Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
Polska

Radość Obamy, polski smutek

Pogłębienie „zbyt głośnej samotności” państw wchodzących niegdyś w obręb ZSRS, w tym Polski – to najbardziej istotna dla nas konsekwencja wyboru Baracka Obamy na prezydenta.

Autor:

Pogłębienie „zbyt głośnej samotności” państw wchodzących niegdyś w obręb ZSRS, w tym Polski – to najbardziej istotna dla nas konsekwencja wyboru Baracka Obamy na prezydenta. Reelekcja Obamy oznacza swobodę działania Władimira Putina w sowiecko-rosyjskiej strefie wpływów.

Zwycięstwo Baracka Husseina Obamy i kolejne cztery lata Demokratów w Białym Domu mają nie tylko wymiar polityczny, ale też ekonomiczny. Komentatorzy w Polsce skupiają się na barwach kampanii: na gafach urzędującego prezydenta i jego oponenta, olbrzymim zaangażowaniu wolontariatu po obu stronach, podliczaniu obietnic Obamy z 2008 r. i Romneya z 2012 r., słusznie wskazują na potęgę pieniądza ujawnioną w tych wyborach (najdroższa kampania w dziejach świata!) czy ekscytują się technologicznymi gadżetami, których obficie używały obie strony, choć szczególnie wykorzystywał to obecny prezydent. Mało słyszymy jednak o tym, co ten wynik niesie dla Polski, naszego regionu i szerzej: całej Europy.

Deal Baracka z Władimirem

Następne cztery lata w amerykańskiej polityce to, niestety, kontynuacja flirtu Białego Domu z Kremlem. Słynny „reset”, gdy chodzi o politykę Waszyngtonu wobec Moskwy, w praktyce polegał i polegać będzie na oddaniu środkowo- wschodnioeuropejskich sojuszników USA w pacht Federacji Rosyjskiej. Tandem Obama–Clinton (Hillary, oczywiście) kupił względną neutralność tandemu Putin–Miedwiediew w kwestiach Iranu czy Bliskiego Wschodu za bardzo wysoką cenę: Rosjanie dostali w praktyce wolną rękę, gdy chodzi o swoją dawną (!) strefę wpływów na Starym Kontynencie. Barack Obama zachował się jak współczesny Poncjusz Piłat, który umył ręce, gdy chodzi o los Polaków, Litwinów, Łotyszów, Estończyków, ale też Węgrów, Czechów i Słowaków z jednej strony oraz Gruzinów, Ormian i Azerów z drugiej. Rzecz w tym, że w latach 2012–2016, czyli w drugiej kadencji lokatora Białego Domu, prawdopodobnie będzie jeszcze gorzej. Zresztą zgodnie z obietnicą, którą Obama – nie wiedząc, że jest nagrywany – złożył prezydentowi Miedwiediewowi (a ten obiecał, że „przekaże to Władimirowi”). Przypomnijmy – prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdził: „Co do wszystkich tych zagadnień, ale zwłaszcza tarczy antyrakietowej, to może być rozwiązane, ale ważne jest, żeby on dał mi na to czas (z kontekstu wynika, że „on” to ówczesny premier Władimir Putin – R.C.)”. „Tak, rozumiem. Rozumiem pana przesłanie co do czasu do namysłu” – odpowiedział Miedwiediew. „To moje ostatnie wybory. Po wyborach będę miał większą elastyczność, swobodę ruchu” – odparł Obama.

Zbyt głośna świadomość

Można więc się spodziewać, że dawny blok KDL (Krajów Demokracji Ludowej) i byłe republiki sowieckie będą jeszcze bardziej samotne, niż były. Państwa z tego regionu już to wiedzą i ich społeczeństwa wyciągają wnioski: proamerykańskie czy prozachodnie ekipy pożegnały się z władzą na Litwie, w Gruzji czy, choć to specyficzny przypadek, na Ukrainie. Teraz ich sam na sam z Moskwą przy postępującej reorientacji polityki USA i braku wspólnej polityki wobec Rosji ze strony Unii Europejskiej, której największe państwa wybierają bilateralne ubijanie interesów z  Kremlem, tylko pogłębią „zbyt głośną samotność” państw naszego regionu. W zamian za to Rosja nie będzie już broniła nuklearnych aspiracji Iranu na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ ani też nie będzie przyjmowała delegacji palestyńskiego Hamasu w Moskwie. Taki jest „deal” zawarty przez Baracka Husseina Obamę i Władimira Władimirowicza Putina. Jeden dostał swobodę działania w sowiecko-rosyjskiej strefie wpływów, drugi kupił milczenie Kremla w rejonach nowych priorytetów polityki zagranicznej Waszyngtonu.

Katar w USA, kichająca Polska

Obama wygrał w niemałym stopniu dzięki głosom „niebiałych” Amerykanów. Relatywnie wysoka frekwencja wyborcza zwłaszcza wśród mających zwykle sporą absencję Latynosów i Murzynów spowodowała wiktorię Demokratów zwłaszcza w tzw. swing states, czyli w stanach wahających się, które przechodziły w ostatnich dekadach z rąk do rąk amerykańskiej „prawicy” i „lewicy”. Wygrał w Ohio zgodnie z tradycją, która mówi, że od 1960 r. zwycięzca wyborów w tym stanie wygrywa wybory w całych Stanach Zjednoczonych. To, że Latynosów, Murzynów i mieszkańców Ohio, Wisconsin, Iowa i Connecticut oraz innych stanów, w których tak naprawdę rozstrzygnęły się te wybory, nie obchodzi los Polski i innych środkowo- i wschodnioeuropejskich nacji, to oczywiste. Gorzej, że nie obchodzi on również 44. prezydenta USA.

I wreszcie, kompletnie pomijane w polskich analizach, reperkusje ekonomiczne wyboru Obamy. Dyplomaci (bynajmniej niereprezentujący Polski) urzędujący w Waszyngtonie i inni moi rozmówcy – ludzie biznesu – uważali, że wybór Mitta Romneya oznaczać będzie wyraźny impuls dla amerykańskiej gospodarki, sygnał prorozwojowy, gong dla ożywienia koniunktury gospodarczej w Ameryce. Jednocześnie ponowna reelekcja urzędującego prezydenta miała być według nich – i trudno się z nimi nie zgodzić – sygnałem pogłębiania się gospodarczej stagnacji i dalszym dryfowaniem statku amerykańskiej gospodarki. W kontekście ekonomicznym wybory w najpotężniejszym państwie świata, w tym swoistym gospodarczym i finansowym „trendsetterze”, mają daleko idące konsekwencje na świecie. W tym i nie tylko w tym względzie, gdy w Ameryce mają katar, to my w Europie, także w Polsce, wkrótce potem kichamy. Mówiąc wprost: słabnięcie gospodarki USA oznacza pogłębienie kryzysu na naszym kontynencie. Oczywiście ze wszystkimi tego konsekwencjami dla Polski.

Reelekcja w USA oznacza złe sygnały: bezpośredni dla pozycji międzynarodowej Polski i pośredni dla sytuacji finansowej i gospodarczej naszego kraju. Radość Obamy to w gruncie rzeczy polski smutek.



Autor:

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE Polska