Grecy nie mają obecnie takich gwiazd jak my, nie grają w takich klubach jak niektórzy reprezentanci Polski. Czy to czyni z naszej drużyny faworyta w meczu otwarcia?
Uważam, że nasi piłkarze mogą występować w roli faworytów. Ale apeluję o cierpliwość. Grecja jest naprawdę trudnym przeciwnikiem. Z 20 ostatnich meczów przegrała tylko jeden. Spotkanie może potoczyć się nie tak, jak sugeruje atmosfera zbudowana przez nasze media. Jesteśmy w trudnej sytuacji, gramy u siebie, jest to mecz otwarcia. Musimy obrać taką taktykę, która pomoże osiągnąć jak najlepszy wynik. Opinia publiczna żyje przekonaniem, że wreszcie mamy reprezentację, która może wygrywać ze wszystkimi, choć jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. Zgoda, piłkarze z pierwszej jedenastki grają w dobrych klubach i odnoszą znaczące sukcesy. Ale reprezentacja to nie klub, nasza jest obarczona grzechami porażek z przeszłości. Niech więc kibice cierpliwie wspierają polską drużynę, nawet jeśli wynik będzie nie taki, jak sobie wyobrażają.
Jak Grecy oceniają swoje szanse?
Dobrze ujął to bramkarz Konstandinos Chalkias: „Raczej Polacy powinni obawiać się nas, my nie mamy nic do stracenia, jesteśmy pewni siebie, umiemy grać turnieje, jesteśmy zespołem sprawdzonym w bojach, potrafimy grać na wynik”.
Osiem lat temu było murowanie bramki i czyhanie na własną szansę. Jaki styl gry preferuje obecna drużyna?
Nie grali tak osiem lat temu, tylko grają tak od ośmiu lat. Otto Rehhagel nauczył ich 1–2 schematów defensywnych, 1–2 ofensywnych i Grecy grają to na pamięć. I wierzą w to, bo nieraz sprawdziło się na boisku. Owszem, było to uwstecznienie futbolu – trzech obrońców, sześciu pomocników, rywale byli wściekli, ale taktyka przyniosła efekty w postaci mistrzostwa Europy.
Jakie znaczenie dla mieszkańców kraju stojącego na skraju bankructwa może mieć ewentualny sukces na mistrzostwach?
Konstantinos Katsouranis powiedział niedawno, że piłka przestała być w Grecji świętością, zeszła na dalszy plan, bo ludzie mają większe problemy. 17 czerwca odbędą się tam wybory, które raczej wygrają lewacy, ale nie myślę, żeby wykorzystali ewentualny sukces, bo nie są tak zorientowani na sport. Nie myślę więc, by dla Greków dobry wynik na Euro był tak ważny. Można go oczywiście wykorzystać propagandowo, ale to trochę za mało jak na nastroje, które panują w społeczeństwie, a są one wręcz katastroficzne.
Dla nas z kolei wyjście z grupy, zwłaszcza po korzystnym losowaniu, jest sprawą honoru. Jak Pan ocenia nasze szanse?
Nie chciałbym stawiać sprawy w kategoriach honoru. To przesadne określenie. Sport z powodu globalizacji traci ten pierwiastek patriotyzmu. Mówmy raczej, że bardzo dobrze byłoby, zarówno z historycznego, sportowego, jak i ekonomicznego punktu widzenia, żeby reprezentacja wyszła z grupy. Ekonomia to obecnie najpotężniejsza broń. Grecy mówią, że Niemcy wygrali III wojnę światową bez jednego wystrzału, światowe korporacje potrafią dziś puścić w skarpetkach całe narody. Wyjście z grupy byłoby dobre dla scalenia społeczeństwa. W czasach, kiedy wokół szaleje burza, przed którą chcemy się ustrzec, to bardzo ważne. Inaczej niż w Grecji, gdzie jest już na to chyba trochę za późno.
A nasze szanse?
Już dawno powiedziano, że wszystkie zespoły są bardzo wyrównane i mają po
25 proc. szans i ja się z tym zgadzam. Choć ostatnio Sborna, wygrywając z Włochami, pokazała, że może się pokusić o coś więcej, o to, by sprawić przynajmniej takie zamieszanie na turnieju, jak cztery lata temu. Najważniejszy będzie ten pierwszy mecz. To on ustawi nam cały turniej. Polska drużyna potrzebuje argumentów na później. Tak jak w 1974 r. po meczu z Argentyną nasi chłopcy zauważyli, że można powalczyć, tak teraz w wypadku wygranej będzie można ich motywować: „Niedawno zabrakło wam argumentów, żeby wygrać z Niemcami, Włochami czy Portugalią, wtedy jeszcze nie byliście dość silni, dziś jesteście”.
Całość wywiadu w dzisiejszej "Gazecie Polskiej Codziennie"
