Pierwszym podejrzanym jest zawsze ten, kto na sprawie korzysta. W tym więc wypadku szef PSL-u Waldemar Pawlak. Osoba z jego otoczenia mówi nam, że wicepremier zyskał na dymisji ministra rolnictwa Marka Sawickiego, który był dla niego groźnym rywalem w jesiennych wyborach na szefa partii. Działacze z dołów partyjnych mają bowiem się żalić w prywatnych rozmowach, że Pawlak „ostatnio zbyt mało pomaga kolegom”, więc niewiele zyskują na trwaniu przy obecnym szefie partii.
Jak się dowiedzieliśmy, także część czołowych polityków stronnictwa ma żal do prezesa, że nie jest twardszy wobec PO. Nie podoba się im, że PSL przestało dbać o interesy chłopów i popiera antykościelne działania koalicjanta, co może w rezultacie zmieść ludowców ze sceny politycznej. To Mirosław Pawlak, Eugeniusz Kłopotek, Jarosław Górczyński, Zbigniew Sosnowski i Franciszek Stefaniuk.
– Ten, kto montował tę aferę, zdawał sobie sprawę, że uderzy w wizerunek PSL-u, ale będzie gwarantem ciągłości władzy Pawlaka – uważa politolog dr Wojciech Jabłoński.
Chociaż powyższy scenariusz wydaje się prawdopodobny, Waldemar Pawlak jest jednak politykiem z 20-letnim doświadczeniem. Czy pozwoliłby sobie na ruch, który automatycznie stawia go w pozycji winnego?
– Niewykluczone, że to wyrafinowany ruch kogoś trzeciego, kto wyeliminował z polityki Sawickiego i zwalił winę na Pawlaka. Warto więc patrzeć, kto będzie próbował zająć silną pozycję w partii po byłym już ministrze rolnictwa – mówi politolog dr Olgierd Annusewicz.
Na aferze zyskał jednak nie tylko Pawlak, ale zdaniem polityków także premier Donald Tusk. – Zgodnie ze starą zasadą „dziel i rządź” Tusk zapanował nad sytuacją, która ostatnimi czasy wymykała się mu spod kontroli – uważa poseł Joachim Brudziński. Antoni Macierewicz uważa, że ta afera to także zasłona dymna, za którą ukrywa się wciąż niewyjaśniona kwestia tego, że premier kłamał podczas przesłuchania przez prokuraturę ws. rozdzielenia wizyt w Katyniu.
Po ujawnieniu taśm w kuluarach zastanawiano się nie tylko nad tym, kto stał za aferą, ale dlaczego taśmy trafiły akurat do redakcji „Pulsu Biznesu”. Przyjmując hipotezę, że taśmy wypuścił jednak ktoś z PO, nasi rozmówcy zwracają uwagę na dobre kontakty redakcji „PB” ze służbami specjalnymi kontrolowanymi przez rząd.
Pierwszym naczelnym „PB”, a potem dyrektorem wydawniczym był Andrzej Nierychło. Jak ujawniła „Misja specjalna”, był on w 1978 r. zarejestrowany przez wojskowe służby specjalne PRL-u jako TW „Sąsiad”. Nierychło zaprzeczył temu, nazywając te informacje nonsensownymi. W styczniu 2012 r. uczestniczył w imprezie z okazji 15-lecia gazety.
