Gnój pod dywanem

Zanim umarł Paweł Hertz, miałem okazję odwiedzić go w pięknym mieszkaniu w kamienicy przy Nowym Świecie. W zachwyceniu podziwiałem antyki, książki i widok z okna. Miesiąc później nieodżałowany Zygmunt Kubiak zaprosił mnie na kawę do cukierni Bliklego. Pamiętam, że idąc na spotkanie, czułem się jak student przed egzaminem z podstaw kultury grecko-rzymskiej i panicznie bałem się kompromitacji. Rozmowę zacząłem więc od wspomnienia wizyty u Hertza. Mówiłem o jego wielkiej pracy nad ciągłością polskiej kultury, religijnym nawróceniu i niepoprawnych politycznie sądach o III RP. Kubiak, którego wcześniej wyobrażałem sobie jako posąg z brązu, odpowiedział ludzkim głosem: – No tak, ale z Pawłem i jemu podobnymi jest pewien problem. Kiedy byli stalinistami, wszyscy dostali luksusowe mieszkania w Warszawie. Później zmienili poglądy, niektórzy autentycznie, i teraz są solidarni z narodem. Ale te stalinowskie salony im zostały. A ludzie, którzy od początku byli niezłomni, gnieżdżą się z rodzinami w odrapanych blokach.

Faktycznie, w 1949 r. Hertz, jako zasłużony redaktor „Kuźnicy”, otrzymał od Polski Ludowej duże mieszkanie w domu przy Iwickiej, które później wymienił na lokal przy Nowym Świecie. Jednak nakreślony przez Kubiaka problem jest głębszy i tylko w niewielkim stopniu dotyczy Hertza. Ten zdążył odkupić swoje winy, a do miejsca w pisarskim panteonie nigdy nie aspirował. Uważał się raczej za strażnika cudzego słowa: antologistę, redaktora, edytora – z pożytkiem dla siebie i innych. Otóż w pakiecie z mieszkaniami stalinowscy pisarze dostali od władzy coś jeszcze: trwałe miejsce w kanonie literackim. Stalinizm wyniósł na piedestał masę lojalnych autorów, wyraźnie przeceniając ich twórczość. Niby komunizm się skończył, a dawne hierarchie przetrwały. Natomiast pisarze, którzy byli niezłomni od początku, w kraju i na emigracji, gnieżdżą się na obrzeżach kultury.

Gdy ostatnio napisałem, że dla Juliana Tuwima nie ma i nie będzie miejsca w polskiej kulturze, ktoś zwrócił mi uwagę, że to nie po chrześcijańsku. Tak jakby chodziło o żywego człowieka, a nie o zbiór tekstów w kanonie lektur. Dowiedziałem się też, że niszczę jedną z nielicznych tradycji, która łączy Polaków. Hmm... Chodzi o wiersze dla dzieci? Zgoda – brzmią wspaniale. Nawet nowojorscy komuniści tak uważali. Gdy w 1942 r. podczas wieców poparcia dla Związku Sowieckiego Tuwim rozpoczynał polityczną mowę, domagali się, żeby recytował „Lokomotywę”. Ale co peerelowski Orfeusz napisał po wojnie oprócz paru odezw i panegiryków na cześć Stalina? Zero, nul, niczewo.

My, Polacy, tak mamy. Lubimy zamiatać pod dywan kłamstwa i kłamstewka, wygodnickie uniki i pracę w aparacie represji, drobne zdrady i wielkie zbrodnie. Zwłaszcza jeśli miały miejsce w przeszłości. Żyjemy w przekonaniu, że dzisiejszy kanon literacki wytworzył się samoistnie jako suma talentów i artystycznego kunsztu. Jego faktyczny twórca, Jerzy Borejsza, musi za Styksem pękać ze śmiechu. Odpieprzcie się od generała. Odpieprzcie się od Szymborskiej-Włodkowej. Odpieprzcie się od Tuwima. Niektórzy myślą w ten sposób przez szacunek dla zastanej tradycji, inni z chrześcijańskiego miłosierdzia (głównie dla siebie samych), jeszcze inni dla świętego spokoju. Tak czy inaczej, pod naszym dywanem narosła przez lata ogromna, grząska kupa gnoju, po której zmuszeni jesteśmy się ślizgać.

Ja ślizgać się dłużej nie zamierzam. Chcę wygarnąć cały ten gnój, żeby polska kultura odzyskała nareszcie równowagę. A w miejscu po Tuwimie i Szymborskiej postawić wybitnych poetów, którzy zasługują na nasz podziw: Kazimierza Wierzyńskiego, Stanisława Balińskiego, Józefa Łobodowskiego, Wacława Iwaniuka, Tadeusza Sułkowskiego, Wojciecha Bąka. Ktoś powie, że trzeba łączyć tradycje, więc autor ody „Do Narodu Radzieckiego” mógłby funkcjonować obok wspomnianych twórców. Ale przed tym on sam wzbraniał się za życia. Niepodległościową inteligencję nazywał w listach „faszystowskimi skurwysynami, którzy ciągle jeszcze prowadzą tzw. krecią robotę”, a gdy wracając do komunistycznego raju, zmuszony był zatrzymać się w Londynie, szukał hotelu „bardzo daleko od Nieprzejednanych, Nieustępliwych, Dumnych, Szlachetnych, Bolesnych a Zaciętych, słowem – od Zasranych”. Wypada spełnić to życzenie.

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

Polska-USA: era koniunktury

Piszę te słowa w Waszyngtonie, w którym są również szefowie resortów obrony i spraw zagranicznych rządu RP. W tym samym czasie prezydent Rzeczypospolitej gości w słynnej wojskowej akademii West Point, zaraz po swoim wystąpieniu na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ-etu. Dzieje się to raptem dwa miesiące po pierwszej bilateralnej wizycie prezydenta USA w Europie – właśnie w Polsce.

Wyniki szczytu NATO w Warszawie były dla naszego państwa znacznie korzystniejsze niż ustalenia szczytu NATO w Newport w 2014 r. Intensyfikacja współpracy militarnej i politycznej, zwiększająca się obecność żołnierzy USA na terenie RP – to wszystko jest przejawem wyjątkowych relacji między Warszawą a Waszyngtonem. Amerykański prezydent mówiący w ONZ-ecie ponownie o Polsce tylko to potwierdza. Bardzo zacieśniając stosunki z Polską, Biały Dom wyraźnie rozluźnia stosunki z Berlinem, a faktycznie wyrzucając do kosza umowę TTIP, czyli o wolnym handlu z UE, przełącza relacje z Brukselą na niższe obroty. Beneficjentem tego jest Rzeczpospolita. Takiej koniunktury nie mieliśmy od stu lat, od czasów patrona placu na warszawskim Żoliborzu – prezydenta Thomasa Woodrowa Wilsona. Wykorzystajmy ją, jak tylko się da!

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

„Zapad-17” jako „szczepionka usypiająca”

Rosyjsko-białoruskie manewry „Zapad-17”, prowadzone w dniach 14–20 września br. przez Zachodni Okręg Wojskowy Federacji Rosyjskiej i armię Białorusi u granic państw bałtyckich, Polski i Ukrainy oprócz wymiaru wojskowego (treningu procedur, sprawdzenia logistyki, rozwinięcia struktur dowodzenia, testowania reakcji NATO itd.) miały, jak zawsze, bardzo istotny wymiar psychologiczno-propagandowy. Splot okoliczności międzynarodowych sprawił, że ten ich wymiar stał się najistotniejszy.

Często powtarzam, że na politykę należy patrzeć jak na film, a nie jak na fotografię. Jej natura jest dynamiczna – zmienna w czasie, i oceny sprzed kilku dni, tygodni czy miesięcy mogą być zdezaktualizowane dalszym biegiem wydarzeń, szczególnie gdy „historia przyspiesza”.

Dynamika sytuacji geostrategicznej

Nie wiemy, czym miały być manewry „Zapad-17” w momencie, gdy je planowano – przed warszawskim szczytem NATO, przed wyborami w USA, przed wdrożeniem decyzji Sojuszu Północnoatlantyckiego o wzmocnieniu jego wschodniej flanki i pojawieniem się oddziałów sprzymierzonych w państwach bałtyckich i w Polsce. Nie wiemy także, czym mogłyby być te manewry, gdyby wystąpił jakiś nadzwyczajny czynnik detonujący w rodzaju np. konfliktu zbrojnego wokół Korei Płn. angażującego siły USA.

Na szczęście wzmocnienie wschodnich rubieży NATO i powrót do Waszyngtonu woli politycznej powstrzymywania Rosji z jednej strony, oraz wspomniany brak „zapalnika” z drugiej spowodowały, że najistotniejszym elementem manewrów „Zapad-17” stał się ich wymiar psychologiczno-propagandowy.

Czym manewry „Zapad-17” nie były

Demonstrowanie rosyjskiej zdolności do rozwinięcia na Białorusi i w zachodnich obwodach Rosji dużej masy wojsk uderzeniowych nie służyło podbojowi Białorusi. Kraj ten jest i tak pod silną kontrolą rosyjską, a w wymiarze wojskowym kontrola ta jest pełna.

Białoruskie wojska aeromobilne i radioelektroniczne są de facto częścią struktury Sił Zbrojnych FR, a brak naczelnego dowódcy białoruskiego lotnictwa wynika z faktu, że rzeczywiste dowodzenie jego siłami ma w swoim ręku Moskwa.

Można sobie wyobrazić scenariusz, w ramach którego Putin odegrałby na Białorusi teatr imperialny „zwycięskiego wkroczenia wojsk witanych przez rozentuzjazmowaną ludność kwiatami i spełniających odwieczne marzenie o jedności dwóch bratnich ludów tworzących w ramach ruskiego miru jeden naród”, ale byłoby to przedstawienie propagandowe, a nie rzeczywisty instrument zdobywania kontroli nad tym krajem. Moskwa nie musi wojskowo podbijać Białorusi, gdyż i tak nią włada. Celem takiego spektaklu byłby raczej efekt propagandowy, skierowany do rosyjskiej opinii publicznej, a nie kosztowne, a praktycznie zbędne, wzmocnienie i bez tego mocnej rosyjskiej kontroli nad Białorusią.

Manewry „Zapad-17” mogły posłużyć do wzmocnienia infrastruktury wojskowej Rosji na terytorium Białorusi, ale i to, nawet jeśli w jakiejś skali nastąpiło, nie było motywem ani celem całej operacji. Jeszcze w 2003 r. Rosja i Białoruś podpisały „Porozumienie o regionalnym zgrupowaniu wojsk”. Na jego mocy Rosja może rozwijać swoją infrastrukturę militarną na Białorusi bez tak demonstracyjnego i kłującego w oczy kontekstu, jak wielkie manewry wojskowe.

Operacja propagandowa

Manewry „Zapad” zawsze pełniły ważną funkcję w wojnie psychologiczno-propagandowej. Po upadku ZSRS i okresie jelcynowskiej „smuty” Putin w 1999 r. wznowił sowiecką praktykę ich przeprowadzania w rytmie co cztery lata. „Zapad-1999” był przede wszystkim lekarstwem na zbolałą rosyjską duszę, cierpiącą „straszne upokorzenia”, wynikające z ówczesnego rozszerzenia NATO o Polskę, Czechy i Węgry i ze złamania przez uderzenie lotnicze jedynego wówczas rosyjskiego sojusznika w Europie poza obszarem postsowieckim – Serbii Miloševicia, której to akcji Moskwa mogła się tylko bezradnie przyglądać, wykonując co najwyżej groteskowy rajd batalionu zmechanizowanego na Prisztinę. (Batalion ów, dotarłszy na miejsce, musiał się zwrócić do NATO o zaopatrzenie, by nie umrzeć z głodu).

Manewry „Zapad” w latach 2009 i 2013 miały zastraszać sąsiadów i demonstrować militarne odrodzenie Rosji, która w 2008 r. w Gruzji brutalną akcją wojskową złamała, trwający od 1989 r., proces nieustannego poszerzania się demokratycznego Zachodu na postsowiecki Wschód. Manewry „Zapad-17” – bez względu na to, jaki był ich pierwotnie planowany cel – ostatecznie stały się przede wszystkim wielką operacją propagandową, której rezultatem ma być uśpienie Zachodu i zdezawuowanie jego budzicieli, czyli Polski, Rumunii, państw bałtyckich, Ukrainy i Skandynawii. Rosja demonstracyjnie ukazywała od początku bieżącego roku wielką skalę przygotowań logistycznych do rzeczonych manewrów, żonglowała liczbą ćwiczących wojsk i epatowała niechęcią do otwarcia się na zagranicznych obserwatorów.Chciała wytworzyć atmosferę utajonego gromadzenia potężnych oddziałów w wielkiej liczbie, a tym samym wywołać alarmistyczne komentarze mediów i polityków w zaniepokojonych państwach ościennych.

(Najdalej w tym kierunku poszedł – co naturalne – już zbrojnie walczący z Moskwą Kijów, ogłaszając ustami swoich prominentnych polityków, że w ramach manewrów „Zapad-17” trenuje nawet do 200 tys. żołnierzy gotowych do inwazji). Teraz, gdy ćwiczenia zakończyły się bez poważniejszych incydentów międzynarodowych, można oczekiwać drugiej części wystawianego „przedstawienia” pod tytułem: „Ośmieszenie histerycznie reagujących Polaków i Bałtów, zaczadzonych historycznie uwarunkowaną rusofobią”. „Sami widzicie” – objaśni zachodnim Europejczykom głos Moskwy – „Ostrzeżenia przed rosyjskim zagrożeniem to wymysł chorych, zakompleksionych umysłów z Warszawy, Bukaresztu, Tallina, Rygi, Wilna, Kijowa itd. – fanatyków religijnych i/lub nacjonalistów, czczących bandytów, strzelających w plecy żołnierzom Armii Wyzwolicielki, która ocaliła świat od nazistowskiej tyranii. Nie wierzcie ich alarmom. Sami widzicie, że nic się nie stało”.

Alarm, który ma uśpić

Zainspirowany przez Moskwę alarm medialno-polityczny, wywołany na wschodniej flance NATO ćwiczeniami „Zapad-17”, był nagłaśniany po to, by tym bardziej okazał się „fałszywy”. Teraz każde następne ostrzeżenie, płynące z naszego regionu do central NATO i UE w Waszyngtonie i Brukseli, a wskazujące na niecne intencje Kremla, będzie wyszydzane przez rosyjską propagandę jako przejaw „rusofobicznej histerii”. Gdyby Rosja w przyszłości uznała, że splot okoliczności międzynarodowych tworzy dla niej okazję do użycia siły przeciw swoim sąsiadom, napływające od nich sygnały o nadchodzącym zagrożeniu „powinny być” przez „stary” Zachód lekceważone, a wiarygodność wyciągających z nich wnioski o narastaniu groźby rosyjskiej agresji podważana właśnie na bazie niesprawdzenia się „ich proroctw” co do znaczenia ćwiczeń „Zapad-17”. We Francji, Niemczech, Włoszech itd. znajdzie się wielu chętnych do dawania ucha suflowanemu im rosyjskiemu obrazowi świata.

Wielokrotne podnoszenie fałszywego alarmu skutkuje obniżeniem czujności alarmowanych, a w końcu jej zupełnym zanikiem. Niszczy też prestiż alarmującego, a zatem minimalizuje wpływ jego ostrzeżeń na politykę innych. Jeśli to nastąpi, Rosja bezwzględnie to wykorzysta i uderzy.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl