Wysłuchania publiczne komisji gospodarki i energii, której w ubiegłej kadencji Bundestagu przewodniczył Klaus Ernst (polityk Linke, w tej kadencji stoi na czele komisji ochrony klimatu i energii), w sposób szczególny zwróciły na siebie uwagę mediów 1 lipca 2020 r. To wtedy w charakterze niezależnego biegłego zaproszono Gerharda Schrödera, byłego kanclerza Niemiec, członka rady dyrektorów Nord Streamu 2 i szefa rady nadzorczej Rosnieftu. Schröder z wyższością mentora doradzał zgromadzonym, jak należy rozmawiać z Amerykanami, by zrezygnowali z nakładania sankcji na drugą nitkę Nord Streamu. Podczas tamtego spotkania znany nie tylko z prokremlowskich poglądów, ale i jowialnego poczucia humoru Ernst zażartował: „No proszę, jest dziś wśród nas były kanclerz Gerhard Schröder. Zazwyczaj jest tak, że jak już były kanclerz występuje w Bundestagu, to przed komisją śledczą, a nie jako ekspert”. 24 lutego 2021 r. Ernst w swoim stylu rozpoczął wysłuchanie komisji dotyczące przyszłości rosyjsko-niemieckich relacji wymiany handlowej w obliczu sankcji nałożonych na Rosję. Witając uczestników, przejęzyczył się, anonsując szefa biura Fundacji Friedricha Eberta w Rosji Peera Teschendorfa jako „szefa Federacji Rosyjskiej”, co zmieszany ekspert skwitował: „Dzięki panu moje życie będzie teraz nieco mniej bezpieczne”, następnie Ernst pomylił afiliację jednej z pań profesor, a specjalistę Fundacji Nauki i Polityki (SWP) dr. Janisa Klugego przedstawił jako eksperta popularnego w Niemczech Stiftung Warentest, czyli organizacji konsumenckiej testującej jakość towarów, od lizaków po panele solarne. Sala po raz kolejny buchnęła śmiechem, a rozbawiony Ernst stwierdził tylko: „No dobrze, to skoro jesteśmy tu wszyscy razem, to porozmawiamy sobie na raczej średnio wesoły temat”. I zaczęło się. Zgodnie z porządkiem wysłuchania politycy z każdej frakcji mogli zadawać pytania ekspertom, wszystkie związane z sankcjami nałożonymi na Rosję po aneksji Krymu, z tym, na ile zaszkodziły rosyjskiej gospodarce i upośledziły wymianę handlową z Niemcami. Dr Thomas Kunze z Fundacji Konrada Adenauera przyznał, że w pierwszej fazie sankcje znacznie spowolniły rosyjską gospodarkę, ale z czasem „Rosji udało się obrócić sankcje na swoją korzyść, ponieważ nieoczekiwanie na przykład stała się eksporterem pszenicy, co do tej pory nie miało miejsca”. Kunze argumentował, że Rosjanie pojęli, że „ograniczanie się do surowców to za mało”, a sankcje w pewnym sensie zaczęły odgrywać rolę dźwigni podnoszącej rosyjską gospodarkę z jej ograniczeń. Na koniec dodał jeszcze, że Federacja Rosyjska znacznie zwiększyła swoje rezerwy złota, sugerując, że świetnie sobie radzi z zachodnimi sankcjami.
Czynnik zakłócający
Do Alexandra Rahra występującego jako politolog i wiceprzewodniczący Związku Rosyjskiej Gospodarki w Niemczech [dziś po tym związku nie ma śladu, ale jeszcze w 2014 r. dziennik „Tagesspiegel” pisał, że został on „założony w 2011 r. w gmachu ambasady Rosji w Berlinie”] pytanie skierował poseł AfD Steffen Kotré, który przywołał tezę, że „nałożenie sankcji na Rosję było bezsensowne, w sumie nawet nie wiadomo, dlaczego je nałożono, a Ukrainie w ogóle nie zależy, by je uchylono”. Rahr odpowiedział: „Myślę, że Ukraina jest takim słoniem w stosunkach między Rosją a Niemcami. Napisałem zresztą w moim oświadczeniu, że przed nami mogą się pojawić jeszcze większy »czynnik zakłócający« i poważne problemy, jeśli dojdzie do nowego konfliktu, eskalacji konfliktu, prowokacji, a nawet nowej wojny na wschodniej Ukrainie. I rzeczywiście jest tak, jak pisałem, że z jednej strony strona rosyjska zobowiązała się do rezygnacji ze wsparcia dla separatystów na wschodniej Ukrainie i wyrażenia zgody na ponowne zjednoczenie tego regionu z Ukrainą oraz do zrobienia wszystkiego, co możliwe, aby tak się stało. Z drugiej strony, to logiczne, że Ukraina nie jest zainteresowana tym, by sprawy obróciły się na korzyść Rosji, ponieważ wtedy sankcje zostaną uchylone. I trzeba wziąć pod uwagę, że Ukraina nie jest tym zainteresowana. Zachodnie sankcje nałożone na Rosję miały przyczynić się do zakończenia wojny na wschodniej Ukrainie. I ta wojna została w sumie zatrzymana, chociaż wielka wojna toczy się dalej, tylko jest w innej fazie. Z drugiej strony Ukraina i, jak sądzę, siły w USA są zainteresowane tym, by jeszcze bardziej zaszkodzić rosyjskiej gospodarce. A to nie jest w interesie Niemiec i nie może być w interesie Niemiec. I dlatego mamy tu do czynienia z pewną sprzecznością, którą należy dostrzec i rozwiązać. Mam nadzieję, że w ramach formatu normandzkiego i porozumień mińskich nasza kanclerz Angela Merkel i Francuzi w końcu przejmą inicjatywę, by ten format na nowo ożywić, w innym razie zrobią to Amerykanie”. Tyle na ten temat Alexander Rahr. Przy czym mówiąc o Ukrainie jako o „słoniu” czy „czynniku zakłócającym” (niem. Störfaktor), nie był on w swojej opinii ani odosobniony, ani szczególnie oryginalny. Już w czerwcu 2019 r. prof. Gerhard Simon z Katedry Historii Europy Wschodniej Uniwersytetu Kolońskiego opublikował analizę zatytułowaną „Ukraina – czynnik zakłócający stosunki niemiecko-rosyjskie” [„Die Ukraine – Störfaktor der deutsch russischen Beziehungen”, ZFAS, 2019], gdzie wyjaśniał, że Niemcy z jednej strony wspierały prozachodnie aspiracje niepodległej Ukrainy, ale z drugiej z uwagi na Rosję odrzucały możliwość wstąpienia
Ukrainy do NATO i Unii Europejskiej.
„Sankcje nałożone na Rosję rozumiane jako odpowiedź na rosyjską agresję wobec Ukrainy od 2014 r. spotykają się u nas z ostrą krytyką. Ukraina jest postrzegana jako czynnik zakłócający stosunki niemiecko-rosyjskie” – pisał prof. Simon, jednocześnie wskazując na małość niemieckiej polityki uwikłanej w forsowanie budowy Nord Streamu 2. „Wszędzie głosi się mantrę o wyłącznie gospodarczym, a nie politycznym charakterze tego projektu, tak jakby on sam nie był już wystarczającym stanowiskiem politycznym. Kontrowersje wokół sankcji na Rosję i Nord Stream 2 wyraźnie ukazują, w jakim stopniu Ukrainę postrzega się jako czynnik zakłócający dobre relacje z Rosją. Zaś dobre relacje z Ukrainą uważa się najwyraźniej albo za pewną oczywistość, albo za niewiele znaczące” – podsumowuje historyk. Tak więc opinia wyrażona przez Rahra w trakcie wysłuchania komisji Bundestagu na rok przed wybuchem wojny krążyła od co najmniej kilku lat w ekspercko-naukowym obiegu niemieckich ośrodków uniwersyteckich. I bynajmniej nie tylko wśród lobbystów podróżujących między Moskwą a Berlinem.
Kolacja z zimnym przyjacielem
W 2011 r. Rahr jeszcze jako ekspert Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej (DGAP) i już jako profesor honoris causa moskiewskiego MGIMO opublikował książkę: „Zimny przyjaciel. Dlaczego potrzebujemy Rosji. Analiza z punktu widzenia insidera”.
„Rosyjskie przywództwo składa się z prawdziwych Europejczyków. Mogłem się o tym przekonać osobiście podczas kolacji wydanej przez Putina na Kremlu” – pisał Rahr. Ta książka czytana już wtedy, w szczytowym momencie euforii proputinowskiej w Niemczech, odrzucała, ale autor zadbał, by znalazły się w niej wątki pozornej czupurności imitującej dystans i obiektywizm. A to wtrącił zdanie o korupcji trawiącej niczym nowotwór biedny organizm rosyjskiego państwa. A to anegdotę, jak rosyjscy nuworysze wprawiają w osłupienie zachodnich agentów nieruchomości, kiedy za willę na obrzeżach Berlina płacą gotówką wyciągniętą z neseserka, a nie jak cywilizowana reszta świata – przelewem na konto [jak przypomniał w ubiegłym tygodniu w Bundestagu polityk Linke, Dietmar Barsch, Rosjanie tylko od 2014 r. zakupili w Berlinie nieruchomości o wartości 442 mln euro]. Generalnie można w książce Rahra znaleźć wszystko: od Saakaszwilego, który niecnie sprowokował Putina w 2008 r., do uderzenia na Gruzję, poprzez podłe europejskie koncerny, które upierają się, by nie dopuszczać rosyjskich inwestorów do europejskich rynków. Pojawia się też wątek polski. „Do 2010 r. Polska traktowała Rosję jak wroga, ale po tragedii w Smoleńsku i śmierci polskiego prezydenta sytuacja w relacjach Polski i Rosji dramatycznie się zmieniła. Liderzy obu państw są w trakcie zacieśniania stosunków i podejmują poważne wysiłki w celu usunięcia przeszkód, które jeszcze się piętrzą na drodze do zbliżenia, co jest z pożytkiem dla Europy” – pisał Rahr. O Polsce wypowiadał się od czasu „Zimnego przyjaciela” jeszcze kilkakrotnie, ostatnio na początku lutego 2022 r., kiedy w jednym z wywiadów zapytany o to, czy Rosja boi się NATO, stwierdził: „Rosjanie historycznie czują się zagrożeni przez Zachód. Nie można zapominać, że co 100 lat są z Zachodu napadani. Pierwsi byli przed 500 laty Polacy i Szwedzi…”. Polska pojawiła się też w wywiadzie udzielonym przez lobbystę w kwietniu 2021 r., na dwa tygodnie po wysłuchaniu komisji Bundestagu, wtedy jednak w kontekście „braku spójnej polityki państw UE względem Rosji”.
– Życzyłbym sobie, by w UE zapanowało spójne stanowisko wobec Rosji. Niemcy i stara Europa po upadku żelaznej kurtyny pojednały się z Rosją, nawet rozważano członkostwo Rosji w NATO i UE. A potem do NATO i UE wstąpiły byłe państwa Układu Warszawskiego, wnosząc do zachodnich sojuszy swoją awersję do Rosji. Przy czym to nieprawda, że wszystkie te państwa czują do Rosji nienawiść. (…) Właściwie są to tylko państwa bałtyckie i Polska, które z całej siły chcą się pozbyć Rosji z Europy. To te kraje, które w 1939 r. zostały napadnięte przez Stalina i dlatego bardziej czują się ofiarami komunizmu niż narodowego socjalizmu, mimo że jak wszyscy wiemy, to nie Związek Sowiecki, a hitlerowski faszyzm odpowiada za okropieństwa II wojny światowej. Chciałbym, by w Europie Wschodniej zadziałał model procesu pojednania na wzór Europy Zachodniej, jaki miał miejsce po 1945 r. I Niemcy mogłyby ten proces zainicjować”. Z braku miejsca nie uda się przytoczyć wszystkich, interesujących szczególnie polskiego odbiorcę wypowiedzi Rahra. Człowieka, który mimo łatki lobbysty znającego osobiście Władimira Putina był w komisji Bundestagu i nie tylko traktowany z honorami niezależnego eksperta.
Dość tylko powiedzieć, że kiedy w grudniu 2017 r. klub parlamentarny Linke zwrócił się z zapytaniem do rządu federalnego o lobbystów zaangażowanych w forsowanie budowy Nord Streamu, w odpowiedzi otrzymał tabelkę z datami spotkań przedstawicieli rządu z lobbystami, pod datą 20 stycznia 2015 r. odnotowano spotkanie sekretarza stanu w MSZ Stephana Steinleina z Alexandrem Rahrem, wówczas doradcą potentata gazowo-naftowego Wintershall Holding GmbH. Tematem rozmów była „międzynarodowa polityka energetyczna”. Czy Rahr był jedyny? Oczywiście, że nie. Następny w tabelce (13 kwietnia 2015) to dzisiejszy prezydent Niemiec, a ówczesny minister szef MSZ Frank-Walter Steinmeier i jego spotkanie z Alexiejem Millerem z Gazpromu, temat: rozszerzenie gazociągu północnego itd. Takich spotkań odbyło się tylko w okresie od 4 maja 2015 r. do 11 października 2017 r. aż 63, w tym kilka w gmachu ambasady Federacji Rosyjskiej. Ze strony rządowej stroną byli zazwyczaj poza sekretarzami stanu kanclerz Angela Merkel (CDU), wicekanclerz Sigmar Gabriel (SPD) czy szef Kanzleramtu Peter Altmeier.
Zaczadzenie Piotrem Wielkim
Zostawmy jednak Rahra i gazpromowe spotkania niemieckich polityków, o których powinny powstać nie artykuły, a tomy, i wróćmy na wysłuchanie komisji z 24 lutego ub.r. Był tam również zaproszony w charakterze eksperta dr Thomas Kunze, lipski historyk, uznany specjalista od Europy Wschodniej. Jego tłumaczona również w Polsce biografia Nicolae Ceaușescu czy praca o ostatnich latach Ericha Honeckera spotkały się z szerokim uznaniem nie tylko fachowców. Wśród jego książek są również przewodniki turystyczne, co świadczy o tym, że nie jest to typ uczonego zamkniętego w gabinecie, a wśród tytułów naukowych zwraca uwagę „honorowa profesura” w… Uzbekistanie. Jednym słowem niemiecki obywatel świata. Od lat związany z chadecką Fundacją Adenauera, kierował ostatnio jej moskiewskim biurem. Po wymuszonym przez wybuch wojny powrocie w wywiadzie dla „Sächsiche Zeitung” mówił o tym, że „nie doceniliśmy agresji Putina”. Co prawda po urodzonym jeszcze w NRD autorze książek o komunistycznych dyktatorach można by być może spodziewać się większej przenikliwości, ale w końcu mało który z globalnej armii ekspertów od Rosji spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń.
Nic dziwnego, że człowiek znający zarówno historię, jak i realia Rosji, w dodatku związany z istotną fundacją, był proszony o podzielenie się swoją wiedzą z deputowanymi do Bundestagu. Przygotowana dla komisji gospodarki i energii opinia nosi datę 18 lutego 2021 r. Miejsce – oczywiście Moskwa, pan doktor jest przecież jeszcze na swoim rosyjskim posterunku. Zaczynamy od historii, deputowani muszą zrozumieć, że ta historia jest stara jak Niemcy. Pierwsze świadectwo o relacjach handlowych niemiecko-rosyjskich znajdujemy w taryfie celnej z czasów ostatniego wschodniofrankijskiego Karolinga (początek X w.), króla Ludwika IV zwanego Dziecięciem. Potem hanzeatyccy kupcy rozwijali handel z miejskimi ośrodkami w Pskowie i Nowogrodzie (w tym ostatnim była nawet niemiecka dzielnica kupiecka, Peterhof) i tak dalej…
Zaraz, moment! Nie tak szybko, Herr Doktor! Deputowani potraktowali ten wstęp jako ładny historyczny ozdobnik świadczący o Pana erudycji, ale Pan przecież wie, że sprawa nie jest taka prosta. Naprawdę rządzący z Kijowa i mocno związani z Bizancjum normańscy władcy wczesnej Rusi i kupcy z miejskiej republiki w Nowogrodzie to po prostu poprzednicy putinowskiej Rosji? Nie widzi Pan tu sporu o dziedzictwo między Moskwą a Kijowem, sporu, który ma jak najbardziej aktualne znaczenie? Może jednak Putinowi bliżej do Iwana Groźnego? Aż tak bardzo nasiąkł Pan w tej Moskwie rosyjską propagandą historyczną, że nie widzi Pan tych różnic?
Zostawmy złośliwości, ekspertyza dla parlamentu to nie praca naukowa. A jednak fakt, że w niemieckim dyskursie o Rosji nawet specjaliści przechodzą do porządku nad historycznymi zawiłościami i zdają się mówić: „Rosja to zawsze Rosja i tylko Rosja”, jest bardzo znaczący. Tymczasem w tle bezwzględnej i brutalnej wojny prowadzonej przez współczesną Rosję (nie samego Putina!) jest również spór o historię, o to, kto jest historycznym i religijnym spadkobiercą zdruzgotanej przez Mongołów średniowiecznej Rusi. To dlatego w propagandowych wystąpieniach prezydent Rosji mówi, że Ukraina to po prostu Rosja, dlatego tak podkreśla się tradycję, według której Święty Włodzimierz był chrzczony w Chersonezie na Krymie, dlatego Putin ma obsesję zajęcia Kijowa, dlatego Rosjanie z taką brutalnością niszczą nie tylko ludzi, ale wszelkie przejawy państwowości, to dlatego patriarcha Moskwy błogosławi ludobójczą wojnę. Także dlatego grecki patriarcha Konstantynopola Bartłomiej, wspierający autokefalię ukraińskiej Cerkwi, jest dziś dla rosyjskiej ekspansji groźniejszym przeciwnikiem niż stu hałaśliwych ekspertów i dyletanckich polityków z Twittera.
Tekst Kunzego jest wręcz kanonicznym przykładem niemieckiego myślenie o Wschodzie. Liczy się Rosja, im bliższe kontakty handlowe, tym lepiej. Aż do I wojny światowej było coraz lepiej. Habsburski poseł graf Herbertstein (postać ważna również dla naszych dziejów) zawoził do Moskwy rzemieślników, także tych od armat, Piotr Wielki otworzył Rosję na Europę, Katarzyna II przeprowadziła z zaprzyjaźnionymi władcami Cesarstwa i Prus trzeci rozbiór, dzięki czemu powstała bezpośrednia granica… Po prostu ekonomiczna sielanka, która trwała przez cały wiek XIX (autor tego nie pisze, ale my rozumiemy, że brak jakichkolwiek przeszkadzających tej przyjaźni zbędnych tworów państwowych pomiędzy tak doskonale się rozumiejącymi partnerami był czymś nadzwyczaj korzystnym).
Wiek XX, jak wiemy, sprawia pewne trudności, w historycznym „resume” dla polityków nie ma potrzeby przypominać, że napad III Rzeszy na „Sovjetunion” dotknął również tereny dzisiejszej Ukrainy i Białorusi. Warto za to podkreślić, że sowiecka dominacja nad NRD włączyła wschodnie Niemcy do wschodniego obszaru gospodarczego i że nawet w najgorszych latach zimnej wojny Niemcy Zachodnie były połączone z ZSRS rurociągami… Po końcu zimnej wojny można było już „normalnie” pracować, niestety nie udała się koncepcja „wspólnego europejskiego domu” od Atlantyku do Władywostoku, której współautorami byli naturalnie Gorbaczow i kanclerz Kohl (to dla naszych krajowych wielbicieli „kanclerza zjednoczenia i pojednania”). Historyk przytomnie zauważa, że kontynuatorem tego pomysłu chciał być ambitny Francuz Macron, nie wiemy natomiast, czy ucieszyłby się z rozwinięcia koncepcji przez byłego prezydenta Miedwiediewa (pewien problem stanowić by mogła zapowiadana przez zausznika Putina „denazyfikacja” przestrzeni aż po Lizbonę).
W części współczesnej Kunze zaznacza, że sankcje po 2014 r. wbrew pozorom nie zaszkodziły Rosji (chciałoby się zapytać, czy nie świadczy to o ich fikcyjności), i rysuje perspektywę partnerstwa Moskwa–Pekin. Autor zdaje się pomijać lub nie dostrzegać kwestii ceny, jaką Rosja będzie musiała zapłacić za takie „partnerstwo”. Zamiast tego sugeruje niemieckim politykom następującą alternatywę: albo znów zbudujemy partnerstwo z Rosją rządzoną przez „siłowików” (nikt inny również po Putinie tam nie będzie rządzić) i dzięki temu przyciągniemy Rosję do Europy, albo mamy przeciw sobie chińsko-rosyjską Eurazję.
W tej wizji nie ma Ameryki, nie ma też Europy Środkowej i Wschodniej. Czy brutalna i ludobójcza wojna Rosji – nie tylko Putina – aby na pewno odsunęła te historyczne sny w niebyt?
Szanowni Państwo, serdecznie zachęcamy do wysłuchania kolejnych odcinków podcastu „Berlińskie Espresso”. Znajdą nas Państwo na VOD „Gazety Polskiej”. Do usłyszenia!