Komisja Millera sfałszowała raport smoleński

Eksperci smoleńskiego zespołu parlamentarnego odkryli, że komisja Millera sfałszowała własny raport dotyczący katastrofy. A konkretnie zawierający wizualizację załącznik, który miał przedstawić dane z wysokościomierzy zsynchronizowane z pozycją samolotu. Wbrew parametrom lotu komisja podała, że tupolew przeciął brzozę na wysokości ok. 5 metrów, choć faktycznie leciał wtedy ponad 20 metrów nad ziemią. Szef zespołu parlamentarnego Antoni Macierewicz zapowiedział złożenie zawiadomienia do prokuratury o sfałszowaniu dokumentu państwowego i działaniu na szkodę śledztwa (raport komisji jest dowodem w postępowaniu prokuratury).

Tupolew leciał niebezpiecznie nisko nad ziemią. Gdy zaczął się lekko wznosić, wyrosła przed nim samotna, gigantyczna brzoza. Samolot już nie zdążył odbić, ściął ją w połowie, po czym zmienił kurs, zrobił półbeczkę i rozbił się.

Taką wizję katastrofy w Smoleńsku zobaczyliśmy na wizualizacji przedstawionej w zeszłym roku przez komisję Jerzego Millera. Wizualizacja wyglądała profesjonalnie i przekonująco. Poza animacją samolotu lecącego nad ziemią pokazywała położenie wolanta, dźwigni sterowania oraz zmieniające się wraz z ruchem samolotu wskaźniki trzech wysokościomierzy – dwóch barycznych i jednego radiowego.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby zespół parlamentarny Antoniego Macierewicza i jego ekspert z Maryland w USA, prof. Kazimierz Nowaczyk, nie wzięli wizualizacji pod lupę.

Pod lupą amerykańskiego eksperta

Wizualizacja ostatnich minut lotu tupolewa stanowi jeden z ośmiu załączników do raportu końcowego komisji Millera. Animowaną prezentację potraktowano początkowo jako atrakcyjny dodatek mający wzmocnić przekaz na konferencji prasowej, zorganizowanej na zakończenie pracy komisji. Tymczasem okazała się bezcennym źródłem informacji. W dodatku źródłem, które jest integralną częścią dokumentu rządowego.

To właśnie dokładna analiza wizualizacji ostatecznie potwierdziła wcześniejsze ustalenia zespołu parlamentarnego, że tupolew wiozący prezydenta i 95 innych osobistości – wbrew temu, co głosił rosyjski MAK i sama komisja Millera – nie zderzył się skrzydłem z brzozą ani nie zmienił trajektorii lotu aż do punktu, w którym odezwał się ukrywany wcześniej TAWS 38. Wizualizacja dostarczyła także prof. Nowaczykowi dowody na to, że raport komisji Millera został sfałszowany.

Co zawiera wizualizacja

W wizualizacji ważniejsze od widoku lecącego samolotu okazały się parametry wysokości podawane na trzech wysokościomierzach. Dwa baryczne pokazują wysokość nad poziomem pasa startowego. Pierwszy wysokościomierz baryczny (wskaźnik elektroniczny zintegrowany z centralą danych aerodynamicznych, wskazuje wysokość barometryczną bezwzględną lub względną, współpracuje z systemami TAWS i FMS) podaje wartości w stopach. Drugi (wskaźnik wysokości barometrycznej z kompletu systemu sygnałów powietrznych) – w metrach. A trzeci to radiowysokościomierz wskazujący rzeczywistą wysokość nad ziemią.

Dane do wysokościomierzy pokazanych na wizualizacji zostały wprowadzone przez samą komisję Millera na podstawie zapisów skrzynki parametrów lotu za pomocą specjalnego programu. Co do wiarygodności danych upewniliśmy się u wiceszefa komisji, obecnego przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, Macieja Laska. Zapytaliśmy go, czy wszystkie dane zaprezentowane w wizualizacji przedstawionej w raporcie tzw. komisji Millera oparte są na prawdziwych parametrach lotu Tu-154M 101. Odpowiedź jest krótka: tak – odparł Maciej Lasek. – Wizualizacja powstała na podstawie zapisów zawartych w obiektywnych źródłach rejestracji, tj. FDR, QAR, CVR oraz urządzeń, które nie były rejestratorami, ale miały możliwość rejestracji pewnych ograniczonych danych jak TAWS i FMS – dodał.

To te parametry zaprzeczają wnioskom raportu i animacji stanowiącej główną część wizualizacji, że tupolew złamał brzozę, ścinając ją na wysokości 5,1 m. Jak widać na stopklatce wizualizacji, w momencie uderzenia w brzozę lewy wysokościomierz baryczny wskazywał 591 stóp. W przeliczeniu na metry (180 m) i po korekcie uwzględniającej przestawienie przez I pilota wysokościomierza barycznego na inną wartość parę minut przed katastrofą (odejmujemy 168 m) daje to wysokość nad poziomem pasa startowego, na jakiej znajdował się tupolew – czyli 12 m. Podobną wysokość podaje drugi wysokościomierz baryczny. Do tego trzeba dodać 8,3 m różnicy wynikającej z nachylenia zbocza (brzoza znajdowała się 8,3 m niżej), co pozwala nam obliczyć, na jakiej wysokości nad ziemią znajdowała się maszyna – 20,3 m.

Eksperci zespołu parlamentarnego stwierdzili, że według trajektorii poprowadzonej na podstawie wizualizacji Komisji Badania Wypadków Lotniczych minimalna wysokość, na jakiej znalazł się samolot, wynosiła 18 metrów ponad ziemią. Nie mógł też utracić fragmentu lewego skrzydła w zderzeniu z brzozą, bo leciał wtedy 20 metrów nad ziemią.

– Wysokość baryczna z dwóch wysokościomierzy jest taka sama. Co więcej, pokrywa się z wcześniejszymi badaniami zespołu parlamentarnego – mówi w rozmowie z „Gazetą Polską” prof. Kazimierz Nowaczyk. – Dowód na fałszerstwo raportu został przeprowadzony na podstawie danych samej komisji ministra Jerzego Millera – podkreśla.

Utajnione parametry

Przypomnijmy, że parametry lotu są do dziś objęte tajemnicą. Jak podczas konferencji specjalistów lotnictwa w Kazimierzu mówił szef podkomisji technicznej komisji Millera Piotr Lipiec: „Obliczenia prowadzi się na danych cyfrowych. Dane cyfrowe znajdują się w trzech miejscach. Są to: MAK, Komisja Wojskowa, czyli w tej chwili MON, i prokuratura. I jeżeli ktokolwiek powie, że posiada dane cyfrowe, to należy natychmiast wykonać telefon do ABW. Powiedzmy sobie szczerze, tak to wygląda”.

Komisja Millera, podobnie jak MAK, robiła wszystko, by nie podawać szczegółowych parametrów. Punkt, gdzie odezwał się TAWS 38 (czyli rodzaj alarmu sygnalizującego, że sensory na goleniach kół odnotowały silne uderzenie typowe dla zderzenia kół z ziemią przy lądowaniu), został przez komisję Millera prymitywnie zamazany – bo do tezy MAK nie pasowało, że gdy odezwał się TAWS 38, samolot był na wysokości... ok. 30 m (jego golenie nie mogły więc odnotować uderzenia kołami o ziemię).

Całość artykułu w najbliższym wydaniu tygodnika “Gazeta Polska”



Udostępnij

Wczytuję komentarze...
Najnowsze

Chce wykupić Twittera, żeby… zablokować…

USA: wielka wygrana na loterii

Przesłuchują mężczyznę, przez którego…

Groził wysadzeniem Sejmu - zatrzymany przez…

Z powodu zagrożenia terrorystycznego…

Co trzecia młoda firma upada w ciągu pierwszego roku

pixabay.com

W I półroczu 2017 roku ogłoszono informacje o niewypłacalności 418 przedsiębiorstw – wynika z analizy Euler Hermes. To 15-proc. wzrost względem I połowy 2016 roku.

Upadają zwykle młode firmy: po pierwszym roku działalności upada 30 proc., a po 5 latach – 70 proc. małych i średnich firm. Problemem jest duża konkurencja i bardzo niska rentowność, niezależnie od sektora na poziomie 1–1,5 proc. od obrotu. W takich warunkach każda zaległość w płatnościach może oznaczać dla firm być albo nie być. W opinii ekspertów ryzyko dla firm – mimo wzrostu gospodarczego – będzie rosło.

W 2017 roku upadło do tej pory o 15 proc. więcej firm niż w porównywalnym okresie 2016 roku. Jest to dość duży skok i wyraźna zmiana trendu. Do ubiegłego roku mieliśmy do czynienia ze spadkiem liczby upadłości rok do roku i taki trend utrzymywał się przez kilka ostatnich lat. Widzimy wyraźną zmianę nie tylko co do kierunku, lecz także co do siły trendu 

– podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu ds. oceny ryzyka w Euler Hermes.

Z analizy Euler Hermes wynika, że w I półroczu 2017 roku niewypłacalność ogłosiło 418 przedsiębiorstw przy 362 w analogicznym okresie 2016 roku. Niewypłacalność wzrosła przede wszystkim w sektorze produkcji (o 24 proc.), hurcie (o 21 proc.) i transporcie (o 18 proc.). O 3 proc. wzrosła też niewypłacalność firm z branży budownictwa. Mimo że do końca maja 2017 roku wartość rynku budowlanego wzrosła o 4,5 proc. rdr., to w 2016 roku w tym samym czasie spadła o 12,5 proc.

W budownictwie, które powinno prosperować świetnie ze względu na środki unijne w infrastrukturze i boom w inwestycjach mieszkaniowych, liczba upadłości rośnie. Co więcej, upadają firmy, które mają zlecenia, kontrakty i je realizują. Wydawałoby się to zupełnie bez sensu, ale te firmy pozyskały kontrakty po cenach nieadekwatnych do tego, po ile mogą je obecnie zrealizować

 – mówi Starus.

W trudnej sytuacji są przede wszystkim młode firmy z sektora małych i średnich. Statystyki wskazują, że w pierwszym roku działalności upada 30 proc., a po 5 latach – ponad 70 proc.

Młode firmy, które dopiero co powstają i zaczynają działalność, zwykle lokują się tam, gdzie są niskie bariery wejścia. Jeśli łatwo jest zacząć działalność, mamy do czynienia z dużą liczbą podmiotów wchodzących na rynek, a zatem z dużą konkurencją, więc co do zasady większy odsetek firm nie przetrwa, bo nie poradzi sobie z tą konkurencją. Do tego dochodzą takie czynniki jak organicznie niska w Polsce rentowność firm 

– tłumaczy ekspert.

Bardzo niska rentowność polskich przedsiębiorstw, która niezależnie od sektora działalności wynosi 1–1,5 proc. od obrotu, oznacza, że nawet bieżące obroty i płynność finansowa nie gwarantują odporności na nieprzewidywalne zdarzenia. Przy niskich marżach i dużej konkurencji firmom trudno o zbudowanie własnego zaplecza finansowego, poduszkę finansową na nieprzewidziane zdarzenia. Mniej też inwestują. To wpływa na krótki okres finansowania – najczęściej warunki kredytowe z bankami odnawiane są co roku. Instytucje finansowe oceniają na bieżąco sytuację firm i od niej uzależniają finansowanie – wycofując je w razie jakichkolwiek, nawet chwilowych, zawirowań.

Poza tymi problemami w otoczeniu rynkowym przedsiębiorcy muszą sobie radzić także z zatorami płatniczymi. Powodują one zmniejszony przepływ środków finansowych. Gdyby kontrahenci otrzymywali na czas wszystkie zobowiązania, to regularny zastrzyk gotówki pozwalałby im na rozwój firmy i inwestycje, a nie tylko na bieżące funkcjonowanie. Każda zaległa faktura może zadecydować o dalszym losie firmy.

