Mężczyzna, z zawodu lekarz-psychiatra, oskarżony jest o usiłowanie zabójstwa ochroniarza, którego zaatakował w szczecińskim Sądzie Okręgowym 12 października 2018 r.
Uderzył go siekierą w głowę i tułów, co spowodowało u pokrzywdzonego m.in. otarcia i powierzchowną ranę. Jak wskazała prokuratura, napastnik miał w znacznym stopniu "ograniczoną zdolność rozpoznawania znaczenia czynu" z powodu zaburzeń osobowości "o cechach paranoicznych , niestabilności emocjonalnej, histrioniczności oraz przewlekłych zaburzeń depresyjnych". Drugi zarzut związany jest z usiłowaniem spowodowania niebezpieczeństwa przez próbę wysadzenia kanistrów z benzyną.
Jak wyjaśniała prok. Elżbieta Muniak, Szymon S. wszedł do przedsionka Sądu Okręgowego przy ul. Małopolskiej (gdzie mieści się m.in. wydział rodzinny), "mając zakryte kartkami papieru narzędzie w postaci siekiery, zmierzał do pokrzywdzonego" i dwukrotnie go uderzył. "Później wybiegł z siedziby sądu, udał się do samochodu zaparkowanego nieopodal, przyniósł dwa kanistry benzyny i próbował dokonać podpalenia sądu" – powiedziała prok. Muniak. Dodała, że w zatrzymaniu i obezwładnieniu mężczyzny pomogli świadkowie.
Oskarżony powiedział podczas rozprawy, że nie przyznaje się do czynów "tak opisanych, jak w akcie oskarżenia". Przyznał, że chciał obezwładnić ochronę i doprowadzić do użycia broni – wszystko po to, aby zginąć na miejscu. "Nie miałem ani sił, ani środków, aby dalej walczyć o moje dzieci" – powiedział Szymon S. Gdy zorientował się, że ochrona nie ma broni, poszedł do samochodu po kanister, aby się podpalić.
Jak mówił, wydarzenia z 12 października 2018 r. były wynikiem pięcioletniej batalii o możliwość kontaktu z synami. Wskazywał, że sąd był stronniczy szczególnie w przypadku matki starszego z nich, obecnie 7,5-letniego. Zaznaczył, że matka młodszego chłopca za możliwość kontaktu z dzieckiem domagała się pieniędzy.
"Apogeum tych nieszczęść w tygodniu poprzedzającym (zdarzenie z sądu) było uprowadzenie młodszego syna przez jego matkę" – mówił oskarżony.
Jak powiedział, udając się do sądu "wiedział, że zginie". - Poszedłem tam w koszulce z napisem naszej organizacji "Dzielny Tata", a także "Stop dyskryminacji ojców". I skoro ochrona mnie nie zastrzeliła, pozostało mi wysadzić siebie w tym sądzie – powiedział mężczyzna.
44-latek przeprosił ochroniarza, którego ranił, dodając, że "to wszystko było bardzo niefortunne, lecz było efektem wieloletniego działania sądów". Zaznaczył, że przez 20 lat trenował fechtunek średniowieczny, a zatem gdyby rzeczywiście chciał skrzywdzić pracownika sądu, zrobiłby to.
Podkreślił, że nie pamięta dokładnie momentu ataku i tego, w jaki sposób zadawał ciosy, ale ocknął się, gdy zobaczył, jak ochroniarz "przerażony i bezbronny" skulił się przy ścianie. "I to był straszny widok" – powiedział Szymon S. "Stałem nad nim, ten człowiek był bezbronny, więc odstąpiłem od niego. Wydaje mi się, że powiedziałem wtedy, że kto może – powinien budynek opuścić, i poszedłem po kanister" – relacjonował mężczyzna.
Oskarżony miał ze sobą także młotek ciesielski i nóż, a w samochodzie więcej kanistrów z benzyną. Tłumaczył, że gromadził jej zapasy na wyjazd do Szwecji, gdzie pracował.
Zapytany przez sędziego, czy krzywdy, których – jak podkreślał – doznał "warte były tego, aby narazić na śmierć wiele innych osób", oskarżony odpowiedział, że przekroczył "linię posługiwania się racjonalnymi kategoriami". "Ale przez wiele lat, a w końcówce przez wiele miesięcy robiłem wszystko, żeby tej krzywdzie zapobiec cywilizowanymi metodami".
O samej próbie samobójczej mówił, że chciał zaznaczyć w ten sposób swoją "miłość i oddanie do dzieci". "W ten sposób chłopcy pewnego dnia dowiedzieliby się, że ojciec się nie poddał i o ich lepszą przyszłość walczył do końca" - mówił.
"Najważniejsza w tym wszystkim była demonstracja i pokazanie mojej desperacji" – podkreślił mężczyzna.
Oskarżonemu grozi nawet dożywotnie więzienie.