Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Sport

Wszystko zostaje w rodzinie

Edward Potok w Łodzi zjawił się niczym meteor. Nikt go nie znał, a całe środowisko patrzyło na niego podejrzliwie. – Wojskowy z Bydgoszczy od początku nie wzbudził zaufania.

Autor:

Edward Potok w Łodzi zjawił się niczym meteor. Nikt go nie znał, a całe środowisko patrzyło na niego podejrzliwie. – Wojskowy z Bydgoszczy od początku nie wzbudził zaufania. Był apodyktyczny i kłótliwy – mówi „Gazecie Polskiej Codziennie” jeden z łódzkich działaczy. Skąd się tam wziął? Wszystko załatwił mu Mirosław Drzewiecki.

Byłego ministra sportu łączy z Edwardem Potokiem wyjątkowa zażyłość. Jak dowiedziała się „Codzienna”, obaj panowie są… szwagrami. Żony Drzewieckiego i Potoka to rodzone siostry. Dlatego kiedy Edkowi zamarzyła się kariera działacza, Miro załatwił mu fuchę w Łodzi. W Bydgoszczy nie miał najmniejszych szans, aby zaistnieć, bo w Kujawsko-Pomorskiem niepodzielnie króluje Eugeniusz Nowak. A Potok to osoba nieznosząca kompromisów.

Były pułkownik Ludowego Wojska Polskiego dzięki dużej pomocy szwagra szybko zdobył władzę w rejonie, rozprawił się z opozycją i trafił do zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. Dopiero wtedy mógł spłacić dług wobec Drzewieckiego. To właśnie Potok był „wtyczką” Mira we władzach PZPN, kiedy ten jeszcze jako minister sportu wprowadzał kuratora do futbolowej centrali. – Krążą legendy na temat ich spotkań w jednym z supermarketów. Co poniedziałek umawiali się przy stoisku z warzywami i Potok mówił mu wszystko, co dzieje się w związku. Dzięki temu Miro miał doskonałe rozeznanie w tym, jakie nastroje panują w środku futbolowej centrali – mówi nasz informator. Kiedy PZPN był gotów iść na wojnę z Drzewieckim, ten szybko wycofał kuratora.

Potok zawsze wiedział, jak się ustawić, a w piłce nożnej widział doskonały sposób na zarobienie niezłej kasy. Teraz żyje jak pączek w maśle, bo za nicnierobienie kasuje miesięcznie około… 20 tys. zł. Co składa się na taką sumkę? Dostaje 2 tys. zł diety za udział w posiedzeniu zarządu PZPN. Niewiele mniej bierze za każdy mecz ligowy, w którym jest delegatem z ramienia futbolowej centrali. Do tego dochodzi 6,5 tys. zł pensji, którą zgarnia jako prezes Łódzkiego Związku Piłki Nożnej.

Najbardziej szokuje jednak 8 tys. zł, które dostaje z futbolowej centrali jako osoba odpowiedzialna za Extranet, czyli system, który aktualizuje dane każdego piłkarza od trampkarza do seniora. Płacić za to muszą kluby, a dla tych z niższych lig oznacza to śmierć. – Extranet jest świetnym rozwiązaniem, ale góra do rozrywek III ligi. Pan Potok nie wystawia nosa poza biuro, więc nie wie, że w każdym okręgu przynajmniej kilka klubów wycofuje się z rozgrywek, bo nie stać ich, aby opłacić Extranet – mówi nam anonimowo jeden z regionalnych działaczy.

Za każdego piłkarza poniżej 18. roku życia klub musi zapłacić 8 zł. – To niby śmieszna kwota, ale gdy prowadzi się pięć grup młodzieżowych, a klub gra w B-klasie, to robią się z tego astronomiczne sumy. To jest niesamowity problem dla piłkarstwa z najniższego szczebla – dodaje nasz informator. Kluby płacą, bo płacić muszą, ale i tak niewiele z tego mają. Mimo to system, wdrażany od sześciu lat, nadal nie działa jak należy. – Extranet? Funkcjonuje góra na 50 proc. możliwości – dodaje działacz z woj. kujawsko-pomorskiego. A według jego założeń nawet przed meczem ośmiolatków sędzia dysponujący odpowiednim czytnikiem powinien zweryfikować dane wszystkich zawodników. – Arbiter z czytnikiem? To jakieś mrzonki – dodaje nasz rozmówca. Potok jest jednak dumny ze swojego dzieła i bez najmniejszej żenady kasuje za to co miesiąc 8 tys. zł.

Pułkownik LWP jest jednak osobą chorą na władzę i pieniądze. Tak powtarzają wszyscy z jego otoczenia. – Jestem pewien, że jeśli zostanie prezesem, to nie zrzeknie się astronomicznej pensji 50 tys. zł – przekonuje Kazimierz Greń, szef Podkarpackiego Związku Piłki Nożnej.

Będzie jednak musiał pogodzić się ze swoją rolą – marionetki w rękach baronów Ryszarda Niemca i Rudolfa Bugdoła. – Z Potoka żartują, że jeszcze dwa miesiące temu nawet sam nie wiedział, że może kandydować. Kiedy Bugdoł i Niemiec zorientowali się, że ani Lato, ani Olechowski nie będą mieli szans, to wymyślili sobie Potoka – powtarza nam kolejna osoba ze środowiska.

– Wybór Potoka to zakonserwowanie betonu. Na niego będzie głosowała grupa ludzi, dla których ważny jest stary układ. On oznacza dziwne umowy-zlecenia opiewające na kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie, wyjazdy zagraniczne, koszulki i skarpetki Nike’a i darmowy garnitur. Wymieniać mógłbym tak w nieskończoność – kończy Greń.

Wybory prezesa PZPN odbędą się w piątek.

Autor:

Źródło:

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane