Małgorzata Wassermann ujawnia: Nikt wcześniej nie dociekał skąd Marcin P. wiedział, że interesuje się nim ABW

Udostępnij

„To już kolejny świadek, który o tym mówi, że Marcin P. już w pierwszej rozmowie posługuje się faktem, że u niego pracuje Michał Tusk” - mówi szefowa sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Według Małgorzaty Wassermann wszystko zaczyna układać się w „pewną całość”. Jak dowiedział się portal niezalezna.pl, komisja śledcza rozważy, czy w związku z zachowaniem przesłuchiwanej dziś teściowej założyciela Amber Gold, nie złożyć wniosku o ukaranie świadka za odmowę składania zeznań.

Przed komisją śledczą ds. Amber Gold zeznawał były szef parabanku Finroyal Andrzej K., który mówił, że sugerował Marcinowi P. albo współpracę, albo przejęcie Finroyal przez Amber Gold.

- Zacznę od dwóch faktów, które komisji są znane, a opinii publicznej może nie. Pierwsza sprawa, to jest to, że pan Marcin P. powiedział panu Andrzejowi K., że pozostaje w zainteresowaniu ABW. Jest istotne, od kiedy on miał wiedzę, że pozostaje w zakresie zainteresowania służb, co jest tak na marginesie bardzo ciekawe. To wynika z protokołów. My to wiemy. To jest niesamowite, ale nikt tego wątku nigdy nie pogłębiał. To znaczy, nikt nie dociekał, skąd on miał tę wiedzę i z kim się nią dzielił – mówi Małgorzata Wassermann.

Kolejny wątek na który zwraca uwagę szefowa komisji śledczej, to brak jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia transakcji przelania Andrzejowi K. docelowo dwunastu milionów przez Marcina P.

- Pan Andrzej K. nie jest w stanie w żaden sposób uzasadnić tej transakcji [...] Dzisiaj stawiam pytanie, czy to po prostu nie było czyste pranie pieniędzy [...] Macie państwo świadomość, że opowieści pana Andrzeja K. o jego prężnie działającej firmie nie zasługują na wiarę w żadnym wypadku.  Trzecia sprawa - i to jest już kolejny świadek, który o tym mówi - Marcin P. w pierwszej rozmowie posługuje się faktem, że u niego pracuje Michał Tusk. Czyli nie polegają na prawdzie te zeznania, w których mówiło się, że nikt o tym nie wiedział, ani nie był to dla niego parasol ochronny. To po prostu się układa w pewną całość. - podkreśla szefowa komisji śledczej ds. Amber Gold.

 Ponadto w rozmowie z naszą reporterką Małgorzata Wassermann podkreśla, że Marcin P. W pewnym momencie zaczął przelewać spore sumy pieniędzy.

- My wiemy, że zaczął on przelewać pieniądze w tym momencie, gdy było jasne, że jego firma idzie ku upadkowi. To były te miesiące, który organa państwa polskiego dały mu na to szybkie upłynnienie i wyprowadzenie tych pieniędzy. Tak na ten moment ja to widzę. Nie mówię, że nie zmienię zdania, jak poznam cały materiał dowodowy, ale musicie państwo przyznać, to jest kolejna osoba, która bez jakiegokolwiek zapowiedzenia, bez czegokolwiek... bez sprawdzenia przychodzi do Marcina P, a on jej w cudowny sposób przelewa miliony. [...] Ktoś był gwarantem tych transakcji. Ktoś te transakcje po prostu pilotował i nikt mi nie wmówi, że przychodzi z ulicy jeden czy drugi pan i mówi, że chciałby mu sprzedać 15 mln euro długu, a Marcin P. mówi, „to jest dla mnie bardzo dobry interes, przeleję panu 12 milionów”. - podkreśla Małgorzata Wassermann.

Odnosząc się do przesłuchania teściowej Marcina P. szefowa komisji śledczej ds. Amber Gold nie wyklucza złożenia wniosku o ukaranie świadka za odmowę składania zeznań.

Jak już informowaliśmy przesłuchanie Danuty Jacuk-Plichty było dość specyficzne.

- Czy świadek pobrała z tytułu stosunku pracy 576 836 zł i 37 groszy? – usłyszała pytanie podczas dzisiejszego przesłuchania Danuta Jacuk-Plichta, teściowa założyciela Amber Gold Marcina P.
- O matko... – tylko tyle wydusiła z siebie kobieta, której przy ogłoszeniu sumy własnych „zarobków” opadła szczęka. Dosłownie.  - Nie odpowiem na to pytanie, ponieważ nie chcę ani sobie, ani bliskim mi osobom zrobić krzywdy .


CZYTAJ WIĘCEJ: Szef Amber Gold zszokował nawet swoją teściową Z wrażenia opadła jej szczęka. WIDEO
 

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl


SONDA
Wczytuję sondę...

Udostępnij

Tagi
Wczytuję komentarze...

„Kler” Smarzowskiego niczym „Klątwa”? Subtelność młota pneumatycznego. NASZA RECENZJA

"Kler" od piątku w kinach / fot. Bartosz Mrozowski/Kino Świat/mat.pras.

Magdalena Fijołek

Dziennikarka w dziale Kultura portalu niezalezna.pl i \"Gazety Polskiej\".

Kontakt z autorem

  

O „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego powiedziano i napisano wiele, jeszcze na długo przed premierą. I nic dziwnego - film, który przełamuje tabu i z subtelnością młota pneumatycznego dokonuje wiwisekcji na polskim Kościele, nie mógł przejść bez echa. Niestety, podobnie jak Frljiciowi w „Klątwie”, tak Smarzowskiemu w „Klerze” o żadne katharsis nie chodzi. A szkoda.

Tytułowy kler ukazany w filmie wedle wizji Wojciecha Smarzowskiego dopuszcza się wszystkich siedmiu grzechów głównych, przed którymi wiernych przestrzega katechizm. Zgodnie z hasłem promującym „Kler” - „nic co ludzkie, nie jest im obce”. Księża w „Klerze” nadużywają alkoholu (obraz zaczyna się od sceny wyścigów w piciu wódki), są gnuśni, pyszni i unoszą się gniewem. Zazdroszczą kolegom z seminarium, knują przeciw sobie, są zaślepieni chciwością i rozpustni do tego stopnia, że nie mogąc pohamować najniższych popędów, dopuszczają się niewybaczalnych nadużyć i wykorzystują słabość i niewinność nieletnich, o płomiennym romansie z gospodynią z plebanii nie wspominając. Słynący ze swojej bezkompromisowości Smarzowski nie daje kościelnym dostojnikom taryfy ulgowej - i podobnie jak wcześniej w „Drogówce”, punktuje z precyzją skalpela i subtelnością młota pneumatycznego wszystkie najgorsze przywary i stereotypy środowiska.

Głównych bohaterów, księży Kukułę (Arkadiusz Jakubik), Trybusia (Robert Więckiewicz) i Lisowskiego (Jacek Braciak) poznajemy podczas suto zakrapianej alkoholem kolacji. Kapłani siedzą „w cywilu” - bez sutann i koloratek - i wesoło drinkują, na zmianę ścigając się w piciu wódki na czas i rywalizując w odgadywaniu przytaczanych losowo fragmentów Biblii. W tle akompaniuje im Kazik Staszewski i jego „Maria ma syna”. Gdyby nie te nawiązujące do kościelnej rzeczywistości elementy, widz nie miałby pojęcia, że ci najwyraźniej świetnie bawiący się, pijani mężczyźni to księża. Kapłani, którzy za chwilę pójdą spowiadać, udzielać ostatniego namaszczenia i rozdawać wiernym Ciało Chrystusa.

Dopiero, gdy akcja przenosi się do parafii każdego z nich, wszystko wraca do „normy”. A „norma” u Smarzowskiego jawi się wprost zatrważająco: kapłani żyją rozpustnie - ks. Trybuś ma romans z mieszkającą na plebanii Hanką (Joanna Kulig) i wyłudza od wiernych ciężkie pieniądze, rzekomo należące się za udzielanie sakramentów, ks. Kukuła udaje się na podejrzane schadzki z jednym z ministrantów, a ks. Lisowski okazuje się wyrachowanym karierowiczem, który za cenę kariery w Watykanie i staranne ukrycie swoich własnych grzechów nie cofnie się przed niczym - z łapówkami, szantażem i tuszowaniem zbrodni włącznie.

Patologie przedstawiane przez Smarzowskiego nie są niczym nowym. Reżyser porusza temat pedofilii w Kościele (trzeba przyznać, że klimat filmu ciekawie wpisuje się w tło ujawnionych niedawno skandali seksualnych podczas niedawnej wizyty papieża Franciszka w Irlandii - stąd „Kler” zyskuje szczególny wydźwięk), finansowych przekrętów dotyczących hierarchów wysokiego szczebla, walki wewnętrznych frakcji - w których króluje dostojnik o jakże znamiennym nazwisku - arcybiskup Mordowicz (Janusz Gajos), i ogólnej „zgnilizny moralnej” panującej w strukturach kościelnych (dostaje się nawet siostrom zakonnym). I o ile w pierwszej połowie filmu przedstawiane przez Smarzowskiego przywary dostarczają niezłej dawki humoru, o tyle to, co dzieje się później, a zwłaszcza finał, stopniowo ścierają z twarzy widza rozbawienie, które ustępuje miejsca przerażeniu, obrzydzeniu i załamaniu tym, co właśnie mu zaserwowano. W tym kontekście „Kler” nie jest i nie może być poważną diagnozą kondycji polskiego katolicyzmu. Za dużo tu subiektywizmu, chęci zaszokowania i ekstrapolowania mimo wszystko marginalnych patologii na cały organ kościelny.

W tym sensie „Kler” nie jest w stanie wierzącym i praktykującym katolikom - zarówno tym „zwykłym”, jak i osobom duchownym, zaszkodzić. Podobnie jak „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej jest pastiszem parodiującym mentalność polskiej prowincji, podczas gdy kompletnie nie oddaje jej prawdziwej - nomen omen „twarzy” - tak „Kler” Smarzowskiego do pewnego stopnia w prześmiewczy sposób bierze na muszkę i odbija w krzywym zwierciadle największe grzechy Kościoła. I jako taki, spełnia swoje zadanie - spuszcza powietrze z tematu, który w konserwatywnej, pozostającej w silnym związku z religią Polsce, wciąż budzi kontrowersje, pokazując, że dla filmowca nie ma tematów tabu.

Problem pojawia się w momencie, gdy Smarzowski próbuje uderzać w moralizatorski ton i usiłuje kamerą „wymierzać sprawiedliwość” kościelnym grzechom. Już od pierwszych kadrów da się odczuć, że „Kler” nie jest manifestem zatroskanego o losy Matki Kościoła wiernego. Smarzowski, jako zdeklarowany ateista, z definicji nie jest w stanie ująć ogromnej złożoności Kościoła jako świętej wspólnoty grzeszników (zresztą z tych słów reżyser w bezpośredni sposób w filmie kpi), stąd jego „diagnoza” siłą rzeczy naznaczona będzie skrajnym subiektywizmem i perspektywą zewnętrznego obserwatora. Perspektywą, którą wszyscy wierzący powinni wziąć pod uwagę - bo choć trudną, to przecież wartościową (wedle zasady, że „prawdziwa cnota krytyk się nie boi”), ale za nic w świecie nie mogącą pretendować to poważnej oceny środowiska kościelnego.

Smarzowski, niczym Oliver Frljić w „Klątwie” nie stawia na dialog i konstruktywną dyskusję, ale na wstrząśnięcie widzem, wywołanie jak największej kontrowersji. Pół biedy, jeśli ta kontrowersja miałaby czemuś służyć. Tutaj - nad czym osobiście ubolewam - szansę na uczciwy dialog zmarnowano.

Podobnie jak w niedawnym filmie braci Ludwiga i Paula Shamassianów pt. „Gniew”, również dotyczącym nadużyć seksualnych wśród duchownych, Smarzowski po całkiem niezłym, zniuansowanym wstępie, dochodzi do brutalnego finału utopionego w morzu dosłowności i agresji (swoją drogą zakończenia obu filmów są niemal identyczne, czyżby Smarzowski zainspirował się fatalnym finałem „Gniewu”?).

Gdyby nie ta - siląca się na wiarygodną diagnozę - otoczka, film można być uznać za całkiem udany. Historia, choć momentami nieco przydługa i nużąca, prowadzi do nieoczekiwanych rozwiązań. Największym atutem filmu jest jednak obsada - Gajos w roli brzuchatego, rozpustnego arcybiskupa Mordowicza, czy Braciak i Więckiewicz jako upadli kapłani, spisują się wprost doskonale. Na ich tle błyszczy Arkadiusz Jakubik w roli ks. Kukuły. Choć wydawałoby się, że wszechobecność aktora (tylko w zeszłym roku mogliśmy go oglądać w aż sześciu popularnych tytułach) mogłaby w końcu „zamęczyć” widza i ostatecznie wpłynąć na odbiór granych przez niego postaci, to po raz kolejny okazuje się, że Jakubik to sprawdzona marka. Kiedy wydaje się, że roli nie da się zagrać lepiej niż w „Jestem mordercą” Pieprzycy, przychodzi „Wołyń” Smarzowskiego. Potem jeszcze bardziej poruszająca kreacja w „Cichej Nocy” Domalewskiego, i tak oto dochodzimy do „Kleru”, w którym Jakubik przekonuje nas, że właściwie nie ma na świecie roli, z którą by sobie nie poradził. Tutaj nie tylko sobie „radzi”, ale wzbudza względem swojego bohatera coś, czego brakuje w przypadku pozostałych - współczucie. I to chyba jeden z niewielu ukłonów w kierunku twórców „Kleru” - za to, że potrafili zasygnalizować, że zło nie bierze się znikąd: za prawie każdą patologią stoi trauma, a katem - ofiara.

„Kler” to film, po którym najprawdopodobniej nie zostanie nic, oprócz kontrowersji i paru skandali (niestety, skutecznie podsycanych przez konserwatywne media, a zwłaszcza - o zgrozo! - przez publicystów, którzy filmu jeszcze nie widzieli). „Kler” po prostu uczestniczących w życiu Kościoła katolików oburzy (i słusznie!), a antyklerykałów tylko utwierdzi w ich przekonaniach.

Cóż, nie bez kozery, w środowisku coraz częściej mówi się - niejako z przymrużeniem oka i trochę złośliwie, że Wojciech Smarzowski coraz bardziej przypomina w swoich „diagnozach” Patryka Vegę, twórcę „Botoksu”, i tylko czekać, aż weźmie na celownik kolejne grupy społeczne i opisze je według kolejnego, „bezkompromisowego” i przewidywalnego scenariusza. Niemniej jednak film warto zobaczyć, nie tylko ze względu na znakomitą obsadę, ale przede wszystkim po to, by choć na chwilę opuścić swoją „światopoglądową strefę komfortu” i skonfrontować przekonania z wizją tak daleką od naszej własnej. Chociażby po to, by się z nią nie zgodzić.

„Kler” (reż. Wojciech Smarzowski, dystrybucja Kino Świat) wejdzie do kin w piątek 28 września.

Uwaga! W najnowszym numerze tygodnika "Gazeta Polska" odpowiedź Piotra Lisiewicza na film "Kler". "Gazeta Polska" - od środy w kioskach!

 

Źródło: niezalezna.pl

Udostępnij

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl