkowic w Lubuskiem. Jej zięć zbulwersowany postawą lekarzy zadzwonił do znajomego w Sulechowie, żeby sprawdził, czy karetki stoją na placu. Okazało się, że stały.
Dopiero po godz. 19, gdy zmieniła się dyspozytorka w pogotowiu, zgłoszenie przyjęto. Karetka do Nietkowic oddalonych zaledwie 20 km została wysłana z Sulechowa dopiero o godz. 20:41. Do chorej dotarła kilka minut po godz. 21. Ratownicy zabrali już prawie umierającą staruszkę do szpitala w Sulechowie, gdzie po przewiezieniu zmarła.