Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

"Poznaj Świat" z Niezależną: Budapeszt

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Autor:

Portal Niezalezna.pl nawiązał współpracę z najstarszym polskim miesięcznikiem podróżniczo-reportażowym "Poznaj Świat".

Publikujemy dziś fragment tekstu z tego magazynu, poświęcony Budapesztowi, z którym Czytelnicy "Gazety Polskiej" i Niezalezna wiążą tyle ciepłych wspomnień.

Zachęcamy jednocześnie do odwiedzin strony internetowej czasopisma poznaj-swiat.pl.




BUDAPESZT - MOWA POMNIKÓW
Marcin Kołpanowicz

Przez całe stulecia była czymś więcej niż królewskim nakryciem głowy. W świadomości Węgrów nie tylko gwarantuje ona istnienie państwa, ale posiada siłę mistyczną. Była traktowana niemal jak osoba, i to osoba ważniejsza niż wymienne persony królów. Korona świętego Stefana…

Trudno zliczyć, ile razy Szent Korona, czyli Korona Święta, była kradziona, ukrywana, przewożona, zakopywana i odkopywana. Jak poucza przez słuchawki wirtualna przewodniczka w kursującym ulicami Budapesztu autokarze Hop In Hop Off – święty Stefan, król Węgier, poprosił papieża Sylwestra II o koronę. Ale ten „miał tylko jedną, przeznaczoną dla kogo innego”. Tak przynajmniej brzmi to w polskiej wersji językowej, a pewna nieprecyzyjność tego sformułowania wiąże się może z faktem, że owym zagadkowym „kim innym” był Bolesław Chrobry, a Stefan sprzątnął mu koronę sprzed nosa.

Tysiąc lat idei „bratanków”

Może to i lepiej, bo nasze regalia zostały skradzione z Wawelu przez Prusaków w 1795 r., a następnie przetopione. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że korona świętego Stefana podzieliłaby ich los i nie znajdowałaby się dziś w sali budapeszteńskiego parlamentu. Pod najwyższą kopułą spoczywa strzeżona przez uzbrojonych żołnierzy, którzy co godzina okrążają ją defiladowym krokiem.

Młody Węgier, przysłuchując się naszej rozmowie w sali kopułowej, zapytał po angielsku, czy jesteśmy Polakami. Gdy potwierdziliśmy, wygłosił z triumfalnym uśmiechem: „Polak, Węgier, dwa bratanki!”. Odpowiedzieliśmy natychmiast: „Lendziel, Madziar, kyjt jou borat!” – i na tym nasza przyjacielska rozmowa się zakończyła, bo tutaj też kończyły się nasze umiejętności językowe.

Przysłowie pochodzi prawdopodobnie z czasów konfederacji barskiej, jednak jego korzenie sięgają roku tysięcznego, kiedy to sprawa korony nie osłabiła wzajemnej sympatii naszych narodów. Pisał Paweł Jasienica, że król Stefan był synem Adelajdy Białej Knegini, bardzo wojowniczej damy, siostry lub córki Mieszka I, a zatem bliższej lub dalszej krewnej Chrobrego. Wynika z tego, że już w roku 1000 władcy naszych krajów mogli być kuzynami, a więc idea „bratanków” ma bardzo dawne korzenie. Stefan wsparł zresztą militarnie Bolesława, gdy ten ruszył z wyprawą na Ruś Kijowską, co uznać można za pierwsze z wielu polsko-węgierskich przedsięwzięć wojskowych.

Nie do końca legalny sposób, w jaki korona dostała się w ręce świętego Stefana, zaciążył chyba na jej późniejszych losach. Podczas najazdów Mongołów przechowywana była na chorwackiej wyspie Trau, potem dostała się w ręce Wacława Czeskiego, następnie wojewody siedmiogrodzkiego Laszlo. Po powrocie na Węgry została wykradziona do Austrii, po czym padła łupem Sulejmana Wspaniałego, sułtana tureckiego. Następne przystanki to Wiedeń, Praga, Pressburg (Bratysława), ponownie Budapeszt, a nawet największy skład sztabek złota na świecie – Fort Knox w USA, dokąd z obawy przed Rosjanami wywieziono ją w wielkiej tajemnicy pod koniec II wojny światowej.

Korona, złożona z części bizantyjskiej, z wymalowanymi podobiznami świętych, i z części łacińskiej, czyli zamykających ją kabłąków, prezentuje się imponująco – jedynym śladem niezwykłego tysiącletniego tournée jest lekkie przekrzywienie wieńczącego ją krzyżyka. Wpisana w węgierską konstytucję jako narodowa relikwia, wraz ze swym przekrzywionym krzyżykiem widnieje nad godłem Węgier. Właśnie takie godło znajduje się za fotelem marszałka w głównej sali obrad parlamentu, a po jego dwu stronach umieszczono sześć innych tarcz – to herby rodów królewskich sprawujących władzę na Węgrzech. Pomiędzy nimi przykuwa wzrok biały orzeł Jagiellonów. To na tej sali w 2007 r. jednogłośnie ogłoszono 23 marca dniem przyjaźni węgiersko-polskiej.

Parlament świadkiem historii

Postawiono go w Peszcie. Jest dziełem architekta Imre Steindla i przypomina parlament londyński. Podobnie jak on usytuowany na brzegu rzeki, sprawia wrażenie bardziej przysadzistego i mniej zwartego niż jego odpowiednik nad Tamizą. Gmach wydaje się zbyt ogromny, jak na niespełna 10-milionowy kraj, którym są dzisiejsze Węgry. Jednak na przełomie XIX i XX w., gdy powstawał, służył jako izba posiedzeń wszystkich krajów Korony Świętego Stefana, a obrady austro-węgierskich parlamentarzystów odbywały się na przemian w Wiedniu i Budapeszcie.

Na placu przed parlamentem znajduje się skromna płyta upamiętniająca ofiary rewolucji węgierskiej w 1956 r. Przystanęliśmy obok siwego Węgra, który pochylał się nad nią. Dostrzegł, że też modlimy się za poległych. Być może to skłoniło go, by nas zagadnąć. Opowiedział nam po niemiecku, że jako szesnastolatek wraz z kolegami klasowymi uczestniczył w 1956 r. w demonstracji na tym placu. Kiedy w dochodzących do niego ulicach pojawiły się lufy sowieckich czołgów, ludzie zaczęli w panice uciekać w stronę parlamentu. Węgier pokazał nam dach budynku, z którego Rosjanie otworzyli ogień do tłumu. Co chwila któryś z uciekających padał na ziemię i już się nie podnosił. Zabity został wtedy mój najlepszy przyjaciel i inni koledzy z klasy – zakończył mężczyzna, ocierając rękawem kurtki łzy i szybko odszedł.

Rosjanie zamordowali wówczas ok. 100 osób, a w ciągu całego powstania – 2500. Na wieść o tym w Polsce zorganizowano zbiórkę żywności, lekarstw i krwi. Wartość zebranej spontanicznie przez Polaków pomocy przekroczyła wartość darów przesłanych dla Węgrów przez rząd USA.

W ścianie narożnego budynku przy placu celowo nie zatynkowano dziur wyrwanych przez pociski, a zamocowane w nich kule z brązu przypominają tamte salwy. Nieco dalej, na półokrągłym mostku stanął pomnik przywódcy węgierskiego powstania, Imre Nogy’ego. W palcie i kapeluszu, z przewieszonym przez ramię parasolem, jakby wyszedł na niedzielną przechadzkę, spogląda w stronę placu przed parlamentem. Stracony przez komunistów w 1958 r., pochowany ze spętanymi drutem kolczastym rękami i nogami w grobie przeznaczonym dla kryminalistów, został w 1989 r. ekshumowany i uroczyście pochowany na Placu Bohaterów.

Jego pogrzeb stał się wielką patriotyczną manifestacją. Podczas tej uroczystości pewien brodaty student dorwał się do mikrofonu i wygłosił płomienne, nieuzgodnione z nikim przemówienie, w którym wezwał do wycofania z Węgier wojsk sowieckich. Tym studentem był Victor Orban, obecny premier Węgier.

Dziś jedynym śladem po Sowietach jest stojący pośrodku Placu Wolności (sic!) obelisk, którego szczyt wieńczy pięcioramienna czerwona gwiazda. Od strony parlamentu wychodzi w kierunku obelisku barczysta, energiczna postać – w rozchylonych dłoniach brakuje tylko rewolwerów. To pomnik Ronalda Reagana. Nocą rzęsiście oświetlona sylwetka pogromcy Imperium Zła wymownie kontrastuje z posępnym czarnym słupem z gwiazdą.
 



Całość artykułu w miesięczniku "Poznaj Świat". Zachęcamy naszych Czytelników do odwiedzin strony Poznaj-Swiat.pl



  
 

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane