Gdy miałem dziewięć lat, na igrzyskach olimpijskich w Monachium w półfinale turnieju piłkarskiego Polska niespodziewanie pokonała Związek Sowiecki. Przegrywaliśmy 1:0, wyrównaliśmy kilkanaście minut przed końcem, a decydującego gola biało-czerwoni strzelili z karnego parę minut przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Dzięki tej wygranej kilkadziesiąt godzin później po raz pierwszy i jak dotąd ostatni w historii Polska zdobywała złoty medal w piłce nożnej.
Gest Kozakiewicza
Gdy miałem 19 lat, na mundialu biało-czerwoni po zwycięskim bezbramkowym remisie z ZSRS awansowali do półfinału, by drugi i ostatni jak dotąd raz w dziejach polskiej piłki zdobyć medal mistrzostw świata. Wynik 0:0 urządzał Polaków, a nie piłkarzy z napisem CCCP, ponieważ wcześniej biało-czerwoni wyżej niż Sowieci wygrali z Belgami. Z tego meczu zapamiętam transparenty „Solidarności” rozwieszane przez naszych rodaków na hiszpańskim stadionie, które bodaj tylko raz mignęły w przekazie telewizyjnym, ponieważ cała ekipa na Woronicza czuwała, aby tego polskim widzom nie pokazać. Nie zapomnę też nigdy ostatnich minut meczu, kiedy niewysoki, już śp. Włodzimierz Smolarek (zmarł w tym roku) zbiegał do narożnika boiska i przy bocznej chorągiewce blokował piłkę, kradnąc Sowietom bezcenne sekundy potrzebne do remisu dającego medal.
A dwa lata wcześniej, gdy miałem 17 lat i gdy nie było jeszcze ani stanu wojennego, ani Solidarności, a dopiero robotnicy w Lublinie i Świdniku szykowali się do pierwszych strajków, na igrzyskach olimpijskich w Moskwie, zbojkotowanych przez USA i wiele krajów zachodnich, naszym narodowym herosem został Władysław Kozakiewicz. Nie tylko dlatego, że wygrał skok o tyczce, i to bijąc rekord świata, nie tylko dlatego, że zdobył jeden z zaledwie trzech złotych medali olimpijskich dla biało-czerwonych na tych igrzyskach, ale przede wszystkim za to, że po decydującym o mistrzostwie skoku wyjącemu tłumowi 100 tys. Ruskich pokazał rękę zgiętą w łokciu. Wtedy każdy z nas chciał być Władkiem Kozakiewiczem, chłopakiem z rodziny z Kresów, której zabrano Wileńszczyznę.
Szczególny kontekst
A teraz był remis w meczu z faworytem. Pierwszy raz jednak polsko-rosyjska wojna toczyła się tak długo przed meczem, tak intensywnie i tak bardzo politycznie. Gdy polityk PO i były polityk SLD, z którymi występowałem w jednej z telewizji, zarzekali się, że piłkarski pojedynek z naszym wschodnim sąsiadem jest takim samym spotkaniem jak każde inne, mogłem tylko się roześmiać i pokręcić głową z politowania dla hipokryzji tych ludzi. Oczywiście, że nie! Każdy mecz z ZSRS kiedyś czy z Rosją obecnie miał, ma i będzie miał szczególny kontekst. Powiedzmy wprost: i polityczny, i historyczny. Tak samo (czy podobnie) jest, gdy grają Niemcy i Anglia, Niemcy i Holandia, Serbia i Chorwacja… Nasze potyczki z Federacją Rosyjską zawsze będą szczególne. Bo w sporcie zawsze będzie się odbijała narodowa przeszłość. Tak już po prostu jest. Jeżeli ktoś tego nie rozumie – jest kretynem. Jeżeli ktoś udaje, że tego nie rozumie – jest obłudnikiem. Rosyjscy kibice na meczu z nami pokazali transparent z podobizną przywódcy antypolskiego powstania z XVII w. Dymitra Pożarskiego. Nie stało się to ot, tak sobie. Rosjanie do dziś – mimo upływu 400 lat! – pamiętają „upokorzenie polską okupacją” Kremla. A my to wspominamy, jakże słusznie, jako okres wielkiej chwały i polskiego oręża, i polskiej polityki. I wspominać będziemy, mam nadzieję, mimo antyedukacyjnych wysiłków damskiego tandemu Hall–Szumilas.
Podgrzewanie atmosfery
Rosyjskie media przed ostatnim meczem z biało-czerwonymi dorzucały do antypolskiego kotła, ile wlezie. Rosyjscy politycy milcząco to popierali. Po polskiej stronie mainstreamowe media dostrzegły „agresywnych kiboli” i „bandytów” napadających na rosyjskie rodziny. Nie zauważono jakoś Rosjan plujących (!) na Polaków i w ten sposób ich prowokujących. Nie zauważono pobitego przez gości ze Wschodu dziennikarza „Gazety Polskiej Codziennie” Wojciecha Muchy – pobitego tylko za to, że ośmielił się ich nagrywać (à propos: gdzie dziennikarska solidarność? Gdy mówiłem o tym w TVP Info i TVN24, prowadzący rozmowę koledzy dziennikarze milczeli…). Ja z kolei zauważyłem idiotyczne, eskalujące napięcie wypowiedzi minister Muchy, która choć dzierży tekę sportu, nie wiedziała biedaczka, że UEFA zabrania zmiany hotelu przez reprezentację narodową grającą na Euro. Słyszałem podwładnych ministra Sikorskiego, którzy w Moskwie (!) dokładali do pieca antypolskich uprzedzeń z uporem doprawdy godnym lepszej sprawy. Widziałem też wojenną okładkę „Newsweeka”: trener polskiej kadry Franciszek Smuda w… mundurze polskiego żołnierza z roku 1920. Ale wczorajsza „Gazeta Wyborcza” za podgrzewanie atmosfery przed meczem z Rosją obarcza… prawicowe media. Tarpan by się uśmiał z tych żałosnych niewolników stereotypów i schematów.
A ja już czekam na kolejny mecz z Ruskimi…
