Premier League od zawsze kojarzyła się z walką o tytuł na górze tabeli i desperacką walką o utrzymanie na dole. W tym sezonie jednak najciekawsze rzeczy dzieją się… w środku. Na kilka kolejek przed końcem aż dziewięć drużyn dzieli zaledwie siedem punktów — od piątego do trzynastego miejsca. Takiego ścisku na tym etapie sezonu dawno nie było.
Beniaminkowie łamią schemat
Przez trzy poprzednie sezony wszystkie trzy drużyny awansujące do Premier League spadały od razu z powrotem do Championship. Bez wyjątków. To był niepokojący sygnał, że różnica poziomów między ligami zrobiła się zbyt duża.
Ten sezon całkowicie zmienia narrację.
Leeds zajmuje 15. miejsce z dorobkiem 40 punktów — może bez fajerwerków, ale spokojnie zapewniło sobie utrzymanie. Do tego doszło zwycięstwo na Old Trafford z Manchesterem United w kwietniu — pierwsze od 45 lat. Swoje momenty zdecydowanie mieli.
Tymczasem tylko Burnley spada, a ich porażka z Manchesterem City przypieczętowała relegację — scenariusz, który wielu typujących zakłady bukmacherskie mogło przewidzieć. Dwa z trzech beniaminków utrzymujące się bez większego stresu to wyraźna zmiana względem ostatnich lat, kiedy Championship przypominało drzwi obrotowe.
Ponad stan
Najlepszym przykładem tego, co dzieje się w środku tabeli, jest Brentford. Ich budżet płacowy plasuje się gdzieś na 18.–19. miejscu w lidze, stracili kilku kluczowych zawodników, przeszli zmianę trenera w trakcie sezonu… a mimo to mają 48 punktów i realnie walczą o europejskie puchary.
Do tego dochodzi Everton z 47 punktami — wynik, który przed sezonem brzmiałby jak żart. Klub, który jeszcze niedawno zmagał się z odjęciami punktów i balansował na granicy spadku, dziś jest na równi z Brentford i tylko punkt za Chelsea. Wypożyczenie Grealisha z City wyraźnie im pomogło — w końcu wyglądają jak poukładana drużyna.
Skąd ta zmiana?
Kluczowe jest nie tyle ile pieniędzy się wydaje, ale jak się je wydaje. Różnice budżetowe między Brentford a Manchesterem City nadal są ogromne, ale różnice w jakości decyzji sportowych znacząco się zmniejszyły.
Kluby ze środka tabeli znacznie poprawiły scouting, rozwój zawodników i organizację gry. Tworzą systemy, które działają nawet przy brakach kadrowych. Sunderland po awansie nie poszedł starą drogą, czyli sprowadzaniem przepłaconych „odpadów” z Premier League. Zamiast tego zakontraktowali Xhakę, sprowadzili Talbiego, utrzymali trzon drużyny i na nim budują. To bardziej zrównoważony model — i zaczyna przynosić efekty.
Gdzie tu wartość?
Rynek wciąż często wycenia mecze drużyn ze środka tabeli tak, jakby istniała między nimi wyraźna hierarchia. Tymczasem w tym sezonie spotkania zespołów z miejsc 6–13 są ekstremalnie wyrównane.
Gdy dziewięć drużyn mieści się w przedziale siedmiu punktów, każdy mecz między nimi staje się trudny do przewidzenia. I właśnie tutaj pojawia się value dla graczy — szczególnie na rynkach remisów oraz under 2.5 gola, gdzie niewielkie różnice jakości często przekładają się na zamknięte, wyrównane spotkania.
Co ciekawe, różnica punktowa między 5. a 13. miejscem jest mniejsza niż między 13. miejscem a strefą spadkową. To chyba najlepiej pokazuje, gdzie w tym sezonie toczy się prawdziwa rywalizacja.