Od przedstawienia raportu z prac komisji Millera, pułkownik Grochowski rzadko pojawia się w mediach, i dlatego Polska Agencja Prasowa rozmowę z nim reklamuje jako "pierwszy wywiad od czasu zakończenia jej prac".
Wiceszef komisji Millera nie zrezygnował z upierania się, że wszystkiemu winna jest "pancerna brzoza". "Pamiętam silne wrażenie, jaki wywarł ma mnie widok młodych drzewek i krzaków na trajektorii lotu przed brzozą. Były obcięte na takiej wysokości, że prawie mogłem tam sięgnąć ręką. Uświadomiłem sobie, że samolot w tym miejscu był aż tak nisko, niemal dotknął kołami ziemi".
Dzisiaj wiemy jak naprawdę wyglądała współpraca z Rosjanami, jakie popełnili błędy, w jaki sposób traktowali ciała ofiar, a także jakie konsekwencje miało oddanie im śledztwa. Pomimo to Grochowski chwali współpracę z Rosjanami.
- 12 kwietnia rano spotkaliśmy się z gen. Sergiejem Bajnietowem, przewodniczącym rosyjskiej komisji wojskowej. Wyartykułowaliśmy nasze potrzeby: o przepustki i dostęp do miejsca katastrofy, nasz udział w badaniu, namiot do pracy przy wraku, pomieszczenia do pracy w sztabie i częstotliwości do łączności. Były one w miarę możliwości szybko zaspokajane - powiedział.
"W pierwszym okresie nie mieliśmy żadnych problemów z gromadzeniem materiałów i wykonywaniem swoich prac" - twierdzi zastępca Millera.
- A kiedy się pojawiły się pierwsze zgrzyty? - pyta reporter PAP.
"Trudno powiedzieć. Po prostu MAK przyjął inną procedurę badania - że jest jeden akredytowany, który jest przedstawicielem RP, który pilnuje tego badania, a my jesteśmy jego pomocnikami. Trzeba było się dostosować.
- Jak to się w końcu stało, że 13 kwietnia przyjęto procedurę według załącznika do konwencji chicagowskiej?
"Nie wiem, nie byłem przy wszystkich rozmowach, przede wszystkim byłem w Smoleńsku".
I najważniejszy fragment rozmowy z płk Grochowskim.
PAP: Co było przyczyną katastrofy smoleńskiej?
M.G.: Tak jak napisaliśmy w raporcie. W stu procentach się z tym zgadzam. W naszym raporcie nie ma nic z materiałów MAK. Zarzucano nam, że stworzyliśmy raport tylko na podstawie rejestratorów parametrów lotu. To nieprawda. Odtworzyliśmy trajektorię lotu na podstawie własnych obliczeń i pomiarów wykonanych w Smoleńsku. Zostały one potwierdzone przez zapisy rejestratorów. Moim zdaniem trudno kwestionować raport, jeśli te dwa źródła się potwierdzają.
PAP: Zmieniłby pan coś w raporcie?
M.G.: Nie.
Grochowski, tak jak Maciej Lasek i politycy Platformy z Donaldem Tuskiem na czele, nie czuje się odpowiedzialny za zgodę na rozpowszechnianie kłamstw o generale Andrzeju Błasiku. Umywa ręce.
PAP: Kto rozpoznał głos gen. Błasika? Występuje on i w raporcie MAK, i w raporcie polskiej komisji.
M.G.: Nie wiem, nie byłem przy tym.
PAP: Rodzina generała walczy o jego dobre imię po tym, jak MAK podał, że w jego krwi stwierdzono obecność alkoholu. Przeczy temu ekspertyza biegłych dla prokuratury. Wy zwracaliście MAK uwagę, że brak na to dokumentacji źródłowej i że nie można wykluczyć, że alkohol mógł mieć pochodzenie endogenne.
M.G.: Moim zdaniem jako komisja nie nadszarpnęliśmy imienia gen. Błasika. Jak się później okazało, MAK nie uwzględnił polskich uwag do projektu raportu, więc nie mieliśmy wpływu na ten dokument. Natomiast kwestionowaliśmy wiele jego ustaleń, także podawaliśmy w wątpliwość informację o rzekomym alkoholu w krwi generała.
Oczywiście tak samo jak w każdym obywatelu Polski, tym bardziej w żołnierzu, wzburzyła się we mnie krew, gdy usłyszałem, w jaki sposób MAK potraktował polskiego generała. Znałem gen. Błasika dość dobrze. W polskiej komisji nie myśleliśmy, że musimy dać kontrę, po prostu na podstawie materiałów i stenogramu, które mieliśmy, odtwarzaliśmy przebieg katastrofy.
Przy tak dobrym samopoczuciu płk Grochowskiego, który nie ma sobie nic do zarzucenia, nic dziwnego, że sprzeciwia się wznowieniu prac komisji Millera.
"Jak dotąd nie widzę uzasadnienia do wznowienia prac komisji. Jej prace można by było wznowić tylko wtedy, gdyby okazało się, że są nowe okoliczności, które wskazują, że przyczyna wypadku była inna niż ustalona w protokole i raporcie. Do tej pory na ten temat nie pojawiło się nic wiarygodnego, potwierdzonego materiałem dowodowym".
Z niedowierzaniem można przeczytać odpowiedź Grochowskiego na pytanie, czy politycy naciskali na członków komisji.
"Nie. Ja przynajmniej nie miałem takiego doświadczenia".
- A wojskowi?
"Absolutnie nie. Nigdy nie spotkałem się podczas badania z jakimkolwiek naciskiem. Nigdy nikt mi nie mi mówił, że należy szybciej skończyć, albo że trzeba skończyć tak, czy inaczej. Absolutnie to jest dla mnie niewyobrażalne".
Tak jakby nikt nie pamiętał o słowach Radosława Sikorskiego tuż po katastrofie...