Po pierwsze, trudno powiedzieć, że w polityce tzw. spójności, czyli na środki na rozwój regionalny wynegocjowano dla Polski coś więcej niż minimum należnych nam sum z prawnego punktu widzenia. Dostajemy tyle ile nam się należy w najbardziej skromnym wariancie i ani euro więcej.
Po drugie, za cenę realizacji powyższego celu, który był odzwierciedleniem obietnic wyborczych PO, poświęciliśmy polską wieś; rolnicy nie dość, że mogą zapomnieć o równych dopłatach, to muszą też zrezygnować nawet ze średnich dopłat europejskich chyba, że oddadzą na ten cel część pieniędzy przeznaczonych na inwestycje na wsi; co ciekawe, jeszcze na jesieni, gdy wydawało się, że uda się uratować środki na inwestycje wiejskie, a stracimy tylko fundusze na dopłaty, rząd grzmiał, że dopłaty są antyrozwojowe a wieś potrzebuje inwestycji; teraz, gdy okazało się, że dokonano dalszych cięć w obu obszarach, rząd chce przerzucić środki z inwestycji na dopłaty, by jakoś ukryć swą porażkę - kuglarstwo finansowe a la Rostowski w rozkwicie.
Po trzecie, nie ma w tym kompromisie ani jednego „polskiego śladu”, podczas gdy inni załatwili sobie wiele swoich interesów: specjalne środki dla regionów w recesji. Specjalne środki na bezrobocie młodych w ich krajach itp. Oznacza to, że nie byliśmy kreatywni w negocjacjach, tylko „łapaliśmy kasę”, która spadała ze stołu najbogatszych.
Po czwarte, warunki wydawania tych pieniędzy będą bardzo trudne, od razu 20% czyli około 60 mld złotych trzeba odpisać na „zielony budżet”, czyli na inwestycje w wiatraki i inne ekologiczne zabawki, żeby dostać w ogóle jakieś środki, trzeba będzie spełniać „kryteria makroekonomiczne”, które ustali dla nas Bruksela: inaczej mówiąc, chcecie dostać te pieniądze, to najpierw poddajcie swój budżet naszej kontroli, warunków takich jest więcej.
Po piąte, bezrobocie w Polsce znowu wzrosło a gospodarka w zasadzie stanęła. I to w samym środku wydawania wielkich sum z obecnego budżetu europejskiego. To oznacza, że można środki mieć i wydawać, a uzyskiwać efekt ujemny. To ważna przestroga.
Zanim więc prezydent Komorowski otworzy zimny szampan, a premier Tusk zje tort, szklanka zimnej wody, by się obu panom przydałaby. Na głowy.