Aby sobie radzić z zatorami i opóźnionymi płatnościami, można ubezpieczać należności. Można korzystać z faktoringu, aczkolwiek jest to usługa dodatkowo płatna. Można dywersyfikować sprzedaż, korzystać z możliwości sprzedaży do jak największej liczby podmiotów, a nie starać się zdobywać tzw. złote strzały, czyli pojedyncze duże transakcje. Nie można się uzależniać zbytnio od jednego odbiorcy, bo to powoduje, że w razie problemów można takiego uzależnienia nie przetrwać 

– wskazuje członek zarządu Euler Hermes.

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes wynika, że uśrednione opóźnienie w spłacie należności w Polsce wynosi 3 tygodnie. W stosunku do średniego udzielonego nabywcy terminu płatności wynoszącego 56 dni data faktycznego otrzymania zapłaty wydłuża się więc aż o 38 proc. Jak podkreśla Tomasz Starus, w budownictwie 30 proc. należności płaconych jest po terminie, a 20 proc. – nawet 120 dni po terminie.

Na niewypłacalność firm duży wpływ ma otoczenie prawne i podatkowe. W ubiegłym roku wszedł w życie odwrócony VAT w branży budowlanej na usługi podwykonawcze. To oznacza, że firmy choć kupują towary i usługi z 23-proc. podatkiem, to fakturują je bez VAT. Fiskus zwraca te środki, ale dopiero po kilku miesiącach.

- Mało kto jest w stanie to przeżyć w sytuacji, gdy pracuje na marżach rzędu kilku procent. Podobnie jest w branżach dotkniętych w przeszłości karuzelami VAT, np. w branży dystrybucji elektroniki i IT, a także dystrybucji stali – mówi Tomasz Starus. – Niedawno odnotowaliśmy upadłość dystrybutora stali, który od urzędu skarbowego otrzymał decyzję o konieczności dopłaty VAT z tytułu rzekomego uczestniczenia w karuzeli VAT-owskiej w 2012 roku. Nikt z nas nie wie, który z naszych kontrahentów może w przyszłości zostać oceniony jako niewiarygodny z punktu widzenia rozliczeń podatkowych. To generuje duże ryzyko i duże koszty.

Dlatego firmy coraz więcej czasu i pieniędzy będą przeznaczać na sprawdzanie swoich kontrahentów – zarówno dostawców, jak i odbiorców.

– Do tego dochodzi jeszcze zmiana w prawie upadłościowym, która ułatwiła wchodzenie w postępowania restrukturyzacyjne i przyspieszyła całą procedurę. Prawo obliguje właścicieli i zarządy firm do tego, aby znacznie szybciej podejmowali decyzję o tym, że upadają bądź chcą zrestrukturyzować swoje długi – zaskakując przy tym rynek i partnerów handlowych. To wszystko powoduje, że będąc w sytuacji dostawcy dobra czy usługi, mimo wzrostu gospodarczego musimy mieć na uwadze, że ryzyko rośnie i będzie rosło w najbliższym czasie – przekonuje Tomasz Starus. 

Źródło: newseria.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze

W Czechach zginął polski pilot motolotni

Jest decyzja - darowizny dla ofiar nawałnic…

Rosjanie próbowali zakłócić wizytę w…

Postraszyli deportacją - przez pomyłkę

Nowa ambasador Polski na Litwie

Witamina C w kosmetykach redukuje uszkodzenia wywołane przez promieniowanie UV

pixabay.com

Wokół kosmetycznego wykorzystania witaminy C narosło wiele mitów. Dotyczą one głównie jej negatywnego oddziaływania na skórę w trakcie lata. Tymczasem eksperci wyjaśniają – jej nowa olejowa forma jest ważnym składnikiem kosmetyków właśnie na tę porę roku.

Taka odmiana witaminy C ma wpływ na redukcję uszkodzeń wywołanych przez promieniowanie UV, wykazuje działanie antyoksydacyjne i hamuje aktywność enzymów odpowiedzialnych za niszczenie kolagenu.

