Kiedy można zacząć zrzędzić na Euro? Czy właściwe pretensje już się zaczęły?
Partie opozycyjne zaplanowały temat rozliczania Euro na pierwsze dni po finale mistrzostw. Kiedy jedna część Polski leczyła kaca, a druga jeszcze była w patriotyczno-jarmarcznym uniesieniu i odczuwała na sobie wzrok zachwyconej Europy i te pochwalne teksty, i jeszcze ładne billboardy.
Marketingowcy mówią, że takie wydarzenia żyją jeszcze w poczciwych duszach przez trzy tygodnie od zakończenia. Potem emocje są już wyblakłe i pojawia się albo zobojętnienie, albo wkurzenie. Na oba scenariusze powinna być gotowa opozycja.
Najłatwiej byłoby oczywiście z wkurzeniem. Obywatelskie wkurzenie może przybrać polityczną formę i doprowadzić do politycznej zmiany. Stąd znana prawidłowość, że rządzący krajów, które ponoszą sportowe porażki, mają problem z utrzymaniem się przy władzy. Tylko czy Polska poniosła sportową porażkę? Niby tak. Ale przeważyły nad nią argumenty o wizerunkowych korzyściach z samego faktu organizacji mistrzostw. Nie najlepsza gra reprezentacji i ta odrobina wstydu, który mógł jej towarzyszyć, została złożona w ofierze ku przebłaganiu europejskich bogów.
Tu trzeba przyznać Tuskowi, że udała się mu skomplikowana gra z przyjaciółmi rosyjskimi, którzy bardzo chcieli awantury. Starcie było, ale nie tak straszne, jak oczekiwaliby mocodawcy i szybko o nim zapomniano. W takim wypadku wkurzenia nie będzie. Ani brak autostrad, ani plajtujące firmy budowlane – o ile mówić się będzie o nich w kontekście Euro – nie doprowadzą do politycznej zmiany.
Ale sekret zmiany jest gdzie indziej – nie we wkurzeniu, ale w znużeniu. Platforma postanowiła sprzedawać swoją niby-politykę na podobieństwo zwykłego towaru. Wylansowała się jak modna sieć sklepów odzieżowych. Sukces Euro zaś to jedna z jej kolekcji. Kolekcja wiosna-lato już się zużywa, bo nadchodzi jesień. Czy w tym sezonie PO znów będzie modna? Czy uda się jej wylansować własny pomysł na ubranie Polaków w niby-politykę?
Ktoś powie, że mając media – tak. Jak się ma media, można zrobić wszystko. A nie jest tak do końca. Gdyby tak było, nie upadałyby wielkie sieci odzieżowe. Zagrożeniem dla nich są nie tylko kryzysy finansowe, ale też zwykłe zmiany mody. Przede wszystkim zaś znużenie.
Polityczna apatia większości Polaków dotychczas była sojusznikiem PO. Teraz zacznie być jej wrogiem największym. Wygaszenie debaty zemści się na niej okrutnie, a sprowadzenie siebie do roli marki odzieżowej sprowokuje klapę. Jaki więc los czeka Platformę? Taki jak białe kozaczki, niegdyś obiekt westchnień nastolatek, później symbol największego obciachu. Spotka ją los disco polo. Nawet ci, którzy pląsali przy „Majteczkach w kropeczki”, po kilku latach na pytanie o słuchaną muzykę, odpowiadali, że lubią każdą z wyjątkiem disco polo.
I jeśli będziemy szukali takiego symbolu platformerskiego obciachu, to znajdziemy go w Stadionie Narodowym, gdy z komórek wykasowane zostaną już dumne zdjęcia na tle naszego osiągnięcia stulecia. Gdy zaczną się niepokojące pytania, co można było w Warszawie zrobić za te same pieniądze.
Siła upadku PO będzie tym większa, im bardziej „modna” swego czasu była. Dziś wydaje się to niewiarygodne, ale o Tusku ludzie będą chcieli wreszcie zapomnieć. A wspomnienie głosu oddanego na Platformę zakończy się rumieńcem.
