"Dwa wypadki na Rysach w tym samym momencie. Kilkadziesiąt sekund, które mogły skończyć się tragedią" - opisał swoje nagranie Leszek Piszczyk.
Podczas wyprawy na najwyższy szczyt polskich Tatr, rejestrował swoją wspinaczkę. Jak relacjonował, w sobotę pogoda była idealna - "słońce, prawie bez wiatru, śnieg dobrze trzymał".
Nagle przeleciał obok niego spadający niemal z samej góry mężczyzna. Okazało się, że "źle postawił nogę". Poślizgnięcie spowodowało utratę równowagi. Wspinacz wypuścił z ręki czekan przez co nie mógł się zatrzymać po drodze.
Kolejny wypadek
"Zszedłem do niego chwilę później. I tu ogromne szczęście - wyglądało, jakby nic poważnego się nie stało. Skarżył się tylko na ból małego palca w ręce. Jego kolega był lekarzem i sprawdził go na miejscu. Ostatecznie zszedł o własnych siłach" - opisał sytuację Piszczyk.
W tym samym czasie nieco niżej wydarzył się drugi wypadek. "Chłopak dostał bryłą lodu, stracił równowagę i również poleciał, wypuszczając czekan z rąk. Spadł krócej, około 1/3 rysy, ale był mocno poobijany, szczególnie na twarzy" - dodał pan Leszek.
[polecam:]https://niezalezna.pl/swiat/lawina-w-slowackich-tatrach-zginelo-dwoch-doswiadczonych-polskich-skialpinistow/564477
Na pomoc ruszył mu przewodnik, który był na miejscu prywatnie. "Sprawdziliśmy jego stan, daliśmy mu pić i jeść. Po konsultacji z TOPR zdecydowaliśmy, że sprowadzimy go na dół. Przewodnik wziął go na linę, a my nieśliśmy jego rzeczy" - relacjonował i dodał, że pod koniec drogi poszkodowanemu brakowało już sił i do schroniska w Morskim Oku została wezwana karetka na sygnale.
Wspinacze przypominają, że "Rysy zimą to nie jest spacer". Przypominają, że poza odpowiednim sprzętem jak raki i czekan, równie ważne są doświadczenie i pokora.