Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Świat

Przyszłość Unii

Nowo wybrany premier Grecji Antonis Samaras postanowił odbyć swoje trzy pierwsze podróże do następujących stolic: Berlina, Paryża i Brukseli.

Autor:

Nowo wybrany premier Grecji Antonis Samaras postanowił odbyć swoje trzy pierwsze podróże do następujących stolic: Berlina, Paryża i Brukseli. Lider bankrutującego państwa w ten sposób pokazuje, gdzie jest dziś realny ośrodek władzy politycznej w Europie, który decyduje również o przyszłości jego kraju.

Dlaczego Bruksela, stolica Unii Europejskiej, jest celem wizyty greckiego premiera dopiero po stolicy Niemiec i Francji? Choćby dlatego, że José Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, swoistego „rządu europejskiego”, naciskany przez Guya Verhofstadta, byłego premiera Belgii, by wyszedł z kompleksową propozycją reform finansowych i politycznych w UE, odpowiedział mu, „że czeka na zielone światło, na wspólne stanowisko Berlina i Paryża”. Taki mamy dziś realny układ sił – w Europie decyzje zapadają przede wszystkim w duumwiracie niemiecko-francuskim ze wzrastającą w nim pozycją Berlina.

Punkt zwrotny Europy

Po kolejnym, dwudziestym już w ostatnich dwóch latach szczycie europejskim mającym znaleźć drogi wyjścia z pogłębiającego się kryzysu gospodarczego w Europie wiemy, że zdecydowana większość współczesnych europejskich elit politycznych widzi tylko jeden kierunek wyjścia z tej sytuacji: pogłębianie integracji. Drogą do tego mają być nowe unie: bankowa (właśnie przyjęta), fiskalna, budżetowa, a w konsekwencji unia polityczna w postaci federalnego, europejskiego państwa.

Musimy zdawać sobie sprawę, że zjednoczona Europa jest dziś w najważniejszym od 20 lat (od czasu traktatu z Maastricht) punkcie zwrotnym. Chcąc wyjść z kryzysu, większość jej elit postuluje „więcej Europy w Europie”, co skończyć się może po prostu federalnym państwem europejskim. Tylko nieliczni zwracają uwagę, że jest to próba gaszenia pożaru benzyną. Jeśli szukać najgłębszych przyczyn obecnego kryzysu, to wziął się on przede wszystkim z nadmiernego, sztucznego przyspieszania procesu integracji przez coraz bardziej zniecierpliwioną elitę europejską.

Groźna utopia

Jest kilka problemów, które wskazują, że forsowanie federalnego państwa europejskiego jest nową, niebezpieczną utopią, abstrahującą od społecznych i świadomościowych realiów.

Po pierwsze, nie ma „narodu europejskiego”, który chciałby takiego tworu. Europejczycy nadal uważają się przede wszystkim za Niemców, Francuzów, Włochów czy Polaków i w swojej większości nie mają ochoty rezygnować z zalet istnienia państwa narodowego, realizującego narodowe interesy. Forsowanie na siłę dalszej integracji z pewnością umocni siły eurosceptyczne, a nawet przeciwne integracji w poszczególnych krajach.

Po drugie, nie ma „europejskiej opinii publicznej”, która mogłaby być wyrazicielem czegoś, co można by było w przyszłości nazwać „europejskim dobrem wspólnym”.
Po trzecie, trudno sobie wyobrazić demokratyczny wybór władz na poziomie europejskim (europejskiego rządu czy prezydenta). Już dziś większość instytucji europejskich nie wywodzi się z werdyktu demokratycznego, lecz z zakulisowych ustaleń przywódców państw narodowych i silnego lobby eurokratów. 

Po czwarte, w Europie ukształtował się dziś nowy układ sił. Tylko naiwni nie dostrzegają, że hasło „więcej integracji” oznacza dziś przede wszystkim przekazanie większej władzy Niemcom, a jednocześnie uszczuplanie suwerenności słabszych bądź mniejszych państw. Nie przypadkiem to właśnie politycy niemieccy mówią już bez ogródek, że mogą zdobyć się na większą finansową solidarność wobec stojących na skraju bankructwa państw południa Europy, pod warunkiem, że zaczną one rezygnować z poszczególnych elementów swojej suwerenności państwowej. Poczynając od kontrolowania ich banków, następnie budżetów, na końcu decyzji politycznych.

Po piąte wreszcie, dziś „większa integracja” planowana jest w gruncie rzeczy dla państw będących w unii walutowej euro. Jej realizacja oznaczałaby więc już nie Europę dwóch prędkości, lecz po prostu rozpad Unii Europejskiej w kształcie, który dotąd znaliśmy i który wydawał się korzystny dla wszystkich.

Mniej Unii w Unii

Nie wiem, czy jest to realne, ale może na agendzie należałoby postawić wniosek przeciwny – że znając głębokie przyczyny obecnego kryzysu, należy dążyć nie do większej integracji, lecz do dwóch, trzech kroków w tył. Kryzys bankowy powinien po prostu skończyć się bankructwem nieroztropnych banków, a nie nieustannym pompowaniem w nie pieniędzy. Stany Zjednoczone nie miały problemu ze zgodą na upadek potężnego banku Lehman Brothers, a Islandczycy nie pozwolili swoim politykom na ratowanie nieodpowiedzialnych banków. Oba kraje wyszły z kryzysu finansowego znacznie szybciej.

Euro, jako sztuczny twór, bardziej polityczny niż gospodarczy, powinno zawęzić się do krajów o podobnym poziomie gospodarczego rozwoju i kulturze gospodarczej (w gruncie rzeczy oznaczałoby to wspólną walutę w Niemczech, Austrii, krajach Beneluksu, bo już nie wiadomo, czy we Francji). Pozostałe kraje tej strefy mogłyby stworzyć euro bis lub powrócić do narodowej waluty.

Instytucje europejskie należałoby uczynić „lżejszymi”, by pilnowały tylko tego, co w procesie integracji europejskiej najcenniejsze – wspólnego wolnego rynku, czyli wolnego przepływu kapitału, ludzi i usług (choć to ostatnie wciąż przed nami). Najważniejsze decyzje powinny zapadać na szczytach przywódców państw narodowych mających demokratyczny mandat, a wykonywać je powinny zwykłe dyrekcje wykonawcze w Brukseli. Należy skończyć z radosną twórczością prawną i ideologiczną okopanych na swoich stanowiskach eurokratów, którzy a to wymyślają ideologiczne dokumenty o „wpływie nierówności między kobietami a mężczyznami na zmiany klimatu na świecie”, a to każde żywe i zdrowe zjawisko gospodarcze chcą natychmiast regulować szczegółowymi dyrektywami kontrolnymi.

Nawet jeden z najważniejszych urzędników obecnego rządu polskiego odpowiedzialny za politykę europejską powiedział ostatnio, że boi się nowych traktatów europejskich, gdyż każdy kolejny jest gorszy od poprzedniego. Najlepsze były te sprzed 50–60 lat. Wówczas jednocząca się Europa skupiała się na rozszerzaniu wolnego rynku, dziś skupia się na regulacjach i ograniczeniach. A także na poprawnościowych projektach ideologicznych. Również z tego względu warto przyhamować proces integracji, by doczekać czasów, gdy wśród elit europejskich będą dominowali ludzie niewstydzący się wielkości cywilizacji europejskiej, jej korzeni religijnych, filozoficznych i prawnych.

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

AKTUALNE PETYCJE

NAJNOWSZE Świat