Wsparcie dla mediów Strefy Wolnego Słowa jest niezmiernie ważne! Razem ratujmy niezależne media! Wspieram TERAZ »

Najszybsza Polka w historii. Aleksandra Lisowska przyznaje, że była gotowa na rekord Polski w maratonie

"Celem był rekord kraju i czas poniżej 2:26. Pojechałam do Walencji z nastawieniem, że to zrobię i innej opcji nie brałam pod uwagę" - powiedziała Aleksandra Lisowska, która od niedzieli jest najszybsza w historii Polką w maratonie. Dystans 42,195 km pokonała w 2:25.52.

Aleksandra Lisowska
Marek Biczyk - PZLA

Jak ocenia pani trasę maratonu i pogodę w Walencji? Czy te czynniki były kluczowe w uzyskaniu rekordu Polski?

Aleksandra Lisowska: Tak naprawdę oba te elementy w dniu biegu są najważniejsze. Forma formą, ale jakby warunki atmosferyczne i trasa byłyby trudne, to na pewno o rekord kraju byłoby dużo trudniej. A w formie najlepszej nie byłam i nie miałam luzu w bieganiu, ale trasa była bardzo szybka i płaska. Nie było żadnych wzniesień i podbiegów. Pogoda też panowała idealna. Nie było ani za zimno, ani za ciepło. Warunki były stworzone do bicia rekordów. Pierwszy raz startowałam w tak prestiżowym maratonie, gdzie na trasie było tylu ludzi. Dopiero na 13. kilometrze dotarłam do pacemakera, który prowadził bieg na wynik 2:26. To świadczy o tym, jak dużo osób uczestniczyło w tym maratonie. Wszystko ułożyło się perfekcyjnie i przełożyło się na końcowy efekt, choć nie byłam w optymalnej dyspozycji.

Jaka była pani taktyka na ten bieg?

A.L.: Chciałam biec równo i przyspieszyć na ostatnich dwóch kilometrach, bo wiedziałam, że to mój trzeci maraton i ostatni start w tym roku. Organizm był już zmęczony, czułam to na treningach. Ale byłam jak zaprogramowany robot. Wiedziałam, że trzeba zrobić solidną pracę i utrzymać formę. Zresztą cały ten sezon był solidnie przepracowany. Wiedziałam, że jeśli dopisze zdrowie oraz będzie dobra trasa i pogoda, to powinnam złamać 2:26, choć spodziewałam się, że będzie to kosztowało mnie mniej wysiłku. Wszystko było zaplanowane. Na półmetku miałam czas 1:13.01, czyli drugą połówkę przebiegłam minimalnie szybciej. Nadrobiłam na ostatnich dwóch kilometrach, podobnie jak w Rotterdamie, gdy walczyłam o minimum na igrzyska w Paryżu. Miałam rezerwę i wierzyłam, że dam radę w końcówce.

Nie było obaw, że rekord jednak ucieknie?

A.L.: Podobno był moment kiedy zwolniłam i oddaliłam się od rekordu, ale wiedziałam, że trzeba ruszyć na ostatnich dwóch kilometrach. Na samym finiszu uginały mi się nogi i miałam chwilę zwątpienia, gdy zobaczyłam zegar, bo zmęczenie było coraz większe. Zamknęłam oczy i powiedziałam sobie, że jednak ten rekord musi paść. Gdy wbiegłam na metę i zobaczyłam czas 2:25.52, to byłam już spokojna, ale upewniałam się jeszcze, czy na pewno pobiłam rekord Polski.

Celowała pani w taki wynik właśnie pod koniec sezonu czy ten sukces jest dla pani zaskoczeniem?

A.L.: Wiedziałam, że zrobiłam wiele treningów na dużych prędkościach i dam radę to zrobić. Z drugiej strony dosyć późno skończyłam zgrupowanie w górach i nie miałam pełnej świeżości. Spodziewałam się jednak szybkiej trasy i dobrej pogody. Moim celem było trzymanie tempa na 2:26. Wiedziałam, że jeśli wytrzymam do 40. kilometra i ruszę w końcówce, to powinno się udać. I rzeczywiście wszystko odbyło się tak, jak sobie założyłam. Celem był rekord Polski i czas poniżej 2:26. Pojechałam do Walencji z nastawieniem, że to zrobię i innej opcji nie brałam pod uwagę. Miał być rekord Polski, no i jest.

Poprawiła go pani o 16 sekund. Poprzednią rekordzistką była Małgorzata Sobańska, która w 2001 roku uzyskała czas 2:26.08. Czy na tym poziomie to znacząca różnica?

A.L.: Wynik poniżej 2:26 jest bardzo fajny. To już naprawdę europejski poziom. Uważam jednak, że w przyszłości stać mnie na 2:23. Jednak ten rok był trudny. To były moje czwarte w tym roku przygotowania do maratonu. Pierwszy miałam biegać już w lutym, ale po drodze doznałam dwóch urazów. Później był maraton w Budapeszcie, gdzie zaszwankowało zdrowie, bo miałam problemy żołądkowe. Po mistrzostwach świata rozpoczęłam przygotowania do maratonu w Walencji. Nie liczę, ile przebiegłam kilometrów w tym roku, ale to był pracowity i bardzo trudny okres. Cieszę się, że potrafiłam się zmobilizować, byłam zdrowa i udało się zejść poniżej 2:26. Jestem świadoma, że stać mnie na więcej, ale w tym roku już nic bym z siebie nie wykrzesała. Teraz muszę odpocząć, zregenerować się i podziękować swojemu ciału za to, że wytrzymało ze mną, bo nie miało lekko. Bardzo ciekawe, jak szybko będę w stanie pobiec, gdy będę wypoczęta, po drodze nie będzie się nic działo i będę miała do przebiegnięcia tylko jeden maraton w roku.

Zwyciężczyni maratonu w Walencji - Etiopka Worknesh Degefa - uzyskała czas 2:15:51. Czy takie wyniki są w ogóle w zasięgu biegaczek z Europy?

A.L.: Uważam, że nie. Dziewczyny z Kenii i Etiopii urodziły się do biegania na takim poziomie. Europejkom trudno zbliżyć się do granicy 2:20. Myślę jednak, że 2:23 jest realne w moim wykonaniu. Uważam, że Europejki mogą tyle biegać. Natomiast na mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich rekordy życiowe nie grają tak dużej roli, ponieważ tam bardziej chodzi o taktyczne rozegranie biegu, np. Amerykanka Molly Seidel zajęła trzecie miejsce w igrzyskach w Tokio. Przegrała tylko z Kenijkami, ale za nią były dziewczyny, które miały dużo lepsze "życiówki", a jednak je pokonała. Panowały wtedy trudne warunki atmosferyczne, bo było bardzo gorąco, trasa też nie należała do lekkich, a jednak pokazała, że olimpijskie podium jest realne dla kogoś spoza Afryki. To bardzo motywujące, że na najważniejszych imprezach rekordy się nie liczą.

 



Źródło: pap, niezalezna.pl

 

#Aleksandra Lisowska #maraton #rekord Polski

prenumerata.swsmedia.pl

Telewizja Republika

sklep.gazetapolska.pl

Wspieraj Fundację Niezależne Media

Chcesz skomentować tekst? Udostępnij treść i skomentuj w mediach społecznościowych.
Moduł komentarzy jest w trakcie przebudowy.
jm
Wczytuję ocenę...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo