— Chcę jasno powiedzieć, że nie chodzi o to, żeby Japonia podjęła działania wojskowe, jeśli Chiny i Stany Zjednoczone wdadzą się w konflikt (o Tajwan) — oświadczyła w poniedziałek szefowa japońskiego rządu na antenie Asahi TV. Jak zaznaczyła, w przypadku poważnego kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej priorytetem byłoby udzielenie pomocy obywatelom japońskim i amerykańskim. Podkreśliła też, że wszelkie działania władz w Tokio muszą „ściśle mieścić się w granicach prawa”.
Japońska pacyfistyczna konstytucja zabrania prowadzenia wojny, dopuszczając użycie siły jedynie w ramach samoobrony, gdy zagrożone jest istnienie państwa.
Takaichi zdystansowała się tym samym od swojej wypowiedzi z listopada, gdy zasugerowała bardziej bezpośrednie zaangażowanie strony japońskiej. Deklaracja szefowej rządu doprowadziła wówczas do drastycznego pogorszenia relacji Tokio z Pekinem. Chiny, które uznają Tajwan za część własnego terytorium, zareagowały na oświadczenie Takaichi m.in. sankcjami handlowymi.
Premier zaznaczyła jednak, że gdyby siły USA zostały zaatakowane, a Japonia „po prostu uciekła”, sojusz jej państwa ze Stanami Zjednoczonymi mógłby być zagrożony.
Szefowa rządu wywołała dodatkowe poruszenie, wymieniając Koreę Północną na równi z Chinami i Rosją jako „państwo posiadające broń jądrową”. Choć eksperci szacują wielkość arsenału atomowego Pjongjangu na około 50 głowic, oficjalna doktryna dyplomatyczna Tokio nie uznaje statusu nuklearnego reżimu Kim Dzong Una. Zastępca sekretarza rządu Kei Sato wyjaśnił we wtorek, że słowa Takaichi miały jedynie zwrócić uwagę na „wymagające środowisko bezpieczeństwa” w regionie, a stanowisko rządu, uznające zbrojenia Północy za nieakceptowalne, pozostaje niezmienne.
Seria wypowiedzi Takaichi zbiegła się w czasie z początkiem 12-dniowej kampanii wyborczej do Izby Reprezentantów. Takaichi, która rozwiązała izbę niższą w ubiegłym tygodniu, liczy na zwycięstwo w głosowaniu, zaplanowanym na 8 lutego. Jej celem jest uzyskanie stabilnej większości dla nowej koalicji z Japońską Partią Innowacji.