Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) w minionym tygodniu ogłosił listę siedmiu chętnych do przeprowadzenia letnich igrzysk w 2036 roku, a taka data też pojawiała się w kontekście starań Polski.
- Sprawa kandydatury Polski do organizacji igrzysk 2036 jest definitywnie zamknięta. Wobec zagrożeń kraju i powołując się na wypowiedź premiera Donalda Tuska, że „żyjemy w czasie przedwojennym”, byłaby to deklaracje bez pokrycia
— powiedział Kmita.
Dlatego do MKOl została przekazana informacja, że Polskę interesują igrzyska w latach 2040 lub 2044. Nie wykluczył aplikowania o imprezę w roku 2048, gdyż wiele przesłanek wskazuje, że odbędą się one wówczas w Europie. Wspomniał, że przykład Francji (2024) i Włoch (2026) przekonuje, że te kraje, organizując, odpowiednio letnie i zimowe igrzyska, osiągnęły gigantyczny sukces, nie tylko w wymiarze finansowym.
- To powinno być dla nas drogowskazem. Te nacje po igrzyskach odczuwają dumę, wzrosła tam tożsamość narodowa. Oba kraje pobiły własne rekordy medalowe wszech czasów
– wyliczał.
Kmita w połowie września przejął obowiązki prezesa po zatrzymanym i aresztowanym na trzy miesiące Radosławie Piesiewiczu. Jak podkreślił, są cztery priorytety, na których mu najbardziej zależy. Przede wszystkim wskazał, że zostały nawiązane dobre relacje z Ministerstwem Sportu i Turystyki. Dzięki temu resort przekazał dotację na IV Letnie Młodzieżowe Igrzyska Olimpijskie (31 października – 13 listopada), w tym na przeloty rejsowymi samolotami do Dakaru. Termin ślubowania ekipy został wyznaczony na 29 października.
- Drugą historią, którą nas łączy, to jest sprawa Domu Polskiego w Los Angeles. Siatkarze mają już awans. Ten zastany projekt po moim poprzedniku średnio nam się podobał. Współpracujemy jednak w tej sprawie m.in. z MSZ i Konsulatem Generalnym — powiedział i zaznaczył, że to przełom i rokowania ws. przyszłej współpracy z resortem są znakomite.
Wybrana została firma EY (Ernst&Young) Polska, która do połowy listopada przeprowadzi audyt. Cezura czasowa kontroli dokumentów liczy się od 1 stycznia 2023 do 27 sierpnia br.
Prezes PKOl przyznał też, że stowarzyszenie stara się otworzyć na media i nie boi się trudnych pytań. Kolejną kwestią jest pozyskanie sponsorów, zarówno z sektora państwowego, jak i prywatnego. Konkrety powinny zostać ogłoszone do końca roku.
Kolejną bardzo ważną kategorią są prace nad statutem. Jak przekazał, PKOl wysłał projekt do wszystkich członków, czyli 106 instytucji, które zrzesza Komitet. Komisją Statutową kieruje prof. Tadeusz Tomaszewski.
- Uważam, że to jest kluczowa sprawa. Te niedomagania statutowe, niedoprecyzowanie zależności między zarządem, prezydium a prezesem, dotyczące systemu kontroli, potrzeby informowania, kompetencji były luźno opisane. Stąd nasze kłopoty — ocenił.
Prace nad nowym statutem powinny zakończyć się najpóźniej na początku lutego. Kolejnym krokiem będzie zwołanie Walnego Zebrania Statutowego, aby uchwalić dokument.
Ważną sprawą jest spłata długu, który przekroczył 3,5 miliona złotych. Do zamknięcia roku PKOl potrzebuje w sumie 6,5 miliona.
- Nie ma szansy, żebyśmy wyszli na zero do końca roku, bo nie mamy takich zasobów. Rozmawiamy z wierzycielami. Taki najbardziej dotkliwy dług mamy wobec firmy, która użyczała nam samochodów. W sumie 1,5 mln do spłaty w tym roku. Dług rozłożyliśmy na raty po 500 tys. Ostatnią spłacimy w marcu. Cały czas jesteśmy na granicy płynności, choć nasza wiarygodność powoli wraca — wskazał.
- A przysłowiowych trupów z szafy wypada coraz mniej — nadmienił.
Zwrócił uwagę, że wyjaśniany jest status prawny byłego już prezesa Radosława Piesiewicza, którego Kmita do końca kadencji zastąpił — jako jeden z wiceprezesów — na mocy uchwały zarządu PKOl.
- Staramy się działać etapowo. Najpierw trzeba rozwiązać umowę, Piesiewicz ma sześciomiesięczne wypowiedzenie. Musimy to zrobić w tym miesiącu, żeby nie sprawić kłopotu nowemu zarządowi, nowemu prezesowi. Druga historia wiąże się z jego członkostwem w zarządzie. Raczej to zostało definitywnie przesądzone, tylko chodzi o technikę prawną, aby później nie podróżować po sądach w tej sprawie — tłumaczył.
Wspomniał, że jego drogi z byłym szefem PKOl zaczęły się rozchodzić po igrzyskach w Paryżu. Później, gdy nastąpiła zmiana na stanowisku ministra sportu, retoryka Piesiewicza się nie zmieniła. Dalej była „święta wojna”, a przecież z „każdym ministerstwem trzeba iść pod rękę”.
- Umowa z Zondacrypto to była raca rzucona do beczki z prochem — obrazowo opisał.
Kmita ujawnił, że PKOl planuje swoistą rewolucję, aby Komitet „nie był tylko garderobą i biurem podróży reprezentacji olimpijskiej”. Chce też, aby Komitet włączył się do prac nad Strategią Polskiego Sportu.
- Mamy większe ambicje. Chcemy zacząć współpracować z resortami obrony narodowej, zdrowia i edukacji narodowej. W tym gorącym czasie dla Polski PKOl może np. odegrać rolę moderatora promowania postaw proobronnych dzięki sportowcom zatrudnionym w wojsku, takim jak np. Julia Szeremeta, Aleksandra Mirosław czy Klaudia Zwolińska — powiedział.
Pełniący obowiązki prezesa, zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami, od 19 października co najmniej do końca roku przejdzie na bezpłatny urlop w telewizji Polsat, gdzie jest dyrektorem ds. sportu.
Jeszcze nie zdecydował się, czy weźmie udział w wiosennych wyborach na szefa PKOl. Podkreślił, że jeśli tak się stanie, to wizję rozwoju Komitetu potraktuje w perspektywie dziesięcioleci, z metą na igrzyskach olimpijskich w Polsce.