Wynagrodzenia szefów spółek powołanych przed Euro 2012 zostały wyjęte spod ustawy kominowej i są wyższe niż zarobki ministrów. Poza pensjami i nagrodami okresowymi „chłopcy Drzewieckiego” wywalczyli sobie także sowite premie za sukcesy, przy czym pojęcie sukcesu mieści w sobie wszystko, włącznie z monstrualnymi opóźnieniami w budowie i najcięższymi kompromitacjami. Odwołany w atmosferze skandalu po niedoszłym meczu o Superpuchar Polski prezes Rafał Kapler procesuje się dziś o premię za sukces w wysokości 571 tys. zł. Odwołany dziś jego następca Robert Wojtaś dostał niespełna 400 tys. zł premii. I nie ma tu znaczenia, że zbudowany za 2 mld zł stadion jest najdroższym bublem w Europie – ma dach, którego nie można używać, kiedy jest potrzebny, i murawę gorszą niż pastwisko.
Menedżerowie innych państwowych spółek również zarabiają fortuny, a ustawę kominową omijają szerokim łukiem. Za obecnych rządów wymyślono wiele metod drenowania publicznych pieniędzy. Były szef resortu skarbu Aleksander Grad znalazł pracę w spółkach należących do Polskiej Grupy Energetycznej, którą nadzorował jako minister. Od lipca kieruje PGE Energia Jądrowa SA i PGE EJ1 sp. z o.o., które mają zajmować się budową elektrowni atomowej.
Ostatnio Grad ujawnił swoje pobory, bo chciał przerwać plotki, jakoby zarabiał 110 tys. miesięcznie. Faktycznie zarabia niewiele ponad 55 tys. Praca w sektorze jądrowym jest jednak jak marzenie, bo odpowiedzialność na razie jest żadna, nie wiadomo, kiedy zacznie się budowa. Z wypowiedzi obecnego ministra skarbu Mikołaja Budzanowskiego wynika, że dopiero za dwa lata będziemy wiedzieli, kiedy ruszy budowa „atomówki”.
Krzysztof Kilian, szef PGE i zarazem jeden z najbardziej zaufanych ludzi premiera Tuska, stwierdził w ubiegłym tygodniu, że nie można jednocześnie realizować programu łupkowego i budowy elektrowni jądrowych, co zabrzmiało jak sugestia rezygnacji z projektu atomowego. Taka decyzja postawiłaby tamę na rzece pieniędzy, jaka płynie do kieszeni obrotnych menedżerów takich jak Grad, któremu właśnie Kilian płaci co miesiąc 55 tys. zł.
Dziś konkurs na prezesa ogłosiła Enea, kolejna potężna spółka energetyczna kontrolowana przez skarb państwa. Poprzedni szef odszedł nagle ze względów osobistych. Ludzie spoza układu nie mają raczej szans na załapanie się na tę posadę, ale warto wiedzieć, że jest o co walczyć. Rok temu prasa rozpisywała się o wymyślonym w tej firmie sposobie, by płacić zarządcom więcej, niż przewiduje prawo. Zarobki prezesa dzięki temu wzrosły blisko osiem razy i wynosiły 150 tys. zł miesięcznie. Prezes podpisał po prostu kontrakt menedżerski i zaczął pracować też dla innych spółek należących do grupy, których ustawa kominowa nie obowiązuje. Takie procedery są powszechne również w innych państwowych spółkach.
