„I oto idą, zapięci szczelnie,/ Patrzą na prawo, patrzą na lewo./ A patrząc – widzą wszystko oddzielnie/ że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo...” – pisał w wierszu o „strasznych mieszczanach” Julian Tuwim. Dla mediów III RP widzenie wszystkiego oddzielnie, gdy u władzy jest reprezentant interesów ich właścicieli, stało się normą.
Putin w obronie Pussy Riot
Tylko w ten sposób można bowiem tworzyć iluzję, że premier nie odpowiada za złe rzeczy, które dzieją się pod jego rządami. Odpowiedzialni są źli urzędnicy, prokuratorzy, sędziowie, a premier nie ma nic wspólnego z tym, kogo pracownicy kierowanego przez niego aparatu władzy bezprawnie represjonują, a komu pozwalają na totalną bezkarność.
Władimir Putin zaapelował niedawno, by rosyjski sąd nie traktował zbyt surowo feministek z Pussy Riot. Niestety, niezawisły sąd nie posłuchał Putina i skazał je na dwa lata łagru. Wcześniej widzieliśmy, jak Putin odepchnął całującego go w rękę popa. Kiedy indziej strofował dopuszczającego się zaniedbań gubernatora. Mocno zdenerwowały go też ceny paliwa na stacjach benzynowych i zdecydowanym tonem skrytykował ich właścicieli.
Rosjanie widzą, jak Putin walczy o ich dobrobyt. Niestety, może robić to tylko w granicach prawa i swoich kompetencji. Czasem, nie mogąc znieść ich krzywdy, stara się postraszyć niegodziwców, wykorzystując swój autorytet. Czy ten przekaz czegoś nam nie przypomina?
Michał Tusk pokrzywdzony w aferze Amber Gold
„Mój syn zalicza się do grupy, która wraz z upadkiem OLT Express utraciła miejsce pracy” – powiedział wczoraj w Sejmie Donald Tusk. Domagał się tam „bardzo ostrego i zdecydowanego działania” wobec ludzi, którzy dopuścili się „zaniechań” w sprawie afery Amber Gold. Zwrócił jednocześnie uwagę, że nie ma na owe zaniechania wpływu i nie zgadza się na pomysły podporządkowania niezależnych instytucji rządowi na fali oburzenia Polaków tym, co się stało.
Polacy zobaczyli więc, jakim twardzielem jest ich premier. Jego syn ucierpiał, lecz mimo to nie godzi się on na psucie państwa poprzez dawanie sobie samemu nadmiernej władzy. Nie wykorzystał jej też w obronie syna, uznając, że musi on być traktowany tak jak wszyscy. „Władza państwa będzie działała bezwzględnie wobec oszustów, jeśli wiadomo, że są to oszuści, nie można kierować się domniemaniami” – stwierdził Tusk. Wcześniej prokuratura i sąd zdetonowały jeden z ładunków mogących zaszkodzić Tuskowi – aresztowały wreszcie właściciela Amber Gold.
Osipowa jak Staruchowicz
To samo państwo, które okazało się zbyt słabe, by ochronić obywateli przed oszustem, okazuje się bardzo skuteczne, gdy ma do czynienia z wrogami premiera. Ta skuteczność też zaczyna coraz bardziej przypominać rosyjskie standardy.
Taisa Osipowa z opozycyjnej partii Inna Rosja skazana została kilka dni temu na osiem lat łagru za handel narkotykami. Za to samo w Polsce siedzi Piotr Staruchowicz – najbardziej znany lider opozycji kibicowskiej wobec rządu Tuska, któremu areszt przedłużono właśnie o kolejne trzy miesiące. Taisa Osipowa wyjaśniała przed sądem, że narkotyki jej podrzucono. Przy Piotrze Staruchowiczu w ogóle nikt ich nie znalazł. Obciążyły go zeznania wypuszczonego z aresztu przestępcy, który nawet nie widział przy nim narkotyków, ale słyszał o nich od osób trzecich.
Osipowa skazana została nie po raz pierwszy – wcześniej miała wyrok za „chuligaństwo” i „przemoc w stosunku do przedstawiciela władzy”, bo publicznie uderzyła gubernatora obwodu smoleńskiego Wiktora Masłowa bukietem kwiatów w twarz. Także Staruchowicz wcześniej był karany – za rozbój polegający na kradzieży skarpetek i spodenek.
Piotr Staruchowicz doklejony został do sprawy zorganizowanej grupy przestępczej handlującej narkotykami. Piszę „doklejony”, bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy zatrzymuje się 19 osób, z których 18 otrzymuje zarzut działania w owej grupie, a jedna nie i jest to akurat sztandarowy wróg urzędującego premiera? „Ręce opadają” – tak skomentował postanowienie o dalszym areszcie ojciec „Starucha”, dziennikarz Wojciech Staruchowicz, niegdyś – w latach 90. – twórca dodatku „Praca” w „Gazecie Wyborczej”.
Areszt za rusofobię
Prokuratura i sądy, oczywiście całkiem niezależne od władzy wykonawczej, potrafiły skutecznie rozprawić się także z innym przeciwnikiem Tuska. Od czasu Euro 2012 w areszcie siedzi 49-letni Wojciech Braun, żartobliwie nazywany „Kelnerem”. Piszę „żartobliwie”, bo media prorządowe fakt, że kibice mają ksywy, próbują wykorzystać do skojarzenia ich z przestępcami. Pseudonim „Kelner” wziął się stąd, że obrzucił on tortem bossa medialnego koncernu ITI Leszka Miklasa, gdy był on prezesem Legii Warszawa. W czasie kampanii wyborczej Braun zawiadywał „tóskobusem” – autokarem parodiującym kampanię szefa rządu.
Rzecz jasna pomiędzy wcześniejszą działalnością Brauna a tym, jakie są obecne jego losy, media nie widzą żadnego związku. A siedzi on za rusofobię. Policja wytypowała go na organizatora kontrmanifestacji podczas marszu rosyjskich kibiców w czasie Euro 2012 i postawiła mu zarzut z art. 119 kodeksu karnego. Artykuł twierdza: „Kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub z powodu jej bezwyznaniowości, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.
Nie pomogły argumenty adwokata, że Braun nie protestował przeciwko Rosjanom z powodu ich przynależności narodowej, ale dlatego, że podobnie jak wiele osób w Polsce uważał marsz za antypolską prowokację. A stosunek Brauna do Polaków z Ruchu Palikota, biorących w niej udział, był identyczny jak do Rosjan.
Winny musi być „Staruch”
Jak spowodować, by niezależna prokuratura i niezawisłe sądy potrafiły być równie surowe wobec oszustów krzywdzących zwykłych Polaków, co wobec wrogów Donalda Tuska? Nie ma innego wyjścia: media muszą ogłosić, że człowiekiem, który pociągał sznurki w aferze Amber Gold, był Piotr Staruchowicz wraz z innymi kibolami. Że teza ta może być trochę trudna do udowodnienia? Nie z takimi zadaniami prorządowe media potrafiły się już uporać.
