Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Starcie w Zatoce. „Gazeta Polska” o wojennych scenariuszach USA i Iranu

Wszystko zmierza ku wojnie na Bliskim Wschodzie. Iran nie spełni bowiem żądań USA. Gotów jest co najwyżej (znów) oszukiwać w kwestii programu atomowego. Z kolei Donald Trump zbyt dużo już zainwestował politycznie i militarnie w rozwiązanie problemu irańskiego, by teraz odpuścić bez działań wojskowych. Można się więc tylko zastanawiać, jak będzie wyglądał atak amerykański i jak odpowie na to Iran - pisze "Gazeta Polska".

Pierwsze groźby USA pojawiły się w trakcie eskalacji protestów w Iranie i brutalnego ich tłumienia przez reżim. Amerykanie nie uderzyli jednak od razu nie tylko z powodu braku wystarczających sił w regionie, lecz także z obawy o bezpieczeństwo sojuszników i partnerów. Nie byliby bowiem w stanie zwiększyć ich ochrony przed odwetowym atakiem Iranu. To nie przypadek, że nie tylko arabskie kraje regionu, ale też Izrael odwodziły Trumpa od pomysłu szybkiego ataku. Jednak z każdym kolejnym tygodniem sytuacja się zmienia. Pentagon wciąż ściąga do regionu siły uderzeniowe oraz dodatkowe systemy obrony powietrznej do ochrony swoich sił i sojuszników. Do baz amerykańskich w Kuwejcie, Jordanii, Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej i Katarze ściągane są dodatkowe elementy systemów THAAD i Patriot. To oznacza, że Waszyngton zakłada poważny odwet irański i możliwość długotrwałej wymiany ciosów z powietrza. Sądząc po gromadzonym na Bliskim Wschodzie potencjale militarnym, jedynie demonstracja siły nie interesuje Amerykanów. Tym razem może chodzić o ciężkie i najlepiej rozstrzygające uderzenie w Iran.

Trzy żądania Trumpa i armada USA

30 stycznia Donald Trump oświadczył: „W kierunku Iranu zmierza ogromna flota, większa niż ta, która została wysłana do Wenezueli. Jeśli dojdziemy do porozumienia, to dobrze. Jeśli nie, to zobaczymy, co się stanie”. USA postawiły Iranowi trzy żądania: ostateczne zaprzestanie wzbogacania uranu i utylizacja jego obecnych zapasów; ograniczenie liczby i zasięgu rakiet balistycznych; zaprzestanie wszelkiego wsparcia dla sprzymierzonych z Teheranem radykalnych ugrupowań na całym Bliskim Wschodzie. Wydaje się, że Iran do ustępstw gotowy jest tylko w pierwszym punkcie. Ale i to będzie bardzo trudne do skontrolowania. Spełnienie dwóch pozostałych żądań oznaczałoby de facto rezygnację Teheranu ze statusu regionalnego mocarstwa.

Trump dostał z końcem stycznia od swoich współpracowników, w tym w Pentagonie, listę opcji ataku na Iran. Wśród nich jest potężne, zmasowane bombardowanie najważniejszych obiektów państwa i Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Inne możliwości to ataki na symboliczne cele reżimu, co miałoby dać przestrzeń do eskalacji bombardowań, jeśli Iran nie zgodzi się na zakończenie programu nuklearnego. Potencjalnymi celami ataków mogą być irańscy przywódcy, szefowie sił bezpieczeństwa odpowiedzialni za śmierć protestujących podczas niedawnych protestów, a także zakłady produkujące i przechowujące materiały związane z programem jądrowym oraz instytucje państwowe. Optymalny scenariusz to dokonane z chirurgiczną precyzją ataki na cele wojskowe, tak by straty wśród cywilów były minimalne. Tyle że taki scenariusz, choć oznacza osłabienie militarne Iranu, nie musi otwierać drogi do zmiany reżimu. Nie musi też skłonić Teheranu do spełnienia wspomnianych żądań USA.

W rejonie Bliskiego Wschodu jest już co najmniej 10 dużych lub średniej wielkości okrętów wojennych USA. To nie tylko lotniskowiec Abraham Lincoln, lecz także niszczyciele uzbrojone w wyrzutnie pocisków manewrujących Tomahawk. Na pokładzie lotniskowca znajdują się 64 samoloty bojowe. To potężna siła uderzeniowa, której Iran, po zdziesiątkowaniu jego obrony powietrznej w czerwcu 2025 roku, nie ma się czym przeciwstawić. Na pokładzie Abrahama Lincolna są „niewidzialne” F-35C, szturmowe F/A-18E/F Super Hornet, jak też samoloty EA-18G Growler i E-2D Advanced Hawkeye oraz eskadra CMV-22B Osprey. Do tego dochodzą dwie eskadry śmigłowców MH-60R/S Seahawk. W skład grupy uderzeniowej wchodzą również krążownik rakietowy Mobile Bay oraz trzy niszczyciele Frank E. Petersen Jr., Spruance i Michael Murphy, również wyposażone w pociski manewrujące Tomahawk.

Ponadto w składzie grupy są oddziały marines gotowe do przeprowadzenia operacji specjalnych. Oprócz grupy uderzeniowej lotniskowca na Bliski Wschód dotarły dodatkowo uzbrojone w pociski manewrujące niszczyciele Roosevelt, Delbert D. Black, Mitscher i McFaul oraz korwety Canberra, Tulsa i Santa Barbara.

Powietrzna potęga to nie tylko samoloty Lincolna. USA dysponują obecnie w regionie dziesiątkami strategicznych bombowców B-52H. Do tego w styczniu trzy eskadry myśliwców F-15E zostały przeniesione z Wielkiej Brytanii do bazy w Jordanii. W bezpośrednim sąsiedztwie granic Iranu znajduje się od 30 do 40 tys. żołnierzy USA. W katarskich bazach Ash Shaylia i Al Udeid stacjonuje około 10 tys. żołnierzy. Kuwejcka baza Camp Arifjan jest amerykańskim centrum logistycznym dla operacji lądowych, gdzie są znaczne oddziały pancerne. W Jordanii i Iraku stacjonują kontyngenty amerykańskie zapewniające ochronę granic i bezpieczeństwo obiektów. Jednostki marines przeznaczone do operacji desantowych stacjonują w siedzibie V Floty w Bahrajnie. 

Asymetryczny odwet Iranu: Ormuz i oś oporu

Co zrobi Iran w obliczu amerykańskiej kampanii wojskowej wymierzonej w reżim? „Trump za dużo gada, ale zapewniamy go, że odpowie na to na polu bitwy” – powiedział dowódca Sił Powietrznych IRGC, generał Majid Mousavi. Sądząc po retoryce, Teheran stara się nie dopuścić do atak USA, ale sygnalizuje również gotowość do eskalacji, jeśli odstraszanie nie zadziała. Niektórzy decydenci reżimu uważają, iż jedynym wiarygodnym środkiem odstraszającym jest groźba długotrwałej, kosztownej wojny. Pod względem możliwości odparcia ataku z powietrza Iran jest obecnie praktycznie bezbronny. Jednak nadal dysponuje arsenałem kilku tysięcy rakiet krótkiego i średniego zasięgu, które są zasilane paliwem stałym i dlatego trudno je wykryć. Stanowią one realne zagrożenie przede wszystkim dla małych krajów arabskich regionu, gdzie znajdują się amerykańskie bazy. Irańskie siły zbrojne dysponują również rakietami manewrującymi i dronami, które prawdopodobnie spróbują wykorzystać do zniszczenia amerykańskich okrętów.

Najbardziej niebezpieczny scenariusz obejmowałby bezpośrednie ataki na amerykańskie okręty wojenne w Zatoce Perskiej – najwyraźniejsze symbole amerykańskiej potęgi militarnej. Irańscy planiści wiedzą, że jest to wyjątkowo ryzykowna opcja i trudna do zrealizowania operacyjnie. Wszelkie konfrontacje morskie między Stanami Zjednoczonymi a Iranem opierałyby się zatem na doktrynie taktyki roju stosowanej przez marynarkę wojenną IRGC: duża liczba szybkich łodzi uzbrojonych w pociski, działających z rozproszonych baz przybrzeżnych, nękających, otaczających i badających amerykańskie okręty. W konflikcie o wysokiej intensywności takie roje mogłyby być połączone z minami morskimi i ostrzałem rakietowym z lądu, aby stworzyć gęste i dezorientujące środowisko zagrożenia, mające na celu nasycenie obrony USA.

Jednym z najpotężniejszych narzędzi odwetowych Iranu pozostaje jego teoretyczna zdolność do blokowania transportu ropy z Zatoki Perskiej, gdzie wydobywa się do 40 proc. światowej produkcji surowca. Około 20 proc. światowych dostaw ropy naftowej przechodzi przez wąską cieśninę Ormuz między brzegami Iranu i Omanu, łączącą Zatokę Perską z otwartym oceanem. Przez lata Iran rozważał możliwość zablokowania tej trasy. W cieśninie Ormuz marynarka wojenna Iranu rozmieściła okręty podwodne klasy Fateh, którym towarzyszą miniaturowe okręty podwodne Ghadir przystosowane do pływania po płytkich wodach Zatoki Perskiej. Ich rozmieszczenie stanowi celową, strategiczną eskalację asymetrycznej doktryny morskiej Teheranu, wykorzystującą wojnę podwodną do zniwelowania przewagi sił morskich Stanów Zjednoczonych.

Oprócz presji morskiej Iran prawie na pewno będzie dążył do aktywizacji swojej regionalnej sieci sprzymierzonych grup zbrojnych. Chociaż ci proxies zostali osłabieni w ostatnich dwóch latach w konfrontacji z Izraelem (Hamas, Hezbollah, Huti) i z zachodnią koalicją (Huti), nadal zapewniają Teheranowi pewną strategiczną głębię i elastyczność, umożliwiając ataki na interesy USA i sojuszników, przy jednoczesnym zaprzeczaniu przez Teheran swego w tym udziału. Obecnie najgroźniejsze wydają się iracki milicje szyickie, a ich celem byłyby bazy amerykańskie w regionie, co wiąże się z mniejszym ryzykiem eskalacji niż ataki na Izrael lub państwa Zatoki Perskiej.

Źródło: Gazeta Polska

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane