Polskie sądy chcą zakazać mówienia zarówno prawdy o czasach PRL, jak i o ostatnich latach. Polski wymiar sprawiedliwości robi szczególnie wiele, aby chronić oficerów służb specjalnych, a także ich tajnych współpracowników. Dawnych i obecnych. Ten parasol ochronny polskie sądy roztaczają w majestacie prawa. Każdy, kto ośmieli się publicznie nazywać rzeczy po imieniu, ujawniać sprawy często oczywiste o ludziach związanych ze służbami, kompromitujące ich lub dla nich niewygodne, spotyka się z represjami karnymi bądź finansowymi wymierzonymi przez sąd. Wystarczy, że te oczywiste rzeczy, czasami poparte nawet dokumentami, zostają zaskarżone, można być niemal pewnym, iż sędziowie przyjmą rolę obrońców rzekomo pokrzywdzonych.
Klasycznym przykładem „przyjacielskiej” postawy sądu wobec oficera tajnych służb jest wyrok warszawskiego sądu apelacyjnego w procesie, który były szef WSI gen. Marek Dukaczewski wytoczył posłowi PiS Antoniemu Macierewiczowi. Dla średnio zorientowanego wykształconego mieszkańca Polski, a do takich zaliczyć można polskich sędziów, w tym trzy panie z warszawskiego sądu, jest oczywiste, że Antoni Macierewicz, przyjmując rolę przewodniczącego komisji likwidacyjnej WSI, stał się śmiertelnym wrogiem gen. Dukaczewskiego, szefa tych służb. Pozbawił bowiem samego generała zarówno ogromnie prestiżowej funkcji w ramach struktur odpowiadających za bezpieczeństwo państwa, ocierających się o świat wielkiej polityki, jak i wysokich dochodów finansowych, zapewniających życie jeśli nie w luksusie, to z pewnością w ekonomicznym komforcie. Jestem pewien, że aspiracje gen. Dukaczewskiego przed rozwiązaniem WSI sięgały o wiele wyżej. Media przebąkiwały o możliwości objęcia przez niego wysokiego stanowiska w NATO. I tu nagle, jednym pociągnięciem pióra jakiegoś parlamentarzyny, niejakiego Macierewicza, zawalił się dotychczasowy świat generała. Ktoś na poły nielegalnie – gen. Dukaczewski do dziś uważa, że rozwiązanie WSI było bezprawne – usunął mu grunt spod nóg.
Wytoczony proces jest typową próbą odwetu czy, jak kto woli, otrzymania drobnej choćby satysfakcji za doznane krzywdy. Tylko dlaczego sąd bierze aktywny udział w osobistych porachunkach generała? I w dodatku tak dba o jego interesy. Panie sędzie, które (z urzędu?) mają na nosie okulary Platformy Obywatelskiej, wiedzą z góry, co należy myśleć o takim osobniku jak Antoni Macierewicz i do jakich niecnych posunięć jest on zdolny. Werdykt był więc przesądzony. Trzeba było tylko nieco podretuszować go merytorycznie. Na tym odcinku sędziowie – że się tak o paniach wyrażę – nie popisali się ani kunsztem, ani bystrością. Można nawet ich wysiłki skwitować jako mało udaną interpretację. Po pierwsze z wiadomych tylko sobie powodów uznały, że Macierewicz, wygłaszający krytyczne uwagi o WSI i jego szefie, występował jako osoba prywatna, nie zaś jako urzędnik państwowy. Po wtóre – i ta opinia sądu jest jeszcze bardziej zdumiewająca – nie można czynić szefa danej instytucji odpowiedzialnym za nieprawidłowości, jakie miały w niej miejsce.
W równie drastyczny sposób sąd gdański zakneblował usta znanemu działaczowi opozycji politycznej Krzysztofowi Wyszkowskiemu, który Lecha Wałęsę określił mianem agenta SB. Sąd nakazał Wyszkowskiemu na własny koszt opublikować oświadczenie w TVP i TVN, w którym przyzna, że nazywając Wałęsę agentem SB, mówił nieprawdę. Wypełnienie tego wyroku przez Wyszkowskiego jest nieosiągalne finansowo i rujnuje jego materialną egzystencję. Sąd jednocześnie tym wyrokiem całkowicie zignorował wyniki badań historyków, którzy na podstawie dokumentów twierdzą, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB.
Dodatkowym niepokojem napawa to, że tylko tak niewiele mediów i środowisk protestuje głośno przeciwko krzyczącej niesprawiedliwości, jaka w wielu wypadkach popełniana jest w sądach. Ostatnio udało się zmobilizować kilkaset osób do podpisania apelu w obronie Krzysztofa Wyszkowskiego. Tego rodzaju akcje winny stać się normą w myśl powiedzenia, że kropla drąży skałę.
