Stalinowski prokurator „tylko" aresztował

Były prokurator wojskowy gen. Marian R. został oskarżony przez pion śledczy IPN-u o niedopełnienie obowiązków, co doprowadziło do bezprawnego pozbawienia wolności 17 działaczy niepodległościowych w latach 1951–1954. Dopuścił się tym samym zbrodni komunistycznej, będącej jednocześnie zbrodnią przeciw ludzkości. Akt oskarżenia trafił do Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie.

Z lakonicznych informacji dowiemy się, że R. ma dziś 93 lata, jest emerytowanym generałem brygady i prawnikiem. W latach 1956–1968 był naczelnym prokuratorem wojskowym. Równolegle do służby w wojsku pracował w Polskim Związku Piłki Nożnej (1960–1978 wiceprezes; 1978––1981 prezes; w 1960 r. został także wiceprezesem CWKS Legia Warszawa), a w latach 1981–1986 w Urzędzie Rady Ministrów. W stan spoczynku przeszedł w 1987 r.

Na ochotnika do UB

Tymczasem Marian R. to słynny generał Marian Ryba, w stanie wojennym wiceszef Centralnej Komisji do Walki ze Spekulacją oraz przewodniczący Centralnej Komisji Specjalnego Postępowania Porządkowego. 13 grudnia 1981 r. jako specjalny wysłannik tow. gen. Jaruzelskiego poinformował abp. Józefa Glempa o zarządzeniach władz. Wcześniej, w latach 1971–1981, w Sztabie Generalnym WP zajmował się „sprawami specjalnymi", m.in. „problematyką rozbrojenia". W latach 1969–1970 był w Korei, a w 1973 r. w Wietnamie. Oczywiste, że należał do PPR-u, a następnie PZPR-u.

Ryba pochodzi z Sosnowca. W czasie okupacji hitlerowskiej przebywał w kilku obozach pracy przymusowej w Niemczech. We wrześniu 1945 r. zgłosił się ochotniczo do UB. Po kursach w Centralnej Szkole Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi został funkcjonariuszem UB w tym mieście. W styczniu 1946 r. przeszedł do prokuratury wojskowej, pracując w Katowicach, Warszawie, Łodzi i Bydgoszczy. Jako wyjątkowo dyspozycyjny był wyznaczany (obok np. Feliksa Aspisa, Kazimierza Graffa, Henryka Ligięzy, Czesława Łapińskiego czy Henryka Szweda) do oskarżania w sprawach politycznych – pisze Joanna Żelazko („Ludowa sprawiedliwość. Skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi 1946–1955). „Zazwyczaj gorliwie wypełniali oni swoje obowiązki, żądając dla oskarżonych wysokich kar. Potwierdzają to sformułowania znajdujące się w stenogramach rozpraw sądowych łódzkiego WSR. Bez długich przemówień, zwięźle, ale stanowczo prokuratorzy wojskowi wnioskowali o »najwyższy wymiar kary«, albo o »surowe i przykładne ukaranie wszystkich oskarżonych«. Bądź bardziej precyzyjnie, jak por. Marian Ryba w czasie procesu oddziału żołnierzy KWP (antykomunistycznego Konspiracyjnego Wojska Polskiego) działających na terenie powiatu sieradzkiego, który prosił sąd o wymierzenie kary śmierci dla Władysława Ograbka i najwyższy, lub przynajmniej surowy, wymiar kary dla jego sześciu współtowarzyszy". Żołnierz niepodległości Władysław Ograbek ps. Łokietek został zamordowany w październiku 1947 r.

Stalinowski oprawca

Ryba brał również udział w sesjach wyjazdowych Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie (często pod przewodnictwem krwawego sędziego Mieczysława Widaja). Nawet za drobne przewinienia wymierzano tam – w trybie doraźnym – drakońskie wyroki, z karą śmierci włącznie. I tak np. 13 stycznia 1947 r. w Ostrowi Mazowieckiej Ryba oskarżał Władysława Kornelewskiego ps. Grunt, Orlicz, żołnierza Narodowej Organizacji Wojskowej i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz jego adiutanta Henryka Olczaka ps. Lew, skazanych następnie na karę śmierci. Oprawcy wykonali wyrok już następnego dnia – 14 stycznia 1947 r. o godz. 11. W ten sposób nawet stalinowskie „prawo" zostało pogwałcone, bo oskarżonym odebrano możliwość wystąpienia do Bieruta o łaskę. 19 listopada 1951 r. w Staroźrebach Ryba żądał najwyższego wymiaru kary dla Edwarda Szałańskiego, żołnierza NZW. Wyrok wykonano 22 grudnia 1951 r. w więzieniu w Płocku o godzinie 21.50.

Nagroda za „służbę"

„Pierwsze 25 lat mojego życia nazwałem »czarną dziurą«" – zwierzał się „Gazecie Wyborczej" w październiku 2010 r., a dziennikarze periodyku nie drążyli tematu. Dalej Ryba opowiadał, jaka przed wojną w domu była bieda, a jego ciągnęło do wielkiego świata – grał w teatrzyku, śpiewał w chórze, kochał książki, a nade wszystko piłkę nożną. I tak, po latach, trafił do PZPN-u.

Bynajmniej nie za działalność sportową Marian Ryba pobiera dziś prawie 6 tys. zł emerytury. Te pieniądze „należą" się mu za 10 lat służby w UB i prokuraturze wojskowej. I choć w stalinizmie podżegał do wielu zbrodni sądowych, IPN oskarża go tylko o stosowanie bezprawnych aresztów.

Autor jest publicystą, szefem działu opinie „Super Expressu", właśnie ukazała się jego nowa książka „Oprawcy. Zbrodnie bez kary"

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Wczytuję komentarze...

„Wojna” z USA na horyzoncie

Dziś Bułgaria kończy swoją prezydencję w Unii Europejskiej. W nocy z soboty na niedzielę formalnie stery w Unii przejmie Austria. Sofia swoje półroczne przewodnictwo w UE zaczęła z impetem.

Szef bułgarskiego rządu Bojko Borisow na swojej pierwszej konferencji prasowej skrytykował pomysły oddawania Polski pod unijny pręgierz i stosowania artykułu 7. Ba, nawet ostro zaatakował szefa Rady Europejskiej Donalda Tuska. Premier Borisow w zasadzie wprost powiedział, że Bułgaria nie chce głosowania w sprawie Polski podczas swojej kadencji w Unii. Tyle że później Bułgaria ulegała naciskom z zewnątrz. Może nawet nie tyle Komisji Europejskiej, ile unijnego rozgrywającego, czyli Niemiec. Na posiedzeniach COREPER, czyli ambasadorów krajów członkowskich UE przy Unii, pod koniec bałkańskiej prezydencji dochodziło wręcz do utarczek między ambasadorami Rzeczpospolitej i Bułgarii.

Nowa oś. Tym razem z... Polską?

Teraz czas na Austrię. Między Warszawą a Wiedniem są sprawy, które nas dzielą, mamy też jednak trochę wspólnych interesów. Nie powinno być jednak złudzeń, które były obecne w polskich mediach oraz po części w obozie rządzącym, gdy premierem tego kraju – najmłodszym w Europie – został dotychczasowy minister spraw zagranicznych naddunajskiego gabinetu i lider austriackiej Partii Ludowej, 32-letni Sebastian Kurz. Uważano wtedy dość naiwnie (pamiętam pytania wielu dziennikarzy), że Wiedeń doszlusuje do Grupy Wyszehradzkiej. Było to typowe myślenie życzeniowe. Austria jest zbyt związana z Niemcami, by pozwolić sobie na taką gwałtowną zmianę sojuszy wewnątrz UE. Potwierdziła to w połowie tego miesiąca wizyta austriackiego premiera w Berlinie i jego bardzo koncyliacyjne spotkania z liderami CDU (kanclerz Angelą Merkel) i CSU (Horstem Seehoferem). Konserwatywnemu Kurzowi bliżej zresztą do bardziej konserwatywnej bawarskiej CSU niż centrowej i nijakiej w sprawach polityki imigracyjnej CDU. A to właśnie stosunek do inwazji imigrantów spoza Europy, głównie muzułmanów, jest czymś, co zbliża Polskę i Austrię. Można sobie
wyobrazić bliską współpracę MSW w Warszawie i Wiedniu, ale choć Kurzowi ideowo będzie bliżej do Morawieckiego, będzie się jednak politycznie bardziej trzymał sukienki Merkel.

Promowana przez najmłodszego szefa rządu w Europie koncepcja „osi chętnych” tworzy nadzieję na wspólny, realistyczny front wobec wyzwań związanych ze współczesną imigracją w Europie. Nie można jednak zapominać o tym, co różni oba nasze kraje. A tą sprawą jest, niestety, kwestia oceny praworządności w Polsce. Sebastian Kurz tuż po objęciu sterów rządu nad Dunajem skrytykował Polskę, zgodnie z obowiązującą w Europie Zachodniej chadecko-liberalno-lewicową polityczną poprawnością. Gdyby doszło do głosowania artykułu 7. na Radzie Europejskiej, to na rodaków cesarza Franciszka Józefa na pewno nie moglibyśmy liczyć.

