Przed Sądem Rejonowym w Białymstoku zakończyły się mowy końcowe w tej sprawie. Wyrok ma być ogłoszony 20 marca.
Przetargi publiczne z lat 2011-2013, którymi zainteresowało się CBA, a potem prokuratura, dotyczyły współfinansowanego z programu "Rozwój Polski Wschodniej" projektu tworzenia i rozwoju sieci centrów obsługi inwestora, który realizował Departament Polityki Regionalnej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego.
Były dyrektor tego departamentu jest jedną z osób oskarżonych w sprawie. Prokuratura zarzuca mu brak nadzoru nad kierowanym departamentem, wskutek czego doszło do nieuzasadnionego zakupu urządzeń elektronicznych: telefonów komórkowych, nawigacji samochodowych czy czytników e-booków. Miały być na nie wgrane materiały promujące województwo podlaskie i – z taką zawartością – dystrybuowane przyszłym inwestorom.
Przy rozliczeniu projektu zakupy te zostały jednak uznane - przez tzw. instytucję pośredniczącą w przekazywaniu unijnych pieniędzy - jako niekwalifikujące się do takiego finansowania. Urząd marszałkowski musiał oddać, wraz z odsetkami, ponad 480 tys. zł. Zrobił to pod koniec 2014 r.
Prokuratura Okręgowa w Białymstoku stoi na stanowisku, że dany wydatek mógłby być uznany za kwalifikowalny, gdyby był niezbędny do realizacji projektu, a – jak wynika z ustaleń śledztwa – np. kupione w przetargu telefony (każdy o ówczesnej wartości ok. 2 tys. zł) zostały rozdysponowane niezgodnie z przeznaczeniem, bo trafiły one m.in. do członków rodzin dwóch urzędników.
Oskarżono sześciu byłych już i obecnych urzędników samorządu województwa. Siódmą osobą oskarżoną jest przedsiębiorca, któremu zarzucono zmowę przy przetargu na te urządzenia. Z tym wątkiem śledztwa związane są też zarzuty dla kilku urzędników, którym zarzucono przyjęcie rzeczy (telefonów komórkowych) uzyskanych drogą czynu zabronionego. Sprawa ósmej osoby wyłączona jest do odrębnego postępowania.
Proces trwał w pierwszej instancji ponad trzy lata, oskarżeni do zarzutów nie przyznają się i chcą uniewinnienia. W ramach długiego postępowania dowodowego sąd m.in. przesłuchiwał członków byłego zarządu województwa podlaskiego, w tym dwóch kolejnych marszałków tego regionu, analizował dokumentację przetargową, powoływał biegłych.
Prokuratura chce kar od pół roku do dwóch lat więzienia (w dwóch przypadkach kar bez zawieszenia) i grzywny, których kwoty w poszczególnych przypadkach wahają się od kilku do 15 tys. zł. Wobec części oskarżonych śledczy wnioskują również o solidarną zapłatę, w ramach obowiązku naprawienia szkody, w sumie ponad 400 tys. zł.
W mowach końcowych wszyscy obrońcy kwestionowali zasadność zarzutów. Chodzi głównie o niedopełnienie obowiązków, które miało w konsekwencji doprowadzić do tego, że urządzenia, które miały być dystrybuowane w ramach działań promocyjnych, trafiały w inne ręce niż np. potencjalnych inwestorów. Adwokaci kwestionują też raport CBA. Kontrola Biura była podstawą wszczęcia prokuratorskiego śledztwa.
Odnosząc się do zarzutu, iż kupione rzeczy były tzw. wydatkami niekwalifikowalnymi, jeden z obrońców mec. Juliusz Kołodko mówił, że to myślenie "z epoki kamienia łupanego". "Bo najlepiej dać długopisik, uloteczkę, pendrive'ik i na tym się oprzeć w promocji województwa (...). Takie rzeczy rozdaje każda podrzędna firma, każdy przedsiębiorca, a nie poważna instytucja, jaką jest urząd marszałkowski, bo promocja gospodarcza ma za cel zupełnie innych ludzi" - mówił mec. Kołodko. Dodał, że chodziło o przekonanie - w sposób niekonwencjonalny - przedsiębiorców do inwestowania w Podlaskiem.
Obrońca byłego dyrektora Departamentu Polityki Regionalnej Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego mec. Joanna Kamieńska mówiła, że w przypadku jej klienta nie ma żadnych dowodów wskazujących, na czym miałoby polegać przypisywane mu w akcie oskarżenia przestępstwo - czyli doprowadzenie do przywłaszczenia telefonów przez podległych mu pracowników.
Prokurator Joanna Dąbrowska z Prokuratury Okręgowej w Białymstoku przypominała, jak w śledztwie ustalono, iż część telefonów z przetargu organizowanego przez samorząd znalazła się potem u osób, które nie potrafiły wytłumaczyć, jak to się stało. "Dowody są wystarczające, by można było mówić o przewłaszczeniu telefonów" - mówiła. Przypominała, że cała sprawa nie zaczęła się od jakichś nadzwyczajnych działań służb, ale od rutynowej kontroli CBA.