Kto obłowi się na polskiej prezydencji

Anita Gargas

Kontakt z autorem

Maciej Marosz

Dziennikarz \"Gazety Polskiej\" i \"Gazety Polskiej Codziennie\".

Kontakt z autorem

  

Mimo kryzysu ekonomicznego w Europie rząd Donalda Tuska lekką ręką łoży miliony na polską prezydencję w UE. Czyli na coś, co nie ma dla Polski żadnego znaczenia, za to polepsza PR-owy wizerunek polityków z PO.

600 tysięcy złotych za spot bez przesłania

Jeśli nie wiesz, jak rząd Donalda Tuska wyobraża sobie polską prezydencję w Unii Europejskiej, obejrzyj animowany klip Tomasza Bagińskiego.

Europę symbolizuje w nim kobieta siedząca bezczynnie na ławce na pustym placu wśród biurowców. Po chwili podbiega do niej mężczyzna o włosach określanych jako świński blond, w czerwonej opiętej koszuli w duże wzory. Blondyn ma symbolizować Polskę. Tańczy z kobietą, a podczas ich tanecznych pasaży walą się kolejne budynki. Na koniec blondyn (Polska) znika w sinej dali, a kobieta (Europa) wraca na ławkę. Zasiada na niej bezczynnie, jak na wstępie. Uważny widz zauważy jedną różnicę – w tańcu z blondynem kobiecie zapodział się wisiorek.

Tłumacząc „przesłanie” tego dzieła, reżyser Bagiński wskazał, że „na końcu filmu na twarzy naszej bohaterki, Europy, budzi się cień uśmiechu, a światło w przestrzeni jest dużo cieplejsze i bardziej pozytywne”.

Za klip, który tak uroczo promuje nasz kraj i założenia polskiej prezydencji, podatnicy zapłacili 600 tys. zł. Spot stał się przedmiotem kpin internautów jako niezrozumiały i bez żadnego znaczącego przesłania.

Autorem choreografii jest gwiazda TVN, Augustin Egurrola, a pracę nad animacją zlecono firmie Platige Image, producentowi nominowanej do Oscara (świetnej skądinąd) Katedry, ale i wykonawcy animacji do obrazoburczego filmu Antychryst.

Polska była reprezentowana przez firmę Platige Image również podczas targów ITB Berlin 2011, gdzie zaprezentowała filmik Move Your Imagination, z dziwnymi stworkami, przybyszami lądującymi w Polsce. Animacja ta spotkała się z podobną krytyką jak film o tancerzach w związku z niezrozumiałym przekazem, mało związanym z Polską.

2,3 miliona złotych za jeden dzień prezydencji

Jeszcze parę lat temu prezydencja nakładała na pełniący ją kraj spore obowiązki, które uzasadniały planowane wydatki – np. związane z reprezentowaniem Unii Europejskiej w relacjach z krajami trzecimi.

Po przyjęciu traktatu lizbońskiego prezydencja to nic innego jak techniczna funkcja związana z organizowaniem spotkań krajów Unii Europejskiej.

Nie przeszkadzało to rządowi Tuska przeznaczyć na ten cel astronomicznej kwoty 430 mln zł (109 mln euro). Z prostych wyliczeń wynika, że za każdy ze 184 dni polskiej prezydencji w UE będziemy płacić 2,3 mln zł.

To suma porównywalna z wydatkami poniesionymi w okresie przedtraktatowym na swoje prezydencje przez państwa nadające ton w UE – Niemcy (120 mln euro) i Francję (130 mln euro). Ale Francja w swoim półrocznym przewodniczeniu angażowała się w rozwiązanie problemu rosyjskiej agresji na Gruzję i światowego kryzysu finansowego.

Francuzi obcięli zresztą wcześniej planowane wydatki o 30 mln euro.

82,5 miliona za wirtualną markę

Przy tak hojnie zaplanowanym budżecie polskiej prezydencji nie mogą dziwić żadne koncepty. Na dobry początek Urząd Komitetu Integracji Europejskiej wpadł na pomysł, by wycenić znak „Polska Prezydencja UE 2011”. Nieznany jest sens dokonywania tego rodzaju szacunków w stosunku do marki, która przestanie funkcjonować po sześciu miesiącach, a ponadto nikt nie będzie chciał jej zbyć. Nieznany jest także sposób wyłonienia firmy, która podjęła się tego zadania. Spółka Trio Management Corporate Finance – bo o niej mowa – wyceniła markę na 82,5 mln zł.

Prezes Trio Management Corporate Finance Mariusz Bitkowski w piśmie do ministra-pełnomocnika rządu ds. polskiego przewodnictwa Radzie UE Mikołaja Dowgielewicza pisał, że wyceny dokonano m.in. na podstawie wydatków na obecność marki w prasie.