Wokół witaminy C w kosmetyce krąży wiele nieprawdziwych informacji. Wśród nich ta, że witamina C ma negatywny wpływ na skórę narażoną na promieniowanie słoneczne. Ma to wynikać z małej stabilności zawartego w niej kwasu askorbinowego i konieczności dodawania do niego substancji przeciwdziałających rozkładowi. To właśnie one mogłyby wywołać podrażnienia lub doprowadzić do powstania przebarwień. Nowoczesna kosmetologia poradziła sobie jednak z tym problemem. Obecnie firmy kosmetyczne zaczynają także tworzyć innowacyjne formy witaminy C o wysokiej stabilności, z pH bardziej przyjaznym dla skóry.

Mity są takie, że witamina C jest nietrwała, szkodliwa, że powoduje podrażnienia, że rozkłada ją światło, wyższa temperatura, że destabilizuje się w czasie. Natomiast jest ona jednym z ciekawszych i lepszych składników stosowanych aktualnie w kosmetykach. Opracowano bowiem formę TETRA witaminy C, która jest formą olejową. Jest ona bardzo trwała w wysokich temperaturach, co jest istotne przy produkcji kremów, nie rozpada się pod wpływem tlenu i nie powstają żadne produkty rozpadu, które mogłyby być niekorzystne dla skóry

– mówi agencji Newseria Barbara Zapisek, główny technolog Basel Olten Pharm.

Witamina C działa na wielu płaszczyznach – chroni skórę przed promieniowaniem UVA i UVB, rozjaśnia plamy starcze, nierówności pigmentacyjne, a także powoduje syntezę kolagenu, czyli działa jak środek odmładzający. Decydując się na zakup wybranego produktu, warto przeanalizować jego skład i wybrać taki preparat, który zawiera właśnie innowacyjną formę witaminy C w odmianie TETRA, bowiem dzięki doskonałej przyswajalności z łatwością przenika ona do głębszych warstw skóry.

Witaminę C możemy stosować nawet w wysokich stężeniach do aplikacji punktowej na plamy, przebarwienia spowodowane różnymi czynnikami: wiekiem, niefrasobliwym opalaniem się, a także różnymi chorobami – są plamy wątrobowe, plamy spowodowane różnymi schorzeniami wewnętrznymi. Witamina C powoduje rozjaśnienie tych plam ze względu na to, że można stosować ją nawet w 100 proc. stężeniu na skórę, nie powoduje żadnego podrażnienia czy uczulenia. Jest to bardzo bezpieczna forma witaminy

– tłumaczy Barbara Zapisek.

Dlatego szczególnie latem, kiedy to nasza skóra narażona jest na silne promieniowanie słoneczne, kosmetyki z witaminą C powinny stanowić podstawę codziennej pielęgnacji skóry. Ta popularna, lecz niedoceniana substancja chroni twarz i ciało przed wieloma zagrożeniami związanymi z tą porą roku.

Ta forma witaminy C chroni nas przed promieniowaniem UVA i UVB, które powodują podrażnienia i zaczerwienienie skóry oraz zmiany pigmentacji. Ma ona kluczowy wpływ na powstawanie melaniny w skórze, to znaczy hamuje melanogenezę, co prowadzi do tego, że słońce staje się dla nas bezpieczniejsze, nie powstają plamy, nie powstają przebarwienia, skóra tak nie ciemnieje

– mówi Barbara Zapisek.

Stopień ochrony uzależniony jest jednak od warunków zewnętrznych. Wszystko zależy więc od tego, gdzie zamierzamy spędzić urlop.

Jeśli jedziemy do ciepłych krajów, jeśli ekspozycja słoneczna jest bardzo silna, to musimy się chronić filtrami, natomiast jeśli większość dnia spędzamy w biurze lub w domu, chodzimy po ulicy i nie jesteśmy narażeni na bardzo intensywną ekspozycję, to zdecydowanie wystarczy ochrona z witaminą C

– dodaje Barbara Zapisek.

Źródło: newseria.pl

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...
Najnowsze

„To zakładanie Europie pętli na szyję”

Pożar w fabryce farb i lakierów w Dębicy

Islamiści ścięli głowy 11 osobom

Aresztowania w Maroko w zw. z zamachami w…

Prof. Zybertowicz o kryzysie demokracji…

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl