To utrwalanie modelu słabego gimnazjum i kiepskiego liceum. Ale widać rządzącej koalicji właśnie o to chodzi – w ten sposób w rozmowie z „Gazetą Polską Codziennie” decyzję komisji skomentował poseł Kazimierz Michał Ujazdowski (PiS). To on podczas wczorajszego posiedzenia prezentował projekt ustawy o nauczaniu historii przygotowany przez Prawo i Sprawiedliwość.
Projekt zakładał zmiany w siatce godzin w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych. Chodziło o to, by nauczanie dziejów było obowiązkowe przez cały okres edukacji na tych etapach. Minimalny wymiar lekcji historii miał zostać ustalony na poziomie 180 godz. Oznaczałoby to, że w planie lekcji znajdą się przynajmniej dwie godziny historii tygodniowo.
– Zależy nam nie tylko na szacunku do minionych dziejów, ale na wychowaniu społeczeństwa kreatywnego. Historia uczy umiejętności podejmowania decyzji dotyczących życia społecznego i politycznego – argumentował podczas posiedzenia Ujazdowski. Podkreślał, że bez wiedzy o tym, jakie decyzje podejmowali nasi przodkowie, trudno będzie młodemu pokoleniu decydować o swoich działaniach tu i teraz.
– W II Rzeczypospolitej nikt nie zastanawiał się nad tym, czy warto uczyć historii. Wszystkie rządy, niezależnie od tego, jaką opcję polityczną prezentowały, wiedziały, że nie można wychować dobrego patrioty bez nauczania dziejów – przypominał Zbigniew Dolata (PiS).
Wiceminister edukacji Mirosław Sielatycki nie podważał konieczności nauczania historii. Przekonywał natomiast, że obecny stan, w którym obowiązkowy kurs dziejów kończy się na pierwszej klasie szkoły ponadpodstawowej, jest dobry. – Uważam, że obecne rozwiązanie jest właściwe i musi się sprawdzić – zawyrokował.
Sielatycki zaatakował projekt PiS od strony formalnej. Stwierdził, że dla lekcji historii nie można robić wyjątku, a liczba godzin nauczania wszystkich przedmiotów jest określona przez ministra edukacji drogą rozporządzenia.
– I właśnie o to chodzi, aby jednym podpisem pani minister nie mogła dowolnie zmienić liczby godzin nauczania dziejów – ripostowała posłanka Anna Zalewska. A Wojciech Starzyński z Fundacji „Rodzice Szkole” zwrócił uwagę, że decyzje szefowej MEN były podejmowane bez społecznych konsultacji.
Resort edukacji, wprowadzając zmiany, był również głuchy na opinię środowisk naukowych. Nie pomogły nawet protesty głodowe, które w obronie historii podejmowali nauczyciele, naukowcy i byli działacze opozycji antykomunistycznej.
– Doprowadzimy do takiej sytuacji, że absolwenci liceów będą mieli mniejszą wiedzę na temat ojczystych dziejów niż niewykształceni 60-latkowie – ocenia Ujazdowski.
