"Arogancja" i "rozpasanie". Ciekawy apel ws. Tomasza Thuna-Janowskiego

Tomasz Thun-Janowski / fot. YouTube

  

Mam tylko jeden postulat do przyszłego prezydenta Warszawy, niezależnie kto nim będzie: wyrzucić natychmiast Tomasza Thuna-Janowskiego, dyrektora Biura Kultury - napisał Stefan Laudyn, dyrektor Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Zdaniem Laudyna, zięć pani europoseł Róży Thun "jest kwintesencją zjawiska", które pozwolił sobie nazwać "rozpasanym urzędnictwem" i odznacza się wyjątkową... arogancją.

Po liście otwartym dyrektora Warszawskiego Festiwalu Filmowego w sieci dosłownie zawrzało - zarówno ze względu na treść listu, jak i jego formę:

Drogi Widzu Warszawskiego Festiwalu Filmowego, w poprawnych politycznie publikacjach pewnie pojawiła się albo wkrótce się pojawi, forma "Droga Widzko". Ale u nas jeszcze nie.

- zaczął Laudyn swój list. Samo to wystarczyło, by oburzyć środowiska feministyczne. Głos w sprawie "skandalicznego listu" zabrały m.in. Kobiety Filmu:

Widzki stanowią ponad 52 procent publiczności kinowej – czy na pewno jest to grupa, którą WFF chce ignorować i lekceważyć?  

- pytają w oświadczeniu  opublikowanym na Facebooku.

Dalej jest jednak jeszcze ciekawiej - Stefan Laudyn nawiązuje do trwającej kampanii przed wyborami samorządowymi, których data zbiega się z zakończeniem Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Z tej okazji dyrektor imprezy pozwolił sobie na apel w sprawie... Tomasza Thuna-Janowskiego, dyrektora Biura Kultury Urzędu m. st. Warszawy (a prywatnie zięcia europoseł Platformy Obywatelskiej Róży Marii Barbary Gräfin von Thun und Hohenstein):

W niedzielę 21 października, w ostatni dzień tegorocznego Festiwalu, odbędą się wybory samorządowe. Jako dyrektor Warszawskiego Festiwalu Filmowego mam tylko jeden postulat do przyszłego prezydenta Warszawy, niezależnie kto nim będzie: wyrzucić natychmiast Tomasza Thuna-Janowskiego, dyrektora Biura Kultury

- napisał Klaudyn. Jak argumentuje swój apel?

Dlaczego nawołuję do odwołania dyrektora Thuna-Janowskiego? Bo jest kwintesencją zjawiska, które pozwoliłem sobie nazwać "rozpasanym urzędnictwem". Pracuję dla Warszawskiego Festiwalu Filmowego od ponad 30 lat. Spotykałem na swej drodze dziesiątki czy setki urzędników różnego szczebla, ale nawet za głębokiej komuny, w czasach, gdy zanim jeszcze prezentowane publicznie teksty, scenariusze, itp. trafiły do Okręgowego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk (czyli do cenzury), najpierw trzeba było uzyskać pozwolenie na zorganizowanie imprezy kulturalnej właśnie z Urzędu Miasta. I żaden tamtejszy urzędnik nie reprezentował takiego poziomu arogancji, na który wzniósł się pan Thun-Janowski.

- wyjaśnia w rozmowie z wp.pl.

Cóż, do arogancji elit III RP i jej spadkobierców zdążyliśmy już przywyknąć. Ciekawszy wydaje się zarzut dotyczący "cenzury". Czyżby Tomasz Thun-Janowski stosował tzw. podwójne standardy? Przecież nie tak dawno zachwycał się "Klątwą" w Teatrze Powszechnym, uważając ją za spektakl "wspaniały i ważny", a jego kolega z warszawskiego ratusza, rzecznik Bartosz Milczarczyk zapewniał w rozmowie z Niezalezna.pl, że "nie jest rolą samorządów, aby zajmować się recenzowaniem czy cenzurą prewencyjną wolności artystycznej". To jak to w końcu jest, panowie?

CZYTAJ WIĘCEJ: Ohyda i mowa nienawiści w teatrze - jest nawet o zabójstwie prezesa PiS. Co zrobi prokurator?

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, wp.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Śmierć ks. Jerzego – męczennik za prawdę

  

„Zrób coś, niech przestanie szczekać!” – tymi słowami 13 września 1984 r. zwrócił się do Czesława Kiszczaka, ministra spraw wewnętrznych, Wojciech Jaruzelski, I sekretarz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i premier rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Dotyczyły one pewnego niepokornego księdza z pewnej warszawskiej parafii. W systemie totalitarnym słowa satrapy stają się normą prawną: resort spraw wewnętrznych zajął się na serio „szczekaniem” księdza. Półtora miesiąca później został wyłowiony z Wisły. Mimo upływu 34 lat wciąż nie znamy prawdy o Jego męczeńskiej śmierci.

Wersja oficjalna toruńska

Dziewiętnastego dnia października 1984 r. trzech funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa (Grzegorz Piotrowski. Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala), do szpiku kości zatroskanych o losy Polski Ludowej, postanowiło przemówić do rozumu księdzu Jerzemu Popiełuszce, wikariuszowi warszawskiej parafii św. Stanisława Kostki, który nienawistnie – nie dostrzegając dobrej woli władz partyjnych i państwowych, które wprowadziły stan wojenny dla dobra Polaków – jątrzył, judził i podżegał. Ośmielał się mówić o prawdzie, sprawiedliwości, cytując św. Pawła wołał, że zło należy dobrem zwyciężać. Nieświadomie przeszkadzał w realizacji planów: gdy władze partyjne i państwowe chciały pogrzeb zakatowanego, przez nieznanych sprawców oczywiście, Grzegorza Przemyka przekształcić w antyrządową demonstrację, ksiądz Popiełuszko wezwał zebranych, by śmierć niewinnego chłopaka uczcili w milczeniu. Pochód szedł w martwej ciszy.(...)

Esbecy dążący do obciążenia Księdza Jerzego fałszywymi zarzutami, na procesie ze łzami w oczach i łamiącym się głosem mówili, że płakali z bezsilności nad bezkarnością księdza, że oni, stróże prawa i praworządności nie mogli pogodzić się z tym, że ksiądz Popiełuszko „stoi ponad prawem”. Porwali więc go, gdy wracał z Bydgoszczy do Warszawy, wcisnęli do bagażnika fiata 125p, kilkukrotnie zatrzymywali się i katowali swego więźnia kijami, które – oczywiście przypadkiem – mieli w aucie, następnie związali mu nogi łącząc je sznurem z pętlą na szyi, tak, że każdy ruch powodował duszenie. Na koniec wrzucili ciało do Wisły z tamy we Włocławku. Na procesie prokurator twierdził, że to postępowanie Księdza Jerzego sprowadziło na niego śmierć, oskarżał księdza, ofiarę ohydnej zbrodni, że doprowadził swych zabójców do ostatecznej desperacji: „Ekstremalna postawa i działalność księdza Jerzego Popiełuszki zrodziły nie mniej szkodliwą ekstremę…" mówił. W procesie na ławie oskarżonych zasiadło trzech bezpośrednich sprawców zbrodni oraz ich przełożony Adam Pietruszka. Wszyscy otrzymali wysokie wyroki – najwyższy, 25 lat, dowódca grupy, Grzegorz Piotrowski. Wszyscy wyszli na wolność przed czasem.

Wersja nieoficjalna logiczna

Pół objętości tego numeru zajęłoby spisanie tych rzeczy, które się z wersją procesową nie zgadzają. Wyliczmy najważniejsze tylko: po pierwsze psy tropiące podjęły ślad w miejscu zatrzymania samochodu księdza przez esbeków, poprowadziły około 300 metrów w bok i trop straciły, tak jakby został on umieszczony w innym aucie. Wątku tego w śledztwie nie badano. Po drugie: w bagażniku fiata, w którym rzekomo esbecy wieźli Księdza Jerzego, w którym go katowali kijami, wciskali w pozycji embrionalnej do ciasnej przestrzeni, z którego Ksiądz choć wątły zdołał się wyrwać, w pokrywę którego kopał tak, że dwóch oprawców musiało na niej siedzieć, nie było żadnych śladów poza trzema włosami. Po trzecie: chcąc przejechać trasę wskazaną przez esbeków w czasie przez nich określonym, trzeba by jechać z prędkością ok 140 km/h. Niemożliwe w nocy, z kilkoma postojami, przy kapryszącym silniku (co zeznali zgodnie esbecy). Po czwarte: gdy 19 października w nocy kierowca księdza zgłosił jego porwanie, zarządzono szeroko zakrojone poszukiwania, które trwały do 30 października, kiedy to z wód Wisły wyłowiono ciało Księdza Popiełuszki. Tymczasem, 25 października rybacy kłusujący nieopodal tamy widzieli, jak kilku ludzi wrzuciło do wody jakiś podłużny pakunek w kształcie ludzkiego ciała. Tego samego dnia do lekarki prowadzącej Księdza Jerzego przyszło dwóch funkcjonariuszy domagając się informacji, jakie leki Popiełuszko zażywa. Przerażona najściem lekarki powiedziała im wszystko. Dzień później, prokurator wojewódzki w Toruniu dostał polecenie by wydelegować jednego z prokuratorów na tamę we Włocławku celem oględzin zwłok. Gdy prokurator przybył na miejsce, okazało się, że żadnych zwłok nie ma. Czyżby wrzucono je z powrotem, choćby dla zyskania na czasie? Po kolejnych dwóch dniach, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych wysyła do komend wojewódzkich szyfrogram będący instrukcją o sposobie uświadamiania funkcjonariuszy SB  „w związku z uprowadzeniem i zamordowaniem księdza Jerzego Popiełuszki”! Na dwa dni przed oficjalnym odnalezieniem ciała, gdy praktycznie cała Polska z zapartym tchem śledzi relacje z poszukiwań, gdy miliony ludzi modlą się o życie i zdrowie księdza Jerzego, resort już wie, resort już prowadzi akcję wychowawczą w związku z jego zamordowaniem!

Cały artykuł można przeczytać w najnowszym tygodniku GP. Oprócz tego polecamy artykuł Piotra Dmitrowicza o atakach propagandowych, które esbecy stosowali wobec ks. Popiełuszki przed i po śmierci.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: tygodnik Gazeta Polska

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl