Jest tylko jedna drobna różnica między stróżem z liberalnej czytanki a rządem Tuska: ten drugi coś średnio raczej pilnuje majątku (narodowego) przed złodziejami...
Przykładów na to, że pan premier występuje jako taki nocny stróż (może pozazdrościł własnemu rzecznikowi, posłowi Grasiowi, który przecież latami oddawał się tej pasji?), jest bez liku. Choćby w dziedzinie, którą najlepiej widać z Brukseli, czyli polityce międzynarodowej. Tusk o nic nie zabiega, o nic się nie stara, o nic nie walczy. Może tylko o to, żeby parę spotkań prezydencji zorganizować u niego w Sopocie, pod bokiem. Cóż, zasłużony w walce o praworządność prezydent tego miasta, Jacek Karnowski, się ucieszy... Tusk jest „metrem Sevres” bierności w polityce zewnętrznej. W tym szaleństwie jest jednak metoda. Jak o nic nie będzie walczył – to ma pewność, że niczego nie przegra. A przecież to się w polityce zdarza. Jak ktoś z łóżka nie wstanie, to wiadomo, że się nie potknie i nie przewróci. Jak się Tusk o nic nie będzie dla Polski starał, jasne, że się w ten sposób nikomu nie narazi i wszyscy będą go lubić. A przecież o to mu chodzi. Czyż nie, chłopaku, z nie naszego podwórka?