Próbowaliśmy się dowiedzieć w instytucjach odpowiedzialnych za polską prezydencję o powód zlecania tego typu usług. Bez skutku. Z oświadczenia prezesa Bitkowskiego wiadomo jedynie, że wycena „została przygotowana na potrzeby strategii logistyczno-organizacyjnej i informacyjno-promocyjnej polskiego przewodnictwa”.

Za to wiemy, ile na zleceniu zyskała firma Trio Management Corporate Finance. Biuro Prasowe MSZ wyjaśniło nam, że „wycena marki „Polska Prezydencja” została zlecona firmie Trio Management Corporate Finance Sp. z o.o. w lipcu 2009 r. po przeprowadzeniu analizy badania rynku w ramach zamówień poniżej 14 000 euro”. A więc firma, znów wyłoniona bez konkursu, mogła zarobić około 58 tys. zł.

94 tysiące za logo

Także wykonawcę logo polskiej prezydencji znaleziono poza konkursem. „Konkurs na zaprojektowanie logo został ogłoszony w październiku 2009 r. we współpracy z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego. Konkurs miał charakter zamknięty; do udziału zaproszono zarówno uznanych grafików, jak i młode pokolenie projektantów komunikacji wizualnej” – poinfomowała nas Monika Janus-Klewiado, zastępca dyrektora Biura Rzecznika Prasowego MSZ. Jak ustaliliśmy, zaproszono siedmiu twórców. Monika Janus-Klewiado podała nam, że „decyzją Pełnomocnika Rządu do spraw Przygotowania Organów Administracji Rządowej i Sprawowania przez Rzeczpospolitą Polską Przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, konkurs zamknięty zakończył się bez wyłonienia najlepszego projektu logo. W tej sytuacji zwrócono się do Jerzego Janiszewskiego – cenionego na świecie scenografa i grafika”.

MSZ chciał, by „planowany logotyp nawiązywał do rozpoznawanego na całym świecie logotypu Solidarność autorstwa pana Janiszewskiego i zawierał jego element (flagę)”. Ponieważ jedynie Janiszewski posiada prawa do tzw. solidarycy, nikogo nie mogło zdziwić, że to on został wybrany. Koszt logo wyniósł 24 tys. euro (równowartość ponad 94 tys. zł). Janiszewski chwalił się, że sześć kolorowych strzałek wymyślił i zaprojektował w jeden miesiąc.

Sam projekt spotkał się z natychmiastową krytyką. Internauci przesyłali sobie stworzoną przez Filipa Stankiewicza grafikę, gdzie strzałki zinterpretowane zostały jako wzrost podatków, bezrobocia, podsłuchów, cen, deficytu budżetowego i samozadowolenia rządu. A cena logo została skwitowana stwierdzeniem „4 tysiące euro za strzałkę”.

1 mln zł za dziecinne bączki, czyli wielokrotnie przepłacony gadżet

Oprócz filmu i logo reklamujących polską prezydencję wielkim zaskoczeniem jest także próba promocji Polski za pomocą... bączków (a raczej ich atrap, bo konstrukcja uniemożliwia wprowadzenie ich w ruch). Polski rząd postanowił na 12500 drewnianych zabawek przeznaczyć prawie milion złotych, a dokładnie 991,380 tys. zł, co daje koszt prawie 80 zł za sztukę. Jest to wielokrotnie więcej niż na rynku, a ceny nie uzasadnia nawet to, że bączki są podobno ręcznie malowane. Dla porównania: zwykłego drewnianego bączka w sklepie w sprzedaży detalicznej można nabyć już od 7 zł (lepsze, z ruchomą rączką, za 25 zł). Sprzedawcy reklamują je jako „prostą zabawkę wspierającą rozwój manualny dziecka”. Albo: „Malutki zwinny bączek zaciekawi każdego maluszka”.

Infantylne gadżety wywołały falę złośliwości na temat puszczanych przez polityków bączków. A także krytykę za rozrzutność polskiego rządu – Węgrzy rozdawali gościom symboliczne bądź praktyczne prezenty, m.in. cukierki i pendrivy.

Za bączkami ciągnie się również podejrzenie o plagiat, bo na pomysł wystylizowania bączka w sposób przypominający ludową tancerkę już w latach 50. wpadła plastyczka Maria Veltuzen.

MSZ zamówiło bączki z wolnej ręki, nie przeprowadzono na upominki żadnego konkursu konkurencyjnych ofert – negocjowano z firmą Smaga Projektanci. Nie jest jasne, jakie jest wynagrodzenie firmy.

1 milion złotych za firmę PR-ową

Polskie przewodnictwo w Radzie UE mają reklamować również droższe gadżety. Na liście przedmiotów promocyjnych znajduje się 167 spinek z krzemienia pasiastego w srebrze i 360 aktówek, którymi obdarowani zostaną wysoko postawieni urzędnicy.

Jak podała nam Monika Janus-Klewiado z MSZ, „wszystkie upominki wręczane podczas polskiej prezydencji, a więc także bączki, zostały wybrane przez MSZ z „Katalogu rekomendowanych upominków i prezentów polskiej Prezydencji w Radzie UE w II połowie 2011 r.”,  który został opracowany specjalnie na potrzeby MSZ przez eksperta zewnętrznego z zakresu brandingu, komunikacji i promocji”.

Na promocję polskiej prezydencji Urząd Komitetu Integracji Europejskiej wydał już 25,2 mln zł. Dotyczy to organizacji spotkań, konferencji, a także różnego rodzaju akcji społecznych.

Specjalną pozycję w budżecie polskiej prezydencji stanowi wynagrodzenie firmy Public Relations Burson-Marsteller. Wynajęta została przez rząd Tuska do obsługi techniczno-logistycznej konferencji. Jej usługi mają kosztować ponad 1 mln euro.

7,2 miliona złotych za zarządzanie miejscami hotelowymi

W okresie prezydencji polski rząd zaplanował organizację wielu spotkań z udziałem zagranicznych gości. – Koszt wydarzeń organizowanych na szczeblu centralnym to ok. 100 mln zł – poinformował Niezależną. pl rzecznik polskiej prezydencji Konrad Niklewicz. Pieniądze te mają być przeznaczone przede wszystkim na obsługę konferencyjną, catering, wynajem obiektów na spotkania oraz uroczyste kolacje, transport, tłumaczenia, rezerwacje hotelowe czy zakup usług korzystania z saloników VIP. Kwota ta nie uwzględnia kosztów związanych z ochroną i bezpieczeństwem spotkań (37 mln zł). Nie obejmuje też wielu imprez organizowanych przez poszczególne resorty.

Zdumiewającą pozycją w wydatkach jest wartość umowy z Polish Travel Quo Vadis Sp. z o.o, która ma zarządzać rezerwacjami hoteli – otrzyma ona prawie 7,2 mln zł. Ile netto przypadnie tej spółce, oficjalnie nikt nie chce podać. Jak informowali przedstawiciele MSZ, w tej kwocie zawiera się także koszt pokoi hotelowych dla delegacji przybywających na spotkania centralne. Spotkań ma być ok. trzydziestu, a zgodnie z ogólnymi zasadami Polska ma płacić za pobyt przewodniczącego delegacji i jednego członka. Ile delegacji może przyjechać na jedno spotkanie? Średnio tyle, ile krajów ma UE. Można policzyć więc, przyjmując ceny luksusowych apartamentów jako mnożnik, ile na rękę może otrzymać nieznana spółka Polish Travel Quo Vadis.

10 milionów złotych na koncerty

Łączna suma, jaką przeznaczono na organizację koncertów inauguracyjnych na kilku scenach w Warszawie, sięgnęła 10 mln zł. Pieniądze przeznaczono przede wszystkim na koncert główny na pl. Defilad, którego autorami byli Krzysztof Materna i Kuba Wojewódzki.

– W tym momencie trudno się dowiedzieć, jaki był koszt tego ostatniego koncertu. Kosztorysy są dopinane – dowiedzieliśmy się w Narodowym Instytucie Audiowizualnym, gdzie zapytaliśmy o gaże gwiazdy TVN, Kuby Wojewódzkiego i Krzysztofa Materny.

Koncert na pl. Defilad transmitowany był przez TVP. Przyciągnął wyjątkowo niską widownię, bo zaledwie 900 tys. widzów, co należy uznać za prestiżową porażkę autorów koncertu.

1200 osób personelu

Biuro rzecznika MSZ poinformowało „Gazetę Polską”, iż nie zna łącznej liczby wszystkich urzędników zatrudnionych przy obsłudze polskiej prezydencji. Poszczególne ministerstwa przydzieliły związane z tym funkcje swoim pracownikom. Ale korpus prezydencji liczy znacznie więcej niż oddelegowani urzędnicy – bo ok. 1200 osób. Nie obejmuje to całej grupy ekspertów merytorycznych, pracowników placówek dyplomatycznych, jak i wielu innych osób zajmujących się obsługą wydarzeń towarzyszących organizowanych w Polsce i Brukseli.

Staraliśmy się uzyskać odpowiedź, jakie jest średnie wynagrodzenie pracownika zatrudnionego do obsługi naszego przewodnictwa w UE. Mimo że cały sztab ludzi i fachowców od PR najęto tylko po to, by zajmowali się polską prezydencją, nikt nie chciał nam udzielić odpowiedzi w tak prostej sprawie.

430 milionów złotych – czyli prezydencja z gestem

Sumę nakładów na przewodnictwo Polski w Radzie Unii Europejskiej ustalił Urząd Komitetu Integracji Europejskiej we współpracy z ministerstwami oraz innymi urzędami centralnymi.

Z kwoty 430 mln zł – 377,2 (88 proc.) będzie pochodzić z polskiego budżetu. 52,8 mln zł (12 proc.) doda UE. Rząd Donalda Tuska w 2010 r. przeznaczył 106,6 mln zł, do końca 2011 r. planuje wydatek 305,8 mln zł, a w 2012 r. kolejnych 17,1 mln zł. Łącznie to kwota 429,5 mln zł. W porównaniu do innych państw polski rząd okazał pod tym względem niezrozumiałą hojność, zwłaszcza wobec trwającego kryzysu gospodarczego. Skromniejsza od polskiej była np. prezydencja szwedzka. Kraj ten przeznaczył na ten cel ponad 90 mln euro. Oszczędniej niż Polska środkami budżetowymi posługiwały się rządy Portugalii i Słowenii. Oba państwa wydały w czasie okresu przewodnictwa w Radzie UE po 70 mln euro.

Artykuł pochodzi z najnowszego wydania tygodnika "Gazeta Polska"
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze


Wczytuję komentarze...

„Fake newsy wyssane z palca”. Minister ostro o rzekomej rekonstrukcji rządu

Rząd Mateusza Morawieckiego / flickr.com/ Kancelaria Premiera/ creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/

  

Nie ma planu rekonstrukcji rządu przed wyborami do Parlamentu Europejskiego - podał dziś szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin. Dodał, że informacje o możliwej rekonstrukcji rządu to fake newsy.

Przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów Jacek Sasin ocenił dziś na antenie Radia Zet, że informacje o możliwej rekonstrukcji rządu to "fake newsy wyssane z palca, informacje podawane przez gazety żyjące sensacją". Podkreślił, że nie ma projektu, planu ani pomysłu rekonstrukcji rządu.

Komentując uwagę, że tematem rekonstrukcji można przykryć temat KNF, Sasin ocenił, że nie chodzi o to, żeby temat przykrywać, tylko go wyjaśnić i mówić na ten temat prawdę.

Jak wyjaśnił, chodzi o to, aby "odrzucać cały zalew nieprawdziwych informacji, który produkuje przy tej okazji opozycja i pokazać naszą wiarygodność, która polega też na tym, że w naszym obozie politycznym również mogą znaleźć się osoby, które po pierwsze nie dorosły do funkcji, które sprawują, które mają problemy ze zrozumieniem swojej roli i odpowiedzialności". Potwierdził, że ma na myśli byłego szefa KNF Marka Chrzanowskiego.

Pytany, czy będzie rekonstrukcja przed wyborami do PE, Sasin odparł, że nic mu na ten temat nie wiadomo i nie ma dziś żadnego planu rekonstrukcji. Komentując informacje, że "wcześniej słyszeliśmy, że kilku ministrów odejdzie, bo będzie kandydować do PE" podkreślił, że to są doniesienia medialne i nigdy nie było takiego komunikatu.

Sasin wskazał, że w każdej partii trwają rozmowy nad tym, kto będzie kandydatem do PE w wyborach i "jest naturalne, że o tym się rozmawia". Zaznaczył przy tym, że nie ma prawnego obowiązku, że jeśli ktoś chce kandydować do PE, musi wcześniej zrezygnować z pełnionej funkcji. Dopytany, czy wymiana nastąpi, jeśli dani ministrowie dostaną się do PE ocenił, że "to jest oczywiste i naturalne, bo nie można łączyć mandatu europarlamentarnego ze stanowiskiem rządowym".

Sasin nazwał też "kolejną kaczką dziennikarską" informacje, że w PiS był rozważany scenariusz przyspieszonych wyborów.

Różni informatorzy pewnie różne głupstwa często plotą i nie mam za złe dziennikarzom, że czasami tego typu informacje również postanawiają ujawnić. Natomiast nie ma i nie było żadnego poważnego planu, ani w ogóle nie było żadnego planu przyspieszania wyborów. My się umówiliśmy na cztery lata z Polakami. Cztery lata wypełnimy i niech nas Polacy wtedy ocenią, czy to były dobre cztery lata. Uważam, że ta ocena będzie pozytywna

- powiedział.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl, PAP

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl