Po dramatycznym meczu z Rosjanami selekcjoner Franciszek Smuda stwierdził, że jego piłkarze już przeszli do historii, bo przed trzecim meczem grupowym mistrzostw Europy wciąż mają wielką szansę na awans do ćwierćfinałów. Jednak jeżeli biało-czerwoni tę szansę zmarnują i we Wrocławiu nie wygrają z Czechami, to faktycznie zapiszą się w historii, ale nie pozytywnie, lecz jednoznacznie negatywnie – jako drużyna, która w swoim kraju, przy swoich kibicach i na swoich stadionach nie potrafiła wyjść z najłatwiejszej grupy spośród wszystkich na tegorocznych mistrzostwach Starego Kontynentu.
Dlatego też Smuda drży o zdrowie swoich podopiecznych, szczególnie tych, bez których nie wyobraża sobie drużyny. Po meczu z Rosją na urazy narzekali Dariusz Dudka, Damien Perquis i Eugen Polanski. „Boli?" – „Codzienna" pytała po wtorkowym spotkaniu z Rosją. – Tak, bardzo, ale dam radę – zapewniał nas Polanski.
Dziś faktycznie wszystko wskazuje na to, że Polanski (ma stłuczone kolano) przeciwko Czechom zagra. Niemiec z polskim paszportem trenował normalnie, w przeciwieństwie do Perquisa (rana na piszczelu), który musiał ćwiczyć indywidualnie. Na zajęciach zabrakło Dariusza Dudki, chociaż w jego wypadku także istnieje szansa, że zdąży się wykurować.
Jeszcze większą zagadką niż to, czy do gry wrócą Perquis i Dudka, jest obsada bramki reprezentacji. – Ja już przed turniejem zdecydowałem, kto jest numerem jeden i nie może być tak, że jeden zbieg okoliczności zmienia moje założenia – wyjaśniał Smuda i jednoznacznie wskazywał na to, że między słupki na mecz z Czechami powróci bramkarz Arsenalu Londyn. W piątek selekcjoner Polaków miał swoją decyzję konsultować z trenerem bramkarzy kadry Jackiem Kazimierskim, który obstawał za opcją kontynuowania gry Przemysława Tytonia, który na razie sprawuje się bez zarzutu.
– Ja jestem do dyspozycji trenera. Dawałem z siebie wszystko i jeżeli znów dostanę szansę, nie będzie inaczej – twierdził sam Tytoń, ale na jego twarzy malowała się wielka niepewność. Karty zostaną odsłonięte dopiero przed samym meczem, chociaż prawdopodobnie już w piątek selekcjoner przekazał obu bramkarzom swoją decyzję.
Również Czesi zmagają się z problemami zdrowotnymi. Trener Michal Bílek w dalszym ciągu nie ma pewności, czy będzie mógł postawić na największą gwiazdę czeskiej kadry Tomáša Rosickiego, który na co dzień gra w Arsenalu Londyn razem z Wojciechem Szczęsnym. Prawdopodobnie Bílek tę informację zatrzyma dla siebie aż do samego meczu, aby dodatkowo zdezorganizować plany polskich trenerów, którzy przygotowują taktykę na mecz we Wrocławiu. Poza tym w nie najlepszej dyspozycji jest drugi as, na co dzień występujący w Premier League – Petr Čech, który w dwóch meczach puścił już pięć bramek. – Mimo wszystko nie liczę na jego błąd, to klasowy bramkarz – mówił nam niedawno Rafał Murawski.
Pojedynek o awans, który zostanie rozegrany na stadionie we Wrocławiu, z pewnością będzie różnił się od meczu z Rosją, także kibicowsko. Na Narodowym, na którym reprezentacja czuła się jak w domu, zarówno w meczu z Grecją, jak i z Rosją na trybunach ok. 90 proc. kibiców było Polakami. Do Wrocławia, z którego do granicy czeskiej można dojechać w dwie godziny, zamierzają przybyć tysiące czeskich kibiców, którzy we Wrocławiu na pewno pojawią się w większej liczbie niż wcześniej Grecy czy Rosjanie w Warszawie.
Mimo problemów biało-czerwoni muszą pokonać naszych południowych sąsiadów. Dzięki wygranej – w zależności od rozstrzygnięć w meczu Grecji i Rosji – Polska może zagrać w ćwierćfinale w Gdańsku lub w Warszawie (z Niemcami lub drugą drużyną, która awansuje z grupy B).