Co jeszcze łączy Polskę i kraj nowej unijnej prezydencji? Mało kto o tym wie, ale... rolnictwo. A ściślej biorąc to, że zarówno nad Wisłą, jak i nad Dunajem jest procentowo największa w Unii Europejskiej liczba młodych rolników (do 35. roku życia)! Paradoksalnie na trzecim miejscu tej klasyfikacji jest państwo z bardzo niewielkim odsetkiem osób zatrudnionych w rolnictwie, czyli Niemcy (tylko 3 proc. obywateli RFN pracuje w tym sektorze).

Pragmatyzm państw czy ideologia Komisji?

Już pojutrze, w środę, odbędzie się w Brukseli hearing, czyli wysłuchanie w sprawie Polski i artykułu 7. Mało kto w naszym kraju zauważył, że jesteśmy już w nowej sytuacji strukturalno-politycznej. Dotychczas bowiem swoistym „dysponentem” artykułu 7 była Komisja Europejska. Zwykle, przy całym zniuansowaniu, zajmowała ona wobec rządu RP stanowisko bardziej krytyczne niż państwa członkowskie. Tymczasem na środowym wysłuchaniu zjawi się przedstawiciel Komisji Europejskiej (prawdopodobnie „człowiek jednego tematu” Frans Timmermans, który pewnie już do końca swojego życia będzie się kojarzył z antypolską obsesją). Ale reprezentant KE przedstawić ma tylko fakty, a nie dokonywać ocen. Ujrzenie towarzysza Timmermansa z politycznym kneblem na ustach jest rzeczą samą w sobie ciekawą. Głównymi aktorami brukselskiego wysłuchania mają być jednak kraje członkowskie. Oznaczać to będzie znacznie bardziej merytoryczny stosunek do oceny sytuacji w Polsce. O ile Komisja Europejska bywa ideologiczna, o tyle twarde realia polityki międzynarodowej nie pozwalają państwom członkom Unii na brak pragmatyzmu.

Coraz bardziej widać, jak kraje członkowskie UE dzielą się pod względem stosunku do Polski. I tak w awangardzie stawiania Rzeczypospolitej do kąta są państwa Beneluksu: Belgia, Holandia i Luksemburg oraz kraje skandynawskie, zwłaszcza Szwecja oraz Dania, w mniejszym stopniu Finlandia. Najbardziej natomiast możemy liczyć na państwa należące do Grupy Wyszehradzkiej i w nieco mniejszym stopniu na Bałtów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Komisja Europejska wykorzystuje swoje instrumenty nacisku, np. budżetowego, na mniejsze kraje, stawiając sojuszników Polski pod ścianą. Ostatnio najsłabszym ogniwem w tym łańcuchu solidarności z Polską okazała się Łotwa. To dość ryzykowna postawa kraju, który w ostatnich parunastu latach szczególnie intensywnie był oskarżany na forum organizacji międzynarodowych o brak poszanowania dla ludności rosyjskojęzycznej stanowiącej blisko połowę mieszkańców Łotwy. Czyżby Ryga chciała stracić sojusznika stale broniącego go na forum zewnętrznym?

Priorytet dla UE: „wojna” z USA, a nie „wojna” z Polską

Ostatnio jeden z dyplomatów na pl. Schumana w Brukseli, gdzie mieści się Komisja Europejska, zażartował do mnie, że sprawa artykułu 7 będzie się toczyć jeszcze ze 20 lat. I obie strony będą zadowolone: KE, bo nie odpuściła, a Polska, bo wciąż nie została ukarana. A co na to wszystko główni rozgrywający w Unii Europejskiej, Niemcy i Francja? Może to zabrzmieć jak paradoks, ale choć chcą postawienia Rzeczpospolitej, piątego co do wielkości kraju Unii, do politycznego kąta, nie traktują tej sprawy jako głównego wyzwania dla swoich interesów. Dużo bardziej zajmują ich chłodne relacje transatlantyckie. Na razie „zimna wojna” Unii z USA szczególnie osłabia pozycję Angeli Merkel w CDU, w koalicji CDU-CSU, wreszcie w rządzie nad Szprewą. Musi też jednak niepokoić prezydenta Macrona: we Francji może się przez to pogłębić kryzys gospodarczy. A Polska? Na forum unijnym nie dajemy się wciągnąć w żadną antyamerykańską awanturę. U naszych europejskich partnerów wywołuje to zgrzytanie zębów, a czasem nawet ledwo skrywaną wściekłość. Ale to już nie nasz problem.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl