Republika TV – rzetelna alternatywa

Filip Blazejowski/Gazeta Polska

Joanna Lichocka

Dziennikarka telewizyjna, publicystka, autorka filmów dokumentalnych, posłanka na Sejm, od 2016 r. członek Rady Mediów Narodowych.

Kontakt z autorem

Gra toczy się o to, by zmienić kształt Polski. (…) I nie chodzi o umowne 30 proc. opinii publicznej. Chodzi o zdecydowaną większość Polaków, którym usiłuje się narzucić obce im poglądy – komentuje jeden z celów powstania telewizji Republika TV w rozmowie z „Gazetą Polską” Bronisław Wildstein. Z publicystą rozmawia Joanna Lichocka.

Na jakim etapie jest tworzenie telewizji Republika?
Zaczęliśmy półtora miesiąca temu, a w tej chwili mamy już lokal, kompletujemy zespół, mamy zgromadzone pieniądze, by rozpocząć nadawanie. Trwają też procedury formalne, podpisujemy zobowiązania nadawcze, załatwiamy sprawy techniczne. Liczę, że jeszcze pod koniec lutego będziemy mogli zacząć realizować „program na sucho”, czyli po prostu robić normalny program telewizyjny, taki jak go przewidujemy, ale jeszcze bez emisji. Takie ćwiczenie nadawania, po to, by potem program funkcjonował bez wpadek, zajmuje w wypadku stacji informacyjno-publicystycznych co najmniej pół roku. Zakładam, że w naszym wypadku potrwa to niewiele ponad dwa miesiące.

To by oznaczało, że planujesz start na 1 maja?
Nie chcę niczego ściśle planować ani ogłaszać żadnych dat. Wystartujemy, gdy będziemy gotowi. Nie żyjemy w środowisku, mówiąc eufemistycznie, szczególnie nam przychylnym, możemy więc być pewni, że jeśli podam jakiś termin i z jakichś powodów on się przesunie, to natychmiast zostanie to ogłoszone jako nasza klęska. Już wciąż podaje się, że mamy wystartować 10 kwietnia. Nigdy takiej daty nie podawaliśmy, ale to najwyraźniej nie ma znaczenia.

W takim razie, skąd pojawia się taka data?
To manewr propagandowy, naszym przeciwnikom chodzi o to, byśmy funkcjonowali wizerunkowo jako telewizja „sekty smoleńskiej”. My oczywiście katastrofą w Smoleńsku będziemy się zajmowali, bo to jest bardzo ważna sprawa, i będziemy o tym mówili tyle, ile trzeba, by dobrze informować o związanych z tą sprawą kwestiach. Ale będziemy też zajmować się wszystkimi innymi sprawami. Chcemy stworzyć dobrą telewizję publicystyczno-informacyjną, która wreszcie stanie się alternatywą dla jednobrzmiącego chóru, jaki jest w obecnie działających stacjach. Nie dość, że to chór jednorodny, to jeszcze stronniczy i naruszający elementarne standardy dziennikarskie.

Być może perspektywa powstania niezależnej telewizji skoryguje nieco nachalność propagandową prorządowych stacji. Czy widzisz już, że sama zapowiedź stworzenia telewizji Republika sprawia, że tamte media troszeczkę się reflektują?
Tak daleko jeszcze nie można tego określić, ale mam wrażenie, że w ogóle zaczyna się już coś zmieniać. Może dlatego, że pojawiło się więcej niezależnych mediów, w związku z tym, mówiąc brutalnie, nie można już tak ostentacyjnie kłamać i manipulować. Chociaż z drugiej strony, jak popatrzeć na debatę o związkach partnerskich, to widać cały zestaw manipulacji i naruszania wszelkich możliwych standardów. Jest front propagandowy, który funkcjonuje w mediach elektronicznych i jest wspierany przez gazety i tygodniki głównego nurtu. Z tych mediów nigdy żaden odbiorca nie dowie się, na czym polega ustawa o związkach partnerskich, jakie są argumenty strony przeciwnej. Ba, nawet nie dowie się o istnieniu samych tych argumentów, bo usłyszy, że to wszystko nietolerancja, nienawiść, kołtun. Tym bardziej więc trzeba budować alternatywę.

Oferta mediów niezależnych robi się coraz szersza, a media mainstreamowe skompromitowały się już tak bardzo, że muszą chyba jakoś zareagować. Inaczej będą tracić – i chyba już tracą – widzów.
Mam wrażenie, że już pokazanie ostatnich manifestacji, na przykład tej z okazji Święta Niepodległości, było inne niż rok temu. Oczywiście także było stronnicze, ale mniej więcej przynajmniej został pokazany wymiar tych demonstracji, kłamstwo nie było już tak ostentacyjne. Nie ma wprawdzie jeszcze żadnej stacji telewizyjnej, która by to rzetelnie przedstawiała, ale już w internecie takie relacje można było zobaczyć. Jestem przekonany, że powstanie Republiki zmieni przekaz konkurencji. Jeśli będziemy mieli rzetelne informacje, zmusi to drugą stronę choćby do tego, by z pewnymi faktami się liczyć.

Myślisz, że TVN albo „Wyborcza” postanowią rzetelnie informować?
Tak daleko bym się nie posunął. W każdym razie nie będą mogli tak ostentacyjnie przemilczać faktów, jak ostatnio informacji, że na posiedzeniu komisji sejmowej przedstawiciele prokuratury potwierdzili, że na wraku tupolewa znaleziono trotyl. W jakim głównym serwisie informacyjnym w mediach elektronicznych znalazła się o tym choćby wzmianka? W żadnych.

Czy wiadomo już, jak Polacy będą mogli odbierać telewizję Republika?
Najprawdopodobniej będzie to płatny kanał. Nie mamy pieniędzy i inaczej po prostu nie będziemy funkcjonowali. Najprawdopodobniej będzie to pięć złotych od gniazdka. Każdy, kto będzie chciał odbierać nasz program w ofercie operatora kablówki lub na platformie cyfrowej, będzie musiał właśnie tyle zapłacić miesięcznie, by mieć kanał Republika w ofercie. Tymi pięcioma złotymi będziemy zresztą musieli się podzielić z operatorem kablówki albo platformy satelitarnej. Myślę, że przez pierwszy miesiąc będziemy emitowali program bezpłatnie, żeby widzowie mogli zorientować się, co to jest, a potem zaproponujemy kupno dostępu do kanału. Będziemy też starali się przeprowadzić to najprościej technicznie, jak to będzie możliwe.

Republika zawsze będzie płatną telewizją?
Jesteśmy pewni, że w przyszłości, kiedy się rozwiniemy, będziemy mogli zrezygnować z płatnego nadawania. Republika będzie funkcjonowała jak kanały informacyjne, które istnieją obecnie. Będziemy nadal docierać przez satelity i kablówki, da nam to dostęp do zdecydowanej większości Polaków. Stacja, gdy okrzepnie, będzie żyła tak jak inne telewizje – głównie z reklam, a trochę z opłat, które będzie dostawała od pośredników za umieszczanie Republiki w ich pakiecie. Teraz niestety to nie jest możliwe. Odpłatnie, choć za nieco mniejszą kwotę, będzie można nas także oglądać w internecie.

Rozumiem, że nie obawiasz się, iż KRRiT będzie starała się uniemożliwić start tej telewizji?
Krajowa Rada Radiofonii nic nam zrobić nie może. Złożyliśmy już podanie o zgodę na nadawanie. To koncesja, którą po złożeniu odpowiednich dokumentów powinno się dostać bez przeszkód. Nie ubiegamy się o miejsce na multipleksie, na którym liczba miejsc jest ograniczona. Zgodnie z prawem, jeśli dostarczy się prawidłowo wypełnione dokumenty i uiści odpowiednią opłatę, wydanie zgody na nadawanie jest właściwie automatem. Ale jeśli polskie władze będą usiłowały sabotować powstanie Republiki, to przychodzi nam w sukurs prawo Unii Europejskiej. Zwrócimy się do odpowiedniej instytucji na przykład w Wielkiej Brytanii albo w Holandii – tam te decyzje wydawane są naprawdę automatycznie, nawet jest opisane w prawie, ile dni trwa procedura. Wyślemy dokumenty, zapłacimy parę funtów więcej i będziemy mieć prawo nadawania. Na szczęście pan Dworak ze swoją ekipą, czyli pośrednio prezydent Bronisław Komorowski z premierem Donaldem Tuskiem, nie będą mogli o tym zdecydować.

Ale mogą być jeszcze naciski na środowisko operatorów kablówek.
Nie sądzę, żeby to było możliwe, a zresztą byłoby bezskuteczne, bo i tak mamy duże możliwości nadawania przez satelitę, i tu już nic nie można nam zrobić. Jesteśmy w trakcie rozmów z operatorami, wyrażają bardzo duże zainteresowanie.

Podniosły się głosy obawy, że Republika może być konkurencją dla telewizji Trwam.
To jest nieporozumienie. Media stworzone przez ojca Tadeusza Rydzyka mają przede wszystkim charakter religijny. My będziemy inni, co nie znaczy, że nie będziemy mówili o religii. To wprawdzie dziś jedyna alternatywa dla głównego nurtu w mediach elektronicznych, ale przecież nie jest tak, że widz ogląda wyłącznie jedną telewizję. Bardzo bym chciał oczywiście, by widzowie oglądali w przyszłości wyłącznie Republikę, ale wiem, że jest to mało prawdopodobne – tak jak nie czyta się tylko jednej gazety, tak nie ogląda się tylko jednej stacji. Ale ja bardzo liczę na współpracę z mediami ojca Tadeusza Rydzyka. W ogóle chcę postawić na współpracę ze wszystkimi mediami naszej strony. One mogą ze sobą konkurować i konkurują, to nie jest nic złego, ale nie ma powodu, by konkurencję zmieniać w antagonizm albo wrogość. Chodzi o to, by względy konkurencyjności przekroczyć, aby wspólnie stworzyć przedsięwzięcia, które są większe, ważniejsze. Przykład budowy tej naszej telewizji wiele mówi. Tu są obecne środowiska z większości tygodników tzw. prawej strony, które na co dzień ze sobą konkurują. „Gazeta Polska”, „Do rzeczy”, ale także „W sieci”, bo bracia Karnowscy także będą mieli program w Republice. I inni publicyści i dziennikarze, którzy są krytyczni wobec obecnego status quo w Polsce i rozumieją potrzebę istnienia takiej telewizji. Na co dzień rywalizują w ramach swoich tygodników, co przecież nie oznacza bezpardonowej walki. Tak naprawdę powinniśmy się cieszyć, że tych tytułów jest teraz tak dużo. Natomiast w mediach elektronicznych nie ma ich prawie wcale. Mam nadzieję, że w relacjach z telewizją Trwam wykorzystamy coś, co się modnie nazywa synergią, to znaczy będziemy się nawzajem wspierali. Że będziemy na przykład reklamowali media ojca Rydzyka i pokazywali, co w nich jest interesującego, i spotkamy się ze wzajemnym takim działaniem. Jestem przekonany, że w tej sprawie się porozumiemy. Tak jak byliśmy w stanie wszyscy porozumieć się, tworząc Republikę. Mamy świadomość, że gra toczy się o dużo większą stawkę i chodzi o coś większego.

Bo kanał w kablówce to coś więcej niż kilka tygodników?
Gra toczy się o to, by zmienić kształt Polski. Trzeba odbudować prawdziwy pluralizm, żeby odbudować demokrację. Bo teraz nie ma ani pluralizmu, ani demokracji – jesteśmy spychani, próbuje się nas wypchnąć poza margines debaty. I nie chodzi o umowne 30 proc. opinii publicznej. Chodzi o zdecydowaną większość Polaków, którym usiłuje się narzucić obce im poglądy. Otóż my się nie damy. To są działania, które mają służyć przywróceniu zasad demokratycznych i odbudowie postaw obywatelskich. Nieprzypadkowo nazwaliśmy się Republika – chodzi nam o dobro wspólne, telewizja ma być środkiem, by odbudowywać takie pojmowanie rzeczy. Mimo że wszędzie funkcjonują hasła jak sztandary – debata, pluralizm, wielogłosowość, wreszcie demokracja – to są to tylko hasła. W praktyce pluralizmu nie ma, a bez niego demokracja nie istnieje.

Zatem Republika mogłaby mieć motto – głos wolny, wolność ubezpieczający.
Dokładnie tak, to ma być głos obywateli, którzy nie obawiają się być wolnymi. Głos Polaków. Liczymy na ich pomoc, mamy nadzieję, że będą chcieli nas kupować, że będą kupować nasze akcje, gdy będziemy funkcjonować na giełdzie, na rynku new connect. To umożliwi nam lepsze funkcjonowanie. Ale liczymy też na interaktywność, chcemy współpracować z wieloma środowiskami, także lokalnymi, obywatelskimi. Mam nadzieję, że to wszystko stworzy nową jakość. Będziemy głosem Polaków. To wszystko, co jest wypchnięte z debaty – wróci do niej.

Wywiad Joanny Lichockiej z Bronisławem Wildsteinem ukazał się w aktualnym wydaniu „Gazety Polskiej”

Źródło: Gazeta Polska

Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze
IPN: Będzie apelacja w sprawie dot. Anny…

IPN: Będzie apelacja w sprawie dot. Anny…

Nie żyje ks. infułat Stanisław…

Nie żyje ks. infułat Stanisław…

Ustawa o wydatkach na armię ma być…

Ustawa o wydatkach na armię ma być…

Trzy malarskie perły w Łazienkach…

Trzy malarskie perły w Łazienkach…

Brexit może mieć poważne skutki dla…

Brexit może mieć poważne skutki dla…

IPN: Będzie apelacja w sprawie dot. Anny Walentynowicz

/ ipn.gov.pl

IPN zapowiedział, że odwoła się od sądowego wyroku, który zapadł w procesie dot. zamiaru podania w 1981 r. legendzie NSZZ „Solidarność” Annie Walentynowicz leku, który mógłby zagrozić jej zdrowiu lub życiu. Sąd w Radomiu uniewinnił trzech byłych funkcjonariuszy SB.

Jak poinformowała rzecznik Sądu Okręgowego w Radomiu, Joanna Kaczmarek-Kęsik, uzasadnienie wyroku, który zapadł w lipcu w Radomiu, zostało przesłane zainteresowanym stronom tzn. oskarżycielowi publicznemu, czyli prokuratorowi pionu śledczego Instytutu Pamięci Narodowej, synowi Anny Walentynowicz, Januszowi Walentynowiczowi, który występował w procesie jako oskarżyciel posiłkowy, oraz obrońcy jednego z oskarżonych.

Naczelnik Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie prok. Marcin Gołębiewicz powiedział, że wszystko wskazuje na to, iż po otrzymaniu uzasadnienia prokurator IPN złoży apelację od wyroku Sądu Okręgowego w Radomiu.

Sąd uniewinnił trzech byłych funkcjonariuszy SB w procesie dot. zamiaru podania w 1981 r. Annie Walentynowicz leku, który mógłby zagrozić jej zdrowiu lub życiu. Sędzia uzasadnił decyzję sądu tym, że działania oskarżonych zatrzymały się na fazie przygotowań do podania leku o nazwie Furosemid. 

Dlatego sądowi nie pozostawało nic innego, jak uniewinnienie oskarżonych, bo ich działanie nie przeszło w fazę dalszą, którą można by uznać za usiłowanie, mogące podlegać odpowiedzialności karnej 
– wyjaśnił przewodniczący składu orzekającego.

Furosemid miała podać Annie Walentynowicz znajoma z Radomia, która – jak się okazało po latach – była tajnym współpracownikiem SB, o pseudonimie „Karol”. Nie doszło do tego jednak, bo Walentynowicz, która miała w Radomiu spotkać się z robotnikami w kilku zakładach, opuściła to miasto wcześniej niż zakładano.

Byłym funkcjonariuszom SB zarzucono popełnienie między 19 a 21 października 1981 r. w Radomiu zbrodni komunistycznej i zbrodni przeciwko ludzkości, polegającej na działaniu w grupie przestępczej i przekroczeniu uprawnień służbowych w związku z opracowaniem i wdrożeniem kombinacji operacyjnej, zmierzającej bezpośrednio do podstępnego podania działaczce NSZZ „Solidarność” Annie Walentynowicz środka farmakologicznego o nazwie Furosemidum. Oskarżonym zarzucono również stosowaniu represji wobec Walentynowicz i prześladowania w związku z jej przynależnością do „S”.

Sprawa była już raz rozpatrywana w radomskim sądzie w 2010 r. i została umorzona. Według sądu w Radomiu, oskarżeni popełnili czyny stanowiące zbrodnię komunistyczną, której karalność się przedawniła. We wrześniu 2011 r. Sąd Apelacyjny w Lublinie uchylił to postanowienie i nakazał ponowne rozpoznanie sprawy przez radomski sąd. Ten zwrócił Instytutowi Pamięci Narodowej akta do uzupełnienia. IPN pracował nad tym trzy lata. Ponownie na wokandę sprawa trafiła w grudniu 2015 r. Wyrok wydano w lipcu.

Jak poinformowała rzecznik radomskiego sądu, w sprawie te zebrano 102 tomy akt, liczących w sumie ponad 20 tys. kart.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Kolejni polscy muzycy usłyszeli zarzut zbiorowego gwałtu. Są w areszcie, wyznaczono wysoką kaucję

/ TryJimmy/pixabay.com

Sąd w Spokane w stanie Waszyngton postawił zarzuty uczestnictwa w zbiorowym gwałcie i porwania kobiety po koncercie w Spokane 31 sierpnia wobec dwóch pozostałych członków polskiej grupy Decapitated. Wyznaczono kaucję w wys. 100 tys. dolarów.

Rafał P. (31 lat) i Hubert W. (31 lat) stanęli wczoraj po raz pierwszy przed sądem w Spokane.

Sędzia John Cooney wyznaczył kaucję w wysokości 100 tys. dolarów USA, nakazał obu mężczyznom oddanie paszportów i wydał zakaz zbliżania się do ofiary po tym, gdy zostanie wpłacona kaucja.

Ma ona wpłynąć do wtorku. Jeśli tak się nie stanie cała czwórka – w tym Wacław K. i Michał Ł., którzy usłyszeli zarzuty jeszcze 15 października – pozostaną w areszcie.

Czterej muzycy, członkowie polskiego zespołu death metalowego Decapitated zostali zatrzymani we wrześniu w Los Angeles. Zarzuca się im zbiorowe zgwałcenie kobiety 31 sierpnia po koncercie w Spokane w stanie Waszyngton.

Jak wskazują udostępnione agencji Associated Press dokumenty sądowe, ofiara domniemanego gwałtu i jej przyjaciółka zeznały policji w Spokane, że przyszły na koncert, a po jego zakończeniu rozmawiały z polskimi muzykami i zostały przez nich zaproszone na drinka do autobusu. Po wejściu tam zrobiło im się niedobrze, a gdy jedna z kobiet chciała skorzystać ze znajdującej się w autobusie toalety, udał się za nią jeden z muzyków.

Według protokołu zeznań, kobieta chciała wypchnąć intruza z toalety, ale ten wykręcił jej rękę i przycisnął do zlewu. W umieszczonym nad zlewem lustrze widziała, że gwałcą ją na zmianę członkowie zespołu. Druga kobieta powiedziała policji, że gwałtu dokonano na jej oczach.

Domniemana ofiara przestępstwa zeznała, że jeden z muzyków pomógł jej się ubrać i wyniósł ją na zewnątrz. Po oddaleniu się od autobusu zadzwoniła na policyjny numer alarmowy. Jednak gdy interweniujący funkcjonariusz dotarł wraz z nią na miejsce koncertu, autobus już odjechał. W trakcie badania w szpitalu u kobiety stwierdzono otarcia ręki wskazujące na jej wykręcanie oraz inne obrażenia.

Adwokat polskich muzyków Steve Graham oświadczył jeszcze we wrześniu, że członkowie Decapitated „zamierzają w pełni podważyć stawiane im zarzuty i są przekonani, że ich argumenty zostaną wysłuchane”. – Mamy świadków, którzy mogą zeznać, że skarżąca przyszła z wizytą do zespołu z własnej nieprzymuszonej woli i rozstała się z nim na przyjacielskiej stopie – oświadczył.

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl