Biegli nie wzięli ze sobą do Smoleńska sprzętu, który pozwoliłby im wyselekcjonować różne rodzaje próbek. Jak przyznał podczas zeszłotygodniowej konferencji szef WPO w Warszawie płk Ireneusz Szeląg, odpowiadając na pytanie „Codziennej”, biegli nie mieli ze sobą chromatografów. W odróżnieniu od spektrometrów służą one do wykrywania substancji powybuchowych. Policja dysponuje 17 takimi przenośnymi urządzeniami.
Nie wiemy też, co w zasadzie przebadali biegli. I niestety nie wiedzą tego również wojskowi śledczy. To także przyznał „Codziennej” płk Szeląg. Okazuje się bowiem, że po przylocie próbek z Moskwy – gdzie leżały dwa miesiące – nikt nie zweryfikował, co otrzymaliśmy. Prokuratura przekonuje, że „nie była w stanie”. – Biegli to rozważali, ale nie da się tego zrobić – powiedział nam płk Szeląg.
Prokuratorzy uspokajają, że pobrane przez polskich śledczych próbki były „odpowiednio zabezpieczone” podczas dwumiesięcznego leżakowania w Komitecie Śledczym Federacji Rosyjskiej. Odmawiając odpowiedzi na pytanie, nie precyzują, czy były chronione w analogiczny sposób, jak spoczywające w moskiewskim sejfie czarne skrzynki tupolewa. Wówczas najważniejszy dowód w śledztwie strona polska zabezpieczyła za pomocą papierowej plomby z parafką prokuratora.