Warszawa dwóch powstań

W kwietniu 1943 r. nad płonącym i skrwawionym gettem powiewały obok siebie dwie flagi – polska i żydowska. Trudno o bardziej symboliczny obraz prawdy o powstaniu w warszawskim getcie. A mianowicie tej, że było ono pierwszym z dwu powstańczych zrywów Polaków przeciw Niemcom w okupowanej Warszawie. Wbrew narracji takich mediów jak „Gazeta Wyborcza” czy „Newsweek”, nie powinniśmy rozdzielać pamięci polskiej i żydowskiej.

W warszawskim getcie nie walczyli bowiem Żydzi zwiezieni z różnych miejsc Europy, ale polscy obywatele. Dlatego nie możemy się zgadzać na narrację dzielącą Polaków i Żydów, na rozdzielenie, które ex post, po wydarzeniach wojennych powstało. Powstanie w getcie to było po prostu polskie powstanie i w ten sposób powinniśmy o nim mówić. Trzeba z uporem powtarzać tę prawdę – piękną i heroiczną – opowieści o „Warszawie dwóch powstań”, Warszawie, która dwukrotnie, najpierw w 1943 r., później w 1944 r., w różny sposób, z różnych przyczyn i w różnej skali, powstała przeciw niemieckiemu okupantowi. O naszych powstaniach powinniśmy mówić w jednym kontekście, wspólnie. To jest jedyna droga walki z dzielącymi nas kłamstwami, które tak chętnie niektóre media głoszą.

 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

O pluralizmie III RP.  I jego kłopotliwym końcu

Pluralizm, który de facto uprzywilejowywał liberałów jako arbitrów elegancji debaty publicznej, nie jest wart większych sentymentów. Tym bardziej że dziś osłabiona opozycja traktuje go jako narzędzie szantażu wobec partii, która ograniczyła jej wpływy w państwie.

Liberalne media przez wiele lat mogły udawać, że są obiektywnymi źródłami opisu polskiej rzeczywistości. Ostry spór z Prawem i Sprawiedliwością wymusił zrzucenie masek – nawet jeśli pomiędzy poszczególnymi mediami opozycji istnieją konflikty interesów, to zawsze schodzą na plan dalszy wobec wspólnego wroga, czyli partii Jarosława Kaczyńskiego. PiS stoi opozycji na drodze do państwowych zasobów, z każdym rokiem konkretnym ludziom i środowiskom związanym z opozycją jest do nich coraz dalej. To budzi niepokój i wzmacnia nerwowość opozycji, również tej metapolitycznej.

Schetyna zjada przystawki

Jeśli ktoś chce dzisiaj tokować o pluralizmie i o tym, jak złe są dziś media publiczne, niech spojrzy na ostatnie okładki opozycyjnych tygodników: opozycja szuka konsolidacji, a nie merytorycznych dyskusji. Grzegorz „Gucio” Schetyna został właśnie medialnie namaszczony na lidera kampanii samorządowej całej opozycji przez główne tygodniki opozycji, „Newsweeka” i „Politykę”, a koalicjantom Platformy Obywatelskiej przypisano rolę przystawek. Nie ma w tym niczego zaskakującego. Choć niektórzy sprawiają wrażenie nieco zdziwionych.

Spore dyskusje wzbudziła ostatnio decyzja redakcji „Polityki” o odsunięciu na boczny tor Rafała Wosia, świetnego dziennikarza ekonomicznego tego tytułu. Artykułem „Lewico, czas na współpracę z PiS. Trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm” wzbudził on złość i konsternację sporej części liberalno-lewicowych czytelników. Nic nie pomogło wyjaśnianie, że tekst ukazał się na łamach Gazeta.pl, a nie w „Polityce”. Woś wykazał się zbyt daleko posuniętym optymizmem co do tego, jak wiele skłonna jest zaakceptować opozycja tuż przed kolejną wyborczą niewiadomą. Choć nie do końca jest to niewiadoma. Opozycja ma pełne prawo obawiać się, że wybory samorządowe przyniosą jej kolejną przegraną.

Zero-jedynkowa oś konfliktu jest faktem

Niektórzy szczerze żałują Rafała Wosia, inni cieszą się niekłamaną radością, że powinęła mu się noga. Na lewicy parę dziennikarskich miernot odetchnęło z ulgą: zbyt wysoko zaszedł, żeby go zbyć jako aspirującego pionka, zbyt inteligentny, żeby z nim dyskutować jak równy z równym, zbyt dobrze piszący, żeby polemizować z nim za pomocą wyrobów felietonopodobnych. Spójrzmy jednak na to, co się stało z nieco szerszej perspektywy. Zrozumiemy wówczas, że dzisiejszy moment to nie jest czas pluralizmu medialnego, tak jak go pojmowano, zresztą pod dyktando „Gazety Wyborczej”, w początkach III RP. Na marginesie – nie jest to i nigdy niestety nie był w naszych realiach pluralizm taki jak w złotej epoce prasy w USA przed paroma dekadami.

Nie kieruję tych uwag jedynie pod adresem tamtej strony. To wspólne doświadczenie ludzi mediów, niezależnie od ich usytuowania. Dziś, jeśli spojrzeć na rzecz bardzo zimno, wbrew opiniom Wosia, a także ludzi z Klubu Jagiellońskiego, główna oś konfliktu musi być zero-jedynkowa. PiS i liberalny establishment są na kolizyjnym kursie. I świetnie zdają sobie z tego sprawę wszyscy istotni gracze po obu stronach konfliktu. Wszelkie argumenty, również te dotyczące świata idei i wyobrażeń społecznych, są rozgrywane przez obie strony sporu na swoją korzyść.

Fałsz liberalnego obiektywizmu

Przez dekady liberalna inteligencja była w stanie zdyskredytować wszelkie obce sobie racje jako stronnicze, a własne prezentować jako obiektywne. Dziś trzeba jej wydrzeć tę broń z ręki, więcej: trzeba ludziom, którzy wierzą w tę bzdurę, mocno dać odczuć, że się mylą. Być może za kilka dekad sprawy będą miały się inaczej, ale tu i teraz główny nurt konfliktu nie zostawia dużego marginesu na odtwarzanie takiego wzorca pluralizmu, który de facto uprzywilejowywał liberałów jako arbitrów elegancji debaty publicznej.

To nie jest tak, że opozycja, nie tylko ta polityczna, ale również inteligencka, posługująca się mediami jako narzędziem walki o rzeczywistość, chciałaby dziś większego pluralizmu i za nim tak tęskni ogromnie, pomstując choćby na publicznych nadawców. Zapewne jej drobna część, owszem, zwykle rekrutująca się ze środowisk tak zwanych pism idei. Są to zresztą często ludzie z dobrze sytuowanych domów, dzieci i wnuki wzbogaconej inteligencji albo osoby dość dobrze już osadzone w rzeczywistości. Dla nich świat wiele się nie zmienia, niezależnie od tego, kto rządzi. Uważają choćby, że mają moralne racje po swojej stronie, bo nigdy nie muszą martwić się o sprawy bytowe, które dla wielu Polaków są źródłem niepokoju.

„Dla was to zabawa”…

Dla milionów Polaków zmiana władzy, owszem, mogłaby mieć duże znaczenie. I byłaby zmianą na gorsze. Liberalna elita, co przecież dobrze widać z wielu wypowiedzi, chce III RP takiej, jaką była przed jesienią 2015 r. Zmiecenie PiS i ustanowienie starej narracji o Polsce jest najbardziej realnym z ich celów – programy polityczne są tylko przy okazji, czymś przecież trzeba zapełnić papier i wypowiadane przez siebie słowa. „Dla was to jest igraszka, nam idzie o życie” – znane słowa z fraszki biskupa Krasickiego są zdecydowanie na miejscu.

esztą, to nie ludzie z pism idei decydują o stawce i specyfice gry politycznej. Widać dobrze, że idzie o realny rząd dusz, a nie błyskotliwe spory publicystów. Także wypchnięcie Rafała Wosia poza redakcję „Polityki” to pokazuje. Jego tekst o tym, że lewica, nawet tak słaba jak obecnie, mogłaby jednak pójść z PiS przeciw liberałom, potraktowano jako coś więcej niż eksperyment myślowy. Woś popełnił myślozbrodnię i ubrał ją w słowa. Inteligencka część opozycji po przegranych przez PiS wyborach straciła władzę nad sporą częścią współczesnej Polski, nad instytucjami i publicznymi mediami. Nie sądzę zresztą, że tak gwałtowne reakcje są możliwe tylko po tamtej stronie.

Czy nie da się już cieniować racji?

W elementarnym politycznym sensie wybór między obozem PiS a anty-PiS to dziś, chcąc nie chcąc, wybór zero-jedynkowy. Przykładowo, utrata kontroli nad mediami publicznymi oznaczałaby dla PiS realne zmniejszenie siły przekazu i uszczuplenie szans tych, którzy na różne sposoby argumentują jednak za obecną ekipą. A to mogłoby się przyczynić do powrotu do władzy Platformy i jej satelitów, czyli do powrotu do pełni praw i władzy tych co zwykle. Siedząc wygodnie z boku, można moralizować na ten temat do woli. Jednak w polu politycznym możliwa jest tylko sytuacja: PiS jako siła rządząca, PiS jako siła bez realnej władzy.

Spór, który dziś się toczy, to nie jest panel dyskusyjny ani debata akademicka. Pluralizm, którego domaga się dziś opozycja, mówiąc choćby o mediach publicznych, byłby politycznym koniem trojańskim. Każdy, kto zna nieco lepiej główny nurt liberalnej i lewicowej inteligencji, nie będzie miał co do tego złudzeń. Owszem, są tam również ideowcy, którzy chcieliby demokracji ze swoich marzeń (inna rzecz, jak realnie wyglądałaby ona w ich rękach), ale większość to sprytni, zdeterminowani gracze, którzy stracili realne zasoby i walczą o ich odzyskanie, bo zrobiło się im jednak w Polsce trochę ciaśniej.

Czy to znaczy, że w ogóle nie można już cieniować racji i rozmawiać w szerszym gronie? Taka dyskusja wciąż się przecież toczy, właśnie w przeróżnych środowiskach idei. Ale warto nazwać po imieniu jej niegdysiejsze i obecne ograniczenia oraz powody, z których wynikają.

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl