Donald Tusk ma problem. Walka z Kościołem, którą rozpoczął, nie tylko nie przyniosła spodziewanych efektów w postaci wzrostu notowań, ale nawet osłabiła partię. I teraz trzeba rakiem wycofywać się z zapewnień, że nie będzie się klękać przed klerem.
Odrzucenie projektów SLD i Ruchu Palikota, by zlikwidować Fundusz Kościelny bez zastąpienia go innymi rozwiązaniami, propozycja uzupełniania strat finansowych, jakie mógłby ponieść Kościół w wyniku wprowadzenia zasady odpisu podatkowego, a także coraz wyraźniejsze wystudzanie przez polityków PO i zaprzyjaźnione z nią partie emocji związanych ze zmianą sposobu finansowania Kościołów i związków wyznaniowych w Polsce wyraźnie pokazuje, że Donald Tusk i jego ekipa zmieniają front. Po czasie ekonomicznego antyklerykalizmu, który nie najgorzej się sprawdzał i przynosił wymierne medialno-sondażowe efekty, przyszedł czas na próbę ponownego oswajania Kościoła, zapewniania, że nie jest wolą rządu osłabianie religii, a także przekonywania, że PO nie jest antyklerykalna. Nie jest nawet wykluczone, że w ramach odbudowywania relacji z Kościołem Donald Tusk zrezygnuje z reformy sposobu jego finansowania, choć to akurat byłaby dla niego wizerunkowa klapa. Bardziej prawdopodobne jest zatem odsuwanie problemu finansowania Kościoła w przyszłość, motywowane np. potrzebą wspierania w kryzysie instytucji, która najskuteczniej opiekuje się najsłabszymi.
Ta zmiana frontu (jak wszystkie inne zwody premiera) ma oczywiście jeden powód. A są nim sondaże. PO i jej PR-owcy dostrzegli, że choć nieustanne podszczypywanie instytucji kościelnych i przekonywanie, że pochłaniają one zbyt wiele pieniędzy, przynosiło delikatne wzrosty sondażowe, to już jawne dobranie się do Kościoła i próba frontalnego ataku na tę instytucję przynoszą raczej straty. Od kilku miesięcy w rozmaitych sondażach dostrzec można wyraźny odpływ bardziej katolickich i konserwatywnych wyborców PO ku innym formacjom. Jednym z wielu powodów tego zjawiska jest właśnie kurs na zderzenie z Kościołem, który jakiś czas temu przyjął rząd Donalda Tuska.
Ponadto nasilający się (wraz ze spadkiem notowań) antykatolicyzm Ruchu Palikota i SLD sprawił, że katolicy – niezależnie od poglądów politycznych – zaczęli zwierać szeregi. Im silniejsze były ataki, tym bardziej wzrastał poziom zaufania do Kościoła. A biskupi, nawet ci, którzy do tej pory starannie unikali krytykowania polityków, teraz zabrali się do obrony telewizji Trwam i atakowania silnych antyklerykalnych stereotypów. Wszystko to razem dotknęło także Platformę, która z przerażeniem odkryła, że jest stawiana w jednym szeregu z SLD i Ruchem Palikota, co oznaczało utratę części elektoratu. Nie bez znaczenia jest też to, że dotychczasowi sprzymierzeńcy PO, czyli Kościoły i wspólnoty mniejszościowe, protestują przeciw reformie o wiele mocniej niż Kościół katolicki.
Władza zaczęła się wycofywać. Mocny opór Kościoła przeciwko jałmużnie, jaką jest 0,3-procentowy odpis, także nie pozostawia im pola manewru, zmuszając albo do odprowadzenia większej kwoty z budżetu, albo pozostawienia dotychczasowych rozwiązań. To pierwsze raczej nie wchodzi w grę, to drugie byłoby jawnym i mocno punktowanym przez laickie media odstąpieniem od obietnic. Co zatem zrobi Tusk? Zapewne to samo co zwykle. Zacznie kluczyć, zwodzić i czekać, aż zmienią się nastroje społeczne. I wtedy oznajmi, że... No właśnie, co wówczas oznajmi premier, jeszcze nie wiemy, bo w istocie nie wiemy, czy sprawna strategia odzyskiwania przychylności opinii publicznej przez katolików przyniesie zamierzone skutki. Jeśli tak, to o fundusz czy inne metody finansowania Kościoła możemy być spokojni. Tusk nie zrobi nic wbrew słupkom.
