Nie ma Polski bez heroizmu

  

Najwyższy czas, by zmienić polski hymn. Nie może być tak, żeby w czasach „nowoczesnego patriotyzmu” Polacy odśpiewywali strofy będące apoteozą zrywów niepodległościowych. Zdecydowanie bardziej do dzisiejszych czasów pasuje „Szła dzieweczka do laseczka”.

Skąd mój sarkazm? Niedawno przebiegła przez media informacja, że senacka komisja kultury chce ustanowić rok 2013 Rokiem Powstania Styczniowego. Natychmiast zareagował Kazimierz Kutz, który stanowczo zaprotestował przeciw tej idei. Uznał ją za niewychowawczą i – jakżeby inaczej – cierpiętniczą. Stwierdził: „Teraz jest pora, aby odrywać się od polskiej martyrologii, zwłaszcza że jest jej w naszym życiu także dzisiaj za dużo”.

Podręcznikowe uproszczenia

Znamienny jest strach polityka sprzyjającego Platformie Obywatelskiej przed martyrologią. Wymowna jest jego ignorancja co do polskiej historii, nie tak znów dawnej. Warto przypomnieć panu Kutzowi, że weterani powstania styczniowego byli w II Rzeczypospolitej ludźmi otoczonymi szczególnym szacunkiem społecznym i obdarzonymi przywilejami ze strony państwa. Piłsudski i jego legioniści w znacznej mierze wychowani byli na legendzie powstania styczniowego, romantycznej tradycji polskości heroicznej, która poświadcza krwią pragnienie niepodległości. Co nie mniej istotne, czyn zbrojny nie przekreślał w polskim myśleniu o niepodległości wagi pracy. Romantyzm pragnień i pozytywizm czynów szedł w parze przez dziesięciolecia. Poświadczają to biografie ludzi takich jak Józef Wybicki, Dezydery Chłapowski czy Kazimierz Pużak. W sposób sztuczny, często karykaturalnie uproszczony, narzucono nam interpretację, przeciwstawiającą zdrowy realpolityczny pragmatyzm rzekomo bezwartościowemu martyrologicznemu kultowi walk o niepodległość. To podręcznikowe uproszczenie gości bezwiednie w wielu głowach, żerują na nim specjaliści od załamywania rąk nad „polską martyrologią”.

Jaruzelski zamiast powstańca warszawskiego

Przywołanie powstania styczniowego i sporu wokół niego może trącić myszką. Ale oto przed nami kolejna rocznica Powstania Warszawskiego. Odżyją okolicznościowe dyskusje i znów usłyszymy sporo zarzutów pod adresem powstańców. Ironia losu: dziś dla wielu Polaków większym patriotą jest „tragiczny ziemianin” gen. Wojciech Jaruzelski niż żołnierze Armii Krajowej, walczący o wolną Warszawę, o wolną Polskę. W perspektywie historycznej i pokoleniowej powstanie styczniowe nie jest wcale tak odległe od Powstania Warszawskiego. Najstarszy uczestnik styczniowej insurekcji, urodzony w 1845 r. Władysław Mamert Wandalli, zmarł w Warszawie w 1942 r. Jego ojciec Konstanty, przybysz z Włoch, walczył o niepodległość Polski w powstaniu listopadowym. Kto nie rozumie znaczenia tej tradycji historycznej, tej wielkiej ciągłości dziejowej, która z okrzykiem „jeszcze Polska nie zginęła” wybrzmiewa w pieśni „Pierwsza brygada” i pieśniach Powstania Warszawskiego, ten niewiele w ogóle rozumie z polskiej tożsamości.

Trzeba powiedzieć bardzo ważną rzecz, którą na ogół przemilczają ludzie o poglądach zbliżonych do poglądów senatora Kutza. Niezależnie od tego, jak oceniamy np. moment wybuchu Powstania Warszawskiego albo czy stawiamy pytanie, czy zrywy nasze były odpowiednio przygotowane, to łatwo te sprawy dyskutować z bezpiecznego dystansu. Jednak w ogniu wydarzeń, w zawierusze dziejów ich bezpośredni uczestnicy muszą stawić czoła otaczającej rzeczywistości, wszystkim jej okolicznościom. Dziś mamy większą wiedzę choćby o perfidii Stalina i obojętności naszych zachodnich aliantów na sprawę polską. Jednak Polacy nie walczyli po to, by bezsensownie przelewać krew, nie dlatego, że chcieli rzekomo dać upust swoim cierpiętniczym emocjom. Walczyli, nieraz beznadziejnie, lecz heroicznie, bo widzieli możność po temu, by wybić się na niepodległość, bo świtała im „jutrzenka swobody”. Walczono nie po to, by ginąć, lecz po to, by zwyciężyć, umierano nie po to, by umrzeć, ale ponieważ była to najbardziej okrutna konsekwencja czynu zbrojnego. Walczono nie po to, by ujrzeć Warszawę w gruzach, ale po to, by dać jej wolność i dać świadectwo, że „jeszcze Polska nie zginęła”, by wreszcie poświadczyć swoją niezłomność i pragnienie narodowej suwerenności.

Próba wykastrowania heroizmu

„Tu należy zrobić historyczny przytyk, że niejeden folksdojcz był real-politik” – śpiewał niegdyś Jan Krzysztof Kelus. Odnoszę wrażenie, że w krytykach naszych narodowych zrywów zbrojnych brzmi złowroga nuta tego typu „realnej polityki”, która jest przede wszystkim znakiem konformizmu, lokajstwa wobec silniejszych i zapomnienia o polskim heroizmie. Wszystko to nosi znamiona racjonalności: nie trzeba było walczyć, trzeba było się układać. Trudno zrozumieć niektórym, że dla tożsamości wielu pokoleń Polaków takie poddaństwo było czymś haniebnym, moralną klęską, że radykalizm czynu zbrojnego był naturalną konsekwencją niezgody na byt w niewoli. Mickiewiczowska fraza z „Reduty Ordona” skierowana przeciw carowi Rosji jest tu znamienna. I nie przebrzmiała w życiu kolejnych pokoleń, nie przebrzmiała, choć cesarstwo przepoczwarzyło się w Rosję sowiecką, a po trzech zaborach nastąpił czwarty: „Mocarzu, jak Bóg silny, jak szatan złośliwy, / Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże, / Gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, – / Warszawa jedna twojej mocy się urąga, / Podnosi na cię rękę i koronę ściąga, / Koronę Kazimierzów, Chrobrych z twojej głowy, / Boś ją ukradł i skrwawił, synu Wasilowy!”. A trzeba pamiętać, że Powstanie Warszawskie, choć bezpośrednio skierowane przeciw przegrywającym na wszystkich frontach Niemcom, pośrednio miało pokazać Stalinowi, że jego wojska weszły na ziemię, która wie i pamięta, kto ją ciemiężył przez ponad 100 lat.

Nie można oddać polskiej historii w ręce ludzi, którzy chcieliby ją wykastrować z heroizmu. Nie można godzić się na takie opisy naszych dziejów, które w apoteozie czynu niepodległościowego widzą tylko cierpiętnictwo i przelaną beznadziejnie krew. Nie ma Polski bez heroizmu.



Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą Deon.pl, członkiem zespołu „Pressji”

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

70 proc. Wenecji znów pod wodą

Zdjęcie ilustracyjne / youtube.com/print screen

  

70 procent obszaru historycznego centrum Wenecji znalazło się dziś pod wodą, gdy fala przypływu osiągnęła przed południem wysoki poziom 154 centymetrów. Woda powoduje kolejne szkody po katastrofalnej powodzi, do jakiej doszło we wtorek.

Około godziny 11.30 woda podniosła się do poziomu 154 cm, po czym zaczęła powoli opadać. Przed nadejściem fali rozległy się syreny alarmowe.

Całkowicie zalany jest plac świętego Marka, który został rano zamknięty w ramach działań prewencyjnych.

Życie w mieście jest sparaliżowane kolejny dzień z rzędu. Wstrzymano ruch wszystkich tramwajów wodnych, czyli podstawowego środka transportu dla mieszkańców i turystów. Zamknięte są szkoły. Niektóre rejony centrum niemal opustoszały.

[polecam:https://niezalezna.pl/297383-najwieksza-od-ponad-pol-wieku-powodz-w-wenecji-pod-woda-70-proc-miasta]

W Wenecji obowiązuje stan kryzysowy. Specjalnym komisarzem został mianowany przez rząd burmistrz Luigi Brugnaro.